Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Energianews

#RZECZoBIZNESIE: Tomasz Podgajniak: Branża OZE chce uratować to, co powstało

tv.rp.pl
Problemem nie jest to, czy będziemy inwestować. Skoro państwo nie chce, to nie będziemy się kopać z koniem. Myślimy jak uratować to, co już powstało – mówi Tomasz Podgajniak, wiceprezes Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej, gość programu Michała Niewiadomskiego.

Mamy kolejną nowelizację ustawy dotyczącą odnawialnych źródeł energii.

Jest to ustawa ciągle odnawialna. Brak stabilności prawa nie sprzyja jakimkolwiek działaniom inwestycyjnym. Wszyscy się zastanawiamy, co dalej z tym sektorem, który na świecie rozwija się dynamicznie, a w Polsce mamy zastój. W pierwszej połowie tego roku przybyło nam 60 MW mocy, w zeszłym roku prawie 2 tys. MW.

Branża przestanie inwestować?

Problemem nie jest to czy będziemy inwestować. Skoro państwo nie chce, to nie będziemy się kopać z koniem. Myślimy jak uratować to, co już powstało. W ostatnich 17 latach w Polsce zbudowano prawie 8 tys. MW mocy ozowych.

Zostało coś z systemu zachęt zbudowanego w 2005 r.?

System zachęt dla inwestorów niepublicznych jest całkowicie rozregulowany. To się stało jeszcze za poprzedniej ekipy, a obecny rząd konsekwentnie się do tego dokłada.

Kiedy cena energii zaczęła podchodzić pod 200 zł za 1 MWh, to suma certyfikatów i energii spowodowała, że wybuchło zainteresowanie inwestycjami.

- W 2010 r. już byliśmy na krzywej wznoszącej w realizacji celu miksu energetycznego. Do tamtej pory wszystko ładnie funkcjonowało.

Ponieważ brakowało energii z nowych źródeł to Ministerstwo Gospodarki zdecydowało, że wpuszczono na ten rynek współspalanie. Kłopot polega na tym, że do tego wystarczyło zainwestować niewielkie pieniądze w porównaniu np. z wiatrakami. To były inwestycje rzędu dziesiątek mln zł. Sektor wiatrowy zainwestował 36 mld zł. Jednak system współspalania zgarnął 10 mld zł wsparcia w postaci certyfikatów.

To zepsuło system?

Tak. Gdyby nie było tego nieuprawnionego wsparcia, mielibyśmy dzisiaj spokój.

W 2015 r. przyjęto ustawę o odnawialnych źródłach energii i zaczęto ją natychmiast nowelizować. Certyfikaty jeszcze bardziej straciły na wartości i produkcja energii z OZE stała się mocno nieopłacalna. Co zmienia ostatnia nowelizacja ustawy?

Ona zamraża stan rzeczy z którym mamy do czynienia od 2 lat. Ceny certyfikatów gwałtownie zaczęły spadać pod koniec 2014 r. z 250 zł za MWh do 40 zł za MWh ostatnio.

To są straty rzędu 3 mld zł rocznie w sektorze wiatrowym tylko. Tego inwestorzy nie są w stanie oddać bankom. Ta decyzja zamraża cenę certyfikatów na długie lata na poziomie 40-50 zł. Jest to znacznie poniżej granicy rentowności, nie tylko dla wiatraków, gdzie 200 zł byłoby minimum. Już nawet nie opłaca się to dla nieszczęsnego współspalania.

Czyli może być kłopot z wykonaniem celu do którego się zobowiązaliśmy? 15 proc. do 2020 r. energii miało być wytwarzane z OZE. Za niewykonanie tego planu będą bolesne kary finansowe.

Mamy zapłacić tym, którzy wykonali cel i mają nadwyżki.

Jakie to będą kwoty?

Według ostrożnych szacunków będzie nas to kosztowało ok. 8 mld zł.

Tymczasem koszt systemu wsparcia certyfikatów dzisiaj to jest niespełna 2 mld zł.

Gdyby cena certyfikatów była wyższa, to przy poziomie produkcji jaki mamy, koszt wynosiłby 3,5-4 mld zł.

Średnia cena 1 MWh z to 160 zł. 200 zł byłoby granicą rentowności producentów OZE. A ile kosztuje wytworzenie 1 MWh ze świeżo wybudowanej elektrowni węglowej?

Gdybyśmy traktowali jednostki wytwórcze jako samodzielne, byłoby to ok. 300-320 zł. Dodajmy, że jest to liczone na 30 lat eksploatacji.

Na wiatraku 160 zł jest liczone na 15 lat. Potem cena spada poniżej 80 zł za 1 MWh.

Jak kształtują się ceny prądu naszych sąsiadów?

Czesie mają ceny porównywalne z naszymi. Niemcy o 20 zł na 1 MWh mniej. Szwedzi, którzy mają 50 proc. udziału OZE w konsumpcji, 80 zł mniej.

W Szwecji zużycie prądu na 1 mieszkańca to 18 tys. KWh rocznie, a w Polsce 3 tys.

Tam domy są ogrzewane prądem. To też moglibyśmy zacząć w Polsce rozważać, bo walka ze smogiem polegająca na instalacji pieców z filtrami to paranoja. Trzeba przestawiać domy na ogrzewanie elektryczne.

Przeciwnicy pytają, co OZE ma do zaproponowanie systemowi kiedy „nie świeci i nie wieje"?

W Niemczech okazało się, że problem jest iluzoryczny, bo dni kiedy nie wieje jest 2 w roku. U nas przez 95 proc. czasu wiatraki generują prąd. Przez 60 proc. czasu generują stabilnie na poziomie 30-35 proc. swojej zainstalowanej mocy.

Jeżeli obecny system nie jest w stanie sobie poradzić z bilansowaniem takiej produkcji, to nie jest w stanie poradzić sobie z niczym.

W przypadku fotowoltaiki, chwilowe zmiany wynikające z zachmurzenia są pomijalne.

Dzisiaj importujemy prawie 7 mln ton węgla z Rosji.

Gdyby wiatraki nie produkowały energii w ogóle, to byśmy importowali 12 mln ton, bo polskie kopalnie nie są w stanie pokryć tego zapotrzebowania.

Istnieje ryzyko, że inwestorzy zagraniczni zaczną się wycofywać z Polski? Pozabierają swoje farmy i przeniosą się tam, gdzie im się opłaca, a my nie wyrobimy limitu 15 proc. do 2020 r.?

Jest duże ryzyko, że ci którzy zainwestowali stracą swoje biznesy i ktoś je przejmie. Bank wystawi to na aukcję i sprzeda pewnie za 15-20 proc. wartości inwestycji. Na Ukrainie taki wiatrak można sprzedać za 40 proc. jego wartości. To jest biznes życia.

Jest też teoria, że branża OZE będzie skupowana. Nie wykluczone jest, że zmienią się w którymś momencie przepisy, tak żeby nowi właściciele mogli wreszcie na nich zarobić.

Jest powszechne przekonanie w branży, że cały kryzys został wywołany celowo przez grupę ludzi, którzy umieją zarządzać kryzysem. Jeszcze poprzednia ekipa chciała przejmować, ale dzisiaj prezes Energi mówi to publicznie i nie zastanawia się jakie to niesie konsekwencje dla polskiego państwa.

To by znaczyło, że państwo tak zmieniło regulacje, że istniejącym instalacjom nie opłaca się funkcjonować. Doprowadzi je do bankructwa, wykupi za bezcen, a potem zmieni regulacje. To jest gangsterka.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL