Oto duża spółka energetyczna niespodziewanie wypowiada swemu partnerowi umowę na długoterminowe dostawy paliwa. Jest ona kluczowa dla kopalni, to jej być albo nie być, więc nic dziwnego, że w ciągu dwóch dni cena jej akcji wali się prawie o połowę. Ale oto zaraz potem odbija od dna i wraca do dawnego poziomu. No cóż, taka jest giełda – mówią analitycy.

Tymczasem trzy tygodnie później okazuje się, że kilka dni po tym, gdy koncern energetyczny wypowiedział umowę kopalni, jego władze podjęły decyzję, że ją po prostu kupią! Informacja nie została od razu podana do wiadomości, a kiedy ujrzała światło dzienne, akcje Bogdanki zdrożały z dnia na dzień o 25 proc.!

No i rodzi się w tej sytuacji wiele pytań, a co za tym idzie, możliwości wprowadzenia ciekawych wątków przez scenarzystę. Po co Enea wypowiada umowę spółce, którą chce kupić? Żeby obniżyć jej wycenę? Chyba nie, bo cena w wezwaniu jest dużo wyższa od rynkowej. Albo: czy ktoś mógł skorzystać na całej tej sytuacji, wiedząc, jak potoczą się wypadki? A jeśli tak, to kto i ile na tym zarobił? I czy państwo reprezentowane przez urzędników resortu skarbu z ulicy Kruczej, którzy nadzorują m.in. Eneę, może podejmować lub tolerować działania będące na pograniczu manipulacji rynkowej?

Byłby z tego taki polski „Wilk z Wall Street". Przypomnijmy, że bohaterem tego kinowego hitu sprzed prawie dwóch lat jest Jordan Belfort, postać autentyczna, który zarobił wielkie pieniądze, manipulując kursami giełdowych spółek. Kariera Belforta była oszołamiająca, ale krótka, bo szybko zainteresowała się nim amerykańska Komisja Papierów Wartościowych (SEC), która doprowadziła do oskarżenia go i skazania na prawie dwa lata więzienia.

Ponieważ nasz scenarzysta tylko luźno opierałby się na faktach, to i w polskim thrillerze winni mogliby zostać złapani i sprawiedliwie ukarani.