Jeśliby jednak te dane trochę poskrobać, to jakieś problemy można znaleźć. Takie jak zbyt szybko rosnący import (co pokazuje, że jednak pieniądze z programu 500+ wspierają nie tylko polskich przedsiębiorców), coraz wyższe ceny oferowane przez producentów (co wcześniej czy później przełożony się na wyższe ceny w sklepach) czy też szybko rosnące koszty pracy. Ale te zjawiska nie są jeszcze na tyle groźne, by rwać włosy z głowy.

Rodzą się za to inne pytania. Czemu właściwie zawdzięczamy ten okres niewątpliwej prosperity w naszej gospodarce? Prawidłowa odpowiedź brzmiałaby, że to efekt przełomu gospodarczego. Odejścia od budowania przewag konkurencyjnych na niskich kosztach pracy na rzecz gospodarki nowoczesnej, znanej z innowacyjności i tworzenia produktów o wysokiej wartości dodanej. Obawiam się jednak, że tak nie jest, że gospodarka nam rośnie przede wszystkim dzięki konsumpcji wspieranej m.in. przez transfery społeczne z budżetu państwa do kieszeni Polaków.

Istotne staje się także pytanie, w jakim punkcie obecnie znajduje się nasza gospodarka? Być może to początek boomu i przed nami jeszcze kilka lat doskonałej sytuacji oraz wzrost PKB już nie na poziomie dobrych, solidnych 4 proc., ale porywających 5–6 proc. Ale równie dobrze możemy być już na szczycie. Być może wzrost równy 4–4,5 proc. to maksimum naszych możliwości i za kilkanaście miesięcy czeka nas może nie tyle gwałtowna recesja, co zwykłe schłodzenie koniunktury. Życzmy sobie, by nie sprawdziła się stara maksyma: „Jest dobrze? Będzie gorzej".