Blogi

Islandia, moja miłość

Bloomberg
Od pierwszej wizyty w Islandii w 1997 r wiedziałam, że to mógłby być mój kraj. Wprowadzony właśnie zakaz większych zarobków dla mężczyzn, jeszcze mnie w tym utwierdza.

W Islandii byłam sześć razy i nie były to wypady kilkudniowe. W dwa tygodnie przeszłam z plecakiem z południa na północ bezludne Wnętrze pełne lodowców, wulkanów, wezbranych rzek i pól bulgoczących błot i gejzerów (geysir - to słowo z języka islandzkiego, które weszło do większości języków świata). Przez miesiąc wędrowałam wzdłuż wybrzeża, a rowerem zjeździłam Fiordy Zachodnie.

Krajobraz islandzkiego Wnętrza jest tak obcy, że amerykańscy astronauci trenowali tam przed lotem na Księżyc. I tak urodziwy, niezwykły i fascynujący, że kto raz nocował przy lodowcu, kąpał się w gorących źródłach, słuchał nawoływania bernikli na wietrze i podziwiał bulgoczące pola w kolorach tęczy, ten będzie tam wracał i wracał.

To kraina bez drzew, bez burz, ale z tęczami co kilka godzin, z ulewnymi deszczami i huraganowym wiatrem, z zorzami polarnymi i dniami bez początku i końca. Z zimą, która przychodzi do Wnętrza we wrześniu. Polak z Elbląga, którego poznałam w wioseczce na Fiordach Zachodnich - najmniej zaludnionej części kraju, powiedział mi, że Islandia jest „zbyt piękna, by ją drzewami zasłaniać". Dlatego kupił we wsi jeden z domów ocalały po zejściu lawiny, wyremontował i sprowadził rodzinę. W każde wakacje podróżują po Islandii.

Ja też omal domu nie kupiłam, w 2009 r., kiedy upadały trzy banki kraju i zadłużeni ludzie wyprzedawali wszystko za bezcen. Był to dom w mikroskopijnej (20 mieszkańców) wiosce Fiordów Zachodnich, przeglądający się w Atlantyku, bogato wyposażony i w cenie równej 250 tysiącom polskich złotych. Dlatego w nim nie mieszkam? Bo nie znalazłam odpowiedzi na pytanie - z czego dom i siebie utrzymać. Islandia to bowiem jedno z najdroższych do życia miejsc.

Pomimo to, właśnie Polacy stanowili do kryzysu 2009 r. największą mniejszość (ok. 10 tys.) na tym liczącym 330 tys. obywateli wyspiarskim końcu Europy. Moi rodacy szybko się w tym kraju adoptowali; uczyli islandzkiego (to język wikingów, dlatego do dziś Islandczyk potrafi czytać wczesnośredniowieczne sagi), wżeniali w islandzkie rodziny i prowadzili udane biznesy.

Znajdowali w Islandczykach ludzi otwartych na innych, ale też nie zapominających o swojej kulturze. I chyba nigdzie na świecie miejscowi nie mieli tak dobrego zdania o polskich pracownikach, a Polacy - o pracodawcach.

W 2004 r poleciałam pisać reportaż z budowy wielkiej huty aluminium na wschodnim wybrzeżu Islandii. Warto tu dodać, że w Islandii nie ma grama aluminium i inwestor - amerykański gigant metalurgiczny - Alcoa, cały metal transportował statkami z drugiego końca świata - z Australii. Gdzie tu biznes? Ano jest, i to duży. Islandia ma najtańszą energię na świecie, do tego jest to i zawsze była energia ze źródeł odnawialnych - geotermia, woda, wulkany. Islandczycy nauczyli się współżyć z przyrodą jak żaden inny lud na świecie. W każdej osadzie mają kompleksy basenów z wodą z gorących źródeł. Przy wulkanie Krafla widziałam pracującą elektrownię produkującą prąd dzięki wykorzystaniu podziemnej energii wulkanu. Przy jeziorze Myvaten do ogrzewania wykorzystywana jest gorąca woda jeziora.

Hutę stawiał dla Alcoa koncern Bechtel (ten od Kanału La Manche), specjalizujący się w skompilowanych gigantycznych konstrukcjach. Zatrudnił (po raz pierwszy) tysiąc wysokiej klasy robotników z Polski. Dostali pokoje z łazienkami, stołówkę serwującą bogate posiłki i 12 gatunków lodów na deser. Wysokie wynagrodzenie i pełen socjal. Chwalili sobie tę pracę, a Bechtel chwalił ich. Bo tak wszechstronnych pracowników, potrafiących radzić sobie z każdym problemem, bez czekania na bossów, to jeszcze nie miał.

Aby dostarczyć prąd na potrzeby huty, ścięto szczyty górskie, by stworzyć wielką ziemną zaporę i sztuczny zbiornik na największej polodowcowej rzece; przewiercono się przez góry gigantycznymi wiertłami, które wierciły też tunel podmorski między Francją a Wielką Brytanią. Po tunelu w środku islandzkiej góry oprowadzał mnie także Polak - inżynier na kontrakcie w Islandii. Przy budowie elektrowni także pracowali Polacy.

Zanim jednak Islandia wydała zgodę na tak wielką inwestycję długo trwały spory w parlamencie. Bo zdaniem Islandczyków, to nie człowiek, ale przyroda, jest na wyspie najważniejsza. A dodam, że islandzki parlament Althing - jest najstarszy na świecie - powstał w X w.

Już wtedy organizując Althing, Islandczycy stali się prekursorami czegoś zupełnie nowego w rozwoju cywilizacji ludzkiej. W 2009 roku nie ugięli się pod kryzysem i potrafili z niego wyjść. Rząd nacjonalizował banki. W 2013 r. czterech szefów największego banku Islandii, który upadł w czasie finansowego kryzysu, dostało w islandzkim sądzie od 3,5 roku do 5,5 roku bezwzględnego więzienia. W 2017 r. po kryzysie nie było śladu, Islandia spłaciła wierzycieli, a bezrobocie sięgnęło historycznie niskiego poziomu - jednego procenta.

Nie dziwi mnie więc wcale, że dokładnie 1088 lat po założeniu Althingu, to Islandia stała się pierwszym krajem na świecie, gdzie prawo wymaga od firm czy instytucji, by tyle samo płaciły kobietom i mężczyznom.

Ustawa przewiduje także, że firmy prywatne i urzędy będą musiały poddać się audytom i uzyskać certyfikaty potwierdzające, że zapewniają równe płace. W przeciwnym wypadku grożą im wysokie grzywny.

Ciekawe, co jeszcze wymyślą Islandczycy, by pchnąć naszą cywilizację we właściwym kierunku. Na wszelki wypadek, sprawdzę, jaki dziś są tam ceny domów...

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL