Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Budżet i Podatki

Rząd Prawa i Sprawiedliwości oszczędny z przymusu

123RF
W ubiegłym roku rząd wydał o blisko o 8 mld mniej, niż wynikało to z ustawy budżetowej. Trudno tu jednak mówić o zaciskaniu pasa, bardziej o sprzyjającej sytuacji na rynkach finansowych i przekładaniu inwestycji ze wsparciem UE.

Wydatki budżetu na 2016 r., czyli pierwszego, który od początku do końca był realizowany przez rząd PiS, okazały się o 7,7 mld zł mniejsze niż zaplanowano w ustawie – wynika z wykonania planu finansowego państwa, którym wkrótce zajmie się Sejm.

Z jednej strony to dobra informacja, bo to głównie dzięki takim oszczędnościom udało się obniżyć deficyt w kasie państwa o ok. 8,6 mld zł. Z drugiej jednak strony trudno mówić, że rząd w zeszłym roku okazał się wyjątkowo oszczędny.

Pieniądze, których nie dało się wydać

Rok wcześniej niewykonane wydatki sięgnęły ponad 11 mld zł, a w 2014 r. – prawie 13 mld zł. Co gorsza, w 2016 r. prawie połowa z nich to efekt problemów z wykorzystaniem funduszy UE. Na wkład własny do projektów unijnych rząd przeznaczył bowiem 5,2 mld zł (o 40 proc. mniej niż w 2015 r.), zamiast zaplanowanych 8,5 mld zł. A to z kolei przyczyniło się do ograniczenie aktywności inwestycyjnej całego sektora publicznego i spowolnienia dynamiki PKB w zeszłym roku.

– Ale proszę zwrócić uwagę, że opóźnienia w wykorzystaniu funduszy UE w ramach nowej perspektywy to zjawisko, z którym zetknęły się wszystkie kraje Wschodniej Europy – mówi „Rzeczpospolitej" Leszek Skiba, wiceminister finansów. – Podobnie jak było na Czechach czy na Węgrzech, wszyscy musieli się nauczyć nowych zasad wykorzystania tych funduszy – dodaje.

– Swoją cegiełkę dołożył jednak także obecny rząd – ripostuje Mirosław Gronicki, minister finansów w gabinecie Marka Belki. – Na początku zeszłego roku wymieniano wszystkich ludzi we wszystkich agencjach zajmujących się funduszami UE. I to oni musieli uczyć się wszystkiego od nowa – wyjaśnia. – Większość budżetowych oszczędności wynika więc z przymusu.

Korzyść z taniego pieniądza

Prawdziwych oszczędności jest stosunkowo niewiele – wydatki bieżące na utrzymanie publicznej infrastruktury i pracę urzędników okazują się o 1,4 mld zł mniejsze od planu, podczas gdy w zeszłym roku było to 5,1 mld zł, a w 2014 r. – 3,9 mld zł. Z kolei na subwencje i dotacje rząd przeznaczył o 1,9 mld zł mniej niż zamierzał – niższe były dotacje do KRUS (bo mniej rolników odeszło na emerytury) i na dotacje dla samorządów na wykonywania zadań pomocy społecznej (co może być pokłosiem programu 500+ i poprawy na rynku pracy).

– Nie sądzę, by jakaś istotna część tych oszczędności wynikała z poprawy efektywności wydatków publicznych – zauważa też Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. – W ogóle w budżecie państwa trudno o prawdziwe ograniczenie wydatków, bo większość z nich jest zdeterminowana. Warto też zwrócić uwagę, że w zeszłym roku rządowi sprzyjała sytuacja na rynkach finansowych, czyli tani pieniądz. Gdyby nie to, wzrost kosztów obsługi zadłużenia, które zwiększyło się aż o 90 mld zł, pochłonęłyby większość powstałych oszczędności – dodaje Jankowiak.

