Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Graczyk: Musimy rozbić islamskie getta

Przeszukania na brukselskim Dworcu Głównym: antagonizujšce – i daremne
AFP, Patrik Stollarz
Po zwycięstwie w Syrii, Iraku i Turcji islamiœci zechcš utworzyć kalifaty w Grecji, potem we Francji i w Niemczech, a w końcu ich zielony sztandar załopoce nad bazylikš œw. Piotra w Rzymie – stolicy kalifatu włoskiego.

Po każdym spektakularnym zamachu terrorystycznym w Europie słyszymy to samo: tym razem trzeba przemyœleć na nowo gwarancje naszego bezpieczeństwa. Nie da się powiedzieć, że państwa europejskie, które w XXI wieku ucierpiały od wielkich zamachów islamistycznych (Hiszpania, Wielka Brytania, Francja), nic nie poprawiły w swojej polityce bezpieczeństwa.

A jednak zamachy takie jak ten z 22 marca w Brukseli cišgle się zdarzajš. I długo jeszcze będš się zdarzać. Europa, jakš znaliœmy – bezpieczny port dla wszystkich uciekajšcych przed brakiem bezpieczeństwa w swoich krajach – skończyła się. I mimo gromkich zapewnień europejