Wedle tej miary do strefy nigdy by nie weszła np. Słowacja. Gdy w 2005 r. podjęła decyzję o pożegnaniu z koroną, jej PKB na osobę sięgał 9,9 tys. euro, czyli 33 proc. poziomu niemieckiego. Do roku 2016 wzrósł do 14,5 tys. euro. Wspólna waluta nie tylko nie przeszkodziła Słowakom w rozwoju, ale go przyspieszyła, stając się zachętą dla inwestorów zagranicznych (m.in. z tego powodu Jaguar Land Rover buduje fabrykę u nich, a nie w Polsce).

Zamiast kalkulatora finansowego, włączmy teraz polityczny. Wskaże, że euro trzeba w Polsce przyjąć, by zostać w Unii. I to nie tylko dlatego, że właśnie do strefy przesunęło się centrum decyzyjne Europy, więc UE wielu prędkości siłą rzeczy zepchnie nie będące w niej kraje na margines. Także dlatego, że argumenty natury politycznej zaczynają przeważać nad obawami o rozpad strefy euro i kalkulacjami gospodarczymi, które zachęcały do odsuwania w czasie pożegnania ze złotym. Choć przyjęcie wspólnej waluty to część naszego traktatu akcesyjnego zatwierdzonego w referendum w 2003 r., zwlekaliśmy, bo kurs waluty krajowej – jak wskazują ekonomiści – to ważne narzędzie polityki gospodarczej na trudne czasy. Reagując na zawirowania ekonomiczne osłabia złotego, automatycznie obniżając płace w kraju i koszty firm, a tym samym przywracając konkurencyjność gospodarki.

Wszelako wynik czerwcowego głosowania w sprawie Brexit, gdzie pełna emocji kampania przechyliła o włos szalę na rzecz wyjścia Brytyjczyków z Unii, oraz ostatnie wydarzenia na europejskim forum, uświadomiły zwolennikom tymczasowego trzymania się złotego, że „okno możliwości” wkrótce się zamknie. I pojawią zagrożenia.

Traktat akcesyjny to zbyt słaba kotwica, by utrzymać Polskę w Unii, gdy po 2020 r. wyschnie strumień gotówki stamtąd płynącej i staniemy się płatnikiem netto do budżetu UE. Potrzebna będzie silniejsza, bo nie wątpię, że gwałtownie przybędzie wtedy zwolenników Polexitu, kierujących się emocjami, nieświadomych, że wyjście z Unii oznaczałoby automatyczne przywrócenie barier celnych. Polexit skończyłby się katastrofą, skoro aż 75 proc. naszego eksportu, jednego z głównych silników gospodarki, idzie do UE, w tym aż 50 proc. – do strefy euro. Dlatego, jeśli nie chcemy takiego scenariusza, powinniśmy zamiast z góry skreślać wspólną walutę, poważanie zastanowić się nad jej przyjęciem.

Jesteśmy zainteresowani pozyskaniem inwestorów, którzy wsparliby rozwój Murapolu zarówno w Polsce, jak i w Europie. Mamy też szereg naszych kompetencji, które możemy zaoferować rynkowi nieruchomościowemu – tłumaczył obecność w Cannes Michał Sapota, prezes Murapol, największego w Polsce dewelopera mieszkaniowego. I dodał, że o możliwościach inwestycyjnych będzie rozmawiał z przedstawicielami kilku europejskich miast. – Interesują nas Niemcy i Wielka Brytania, ale zaczęliśmy też gromadzić dane na temat sytuacji w niektórych miastach w USA. Jest dobra okazja, by dowiedzieć się, jak rynek wygląda z perspektywy przedstawicieli tych miast – dodał Michał Sapota.