Produkuje się tam m.in. czołgi, samoloty, transportery opancerzone, wyrzutnie rakiet, systemy obrony przeciwlotniczej, granatniki oraz różnego rodzaju broń palną. Poza tym sowiecka armia pozostawiła tam ogromną liczbę czołgów i samolotów, które naprawiano i masowo sprzedawano w latach 90. Dzięki temu Ukraina znalazła się w pierwszej dziesiątce światowych eksporterów broni.

Dziś, po zerwaniu wszelkich kontaktów z rosyjskimi partnerami, to już tylko wspomnienia. – Prawie wszystkie spółki przemysłu zbrojeniowego Ukrainy nie mają obecnie zleceń. Mamy jeden lub dwa produkty, które mogą konkurować na zewnętrznych rynkach. Cała reszta nie działa – mówił niedawno Sergij Paszinski, szef komisji ds. obrony i bezpieczeństwa Rady Najwyższej Ukrainy.

Ukraińscy eksperci przyznają, że lokalny przemysł zbrojeniowy ratują zamówienia rządowe. Z ponad 130 przedsiębiorstw należących do państwowej korporacji zbrojeniowej Ukroboronprom większość dzisiaj zajmuje się jedynie naprawą i obsługą wyprodukowanego wcześniej sprzętu. Właśnie dlatego w Kijowie liczą na współpracę z Zachodem. – Polska i pozostałe kraje NATO mogłyby wykorzystywać Ukrainę, tak jak Amerykanie wykorzystują Chiny. Niech dadzą nam konkretny projekt i wiedzę, a my to stworzymy – mówi „Rz" znany ukraiński analityk wojskowy kpt. Ołeksij Arestowycz, komentują wypowiedź szefa polskiego MON odnośnie do planów stworzenia polsko-ukraińskich helikopterów.

Nie wszyscy jednak w Kijowie wierzą w potencjał tej współpracy. – Trzeba byłoby tu zainwestować miliardy dolarów, by tworzyć uzbrojenie odpowiadające standardom NATO. To musiałaby być całkiem inna produkcja, nieobciążona rosyjskimi patentami – mówi „Rz" kijowski ekonomista Ołeksandr Ochrimenko. – Potencjał jest, ale zachodni producenci nie wpuszczą Ukrainy na swój rynek. Na początku XXI w. próbowaliśmy sprzedać krajom NATO wojskowe samoloty transportowe An, które były wtedy lepsze nawet od amerykańskiego Hercules, ale wybrano producenta z USA – dodaje.