Konserwy ratują resort obrony

„Rzeczpospolita" przeanalizowała, jak swoje budżetu zrealizowali poszczególni ministrowie rządu. Różnice są dosyć znaczne. Przykładowo minister Antoni Macierwicz zrealizował budżetu obrony narodowej prawie w 100 proc. To pewne zaskoczenie, bo jeszcze w listopadzie wyglądało na to, że nie uda się wydać całkiem sporej części pieniędzy na inwestycje związane z doposażeniem armii. Inna sprawa, że w sukurs Macierowiczowi przyszedł minister finansów. W grudniu specjalnym rozporządzeniem zaliczył cześć wydatktów, które będą poniesione w tym roku, jako nakłady wykonane w 2016 r. (jako tzw. wydatki niewygasające). Chodzi o niebagatelne 650 mln zł, z czego większość (520 mln zł) pochłonął zakup „samolotów średnich do przewozu najważniejszych osób w państwie (VIP)". Ciekawostką jest, za że niewygasające wydatki uznano także zakup konserw mięsnych za ok. 5,3 mln zł.

Prawie w punkt ze swoimi wydatkami zmieścił się minister sportu Witold Bańka, czy minister Elżbieta Rafalska w części dotyczącej polityki społecznej (różnica między planem wydatków a tymi faktycznie poniesionymi w ramach programu 500+ wyniosła ok. 200 mln zł, czyli ok. 1,7 proc.).

Z to najmniej w stosunku do planów wydał wicepremier Mateusz Morawiecki, jako minister rozwoju, minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk czy minister energii Krzysztof Tchórzewski. W wiekszość przypadków brak realizacji planów wynika z opóźnień w finansowaniu unijnych inwestycji. Ale też znacznie mniejsze - o ok. 300 mln zł - okazały się też potrzeby wynikające z programu restrukturyzacji kopalń.

Pomocne jednorazowe dochody

Którego jednak z ministrów można lepiej ocenić? Tych, którzy wydają każdą zaplanowaną złotówkę, czy może bardziej na pochwałę zasługują, ci którzy coś zaoszczędzą? – Trudno znaleźć prostą odpowiedź – komentuje Aleksander Łaszek, główny ekonomista Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju. – Tak naprawdę trzeba by przeanalizować efektywność i sensowność wydatków publicznych w poszczególnych obszarach. Trudno chwalić oszczędności, jeśli wynikały np. z rezygnacji z istotnych inwestycji. Ale jeśli wynikały z rezygnacji z głupich inwestycji, to chyba dobrze. Niestety w Polsce trudno o ocenę sensowności wydatków publicznych – tłumaczy Łaszek.

Po stronie dochodów budżetów państwa można mówić, że plany rządu trafiły prawie w punkt, choć znaczne są różnice w poszczególnych kategoriach.

W sumie wpływy budżetowe wyniosły 314,7 mld zł, czyli o 0,3 proc. więcej od prognozowanych w ustawie budżetowej. Jednak dochody podatkowe okazały się o o 1,1 proc. niższe o założonych. To głównie efekt decyzji fiskusa, by w grudniu zeszłego roku zwrócić firmom VAT, który w normalnej sytuacji byłyby wypłacany w styczniu i lutym tego roku. Wpływy z VAT były więc o 1,6 proc. niższe od planu. Rozczarowujące okazały się także wpływy z podatku bankowego i podatku od kopalin. Za to wpływy z akcyzy, PIT, czy CIT były wyższe od założonych.

W zeszłym roku budżet bardzo wiele zawdzięcza tzw. jednorazowym dochodom – ze sprzedaży częstotliwości LTE oraz zyskowi NBP. W sumie dochody niepodatkowe wyniosły ponad 40 mld zł i były aż o 45 proc. wyższe niż w 2015 r. i o ok. 12 proc. wyższe od planu.

Opinia

Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, b. wiceminister finansów

Zwykle wydatki budżetowe planuje się z pewną zakładką. To, że nie zostają one w pełni wykorzystane często nie jest więc efektem prawdziwych starań o oszczędne gospodarowanie finansami. Prawdziwą miarą efektywności powinien być budżet zadaniowy, gdzie ocenia się, czy poszczególne jednostki wykonały postawione przed nimi zadania. Jeśli zadanie zostało wykonane, a przy okazji powstały oszczędności, to dobrze. I to ważne przesłanie na przyszłość, że to samo można wykonać np. taniej. Jeśli jednak w kasie zostało pieniędzy, a jednocześnie cele nie zostały zrealizowane, to trudno o pozytywną ocenę. Na razie jednak budżet zadaniowy, choć jest przygotowywany w resorcie finansów, nie spełnia oczekiwań.

W jakich obszarach państwo powinno ciąć swoje wydatki, a w jakich zwiększać?

Podyskutuj z nami na: facebook.com/ dziennikrzeczpospolita

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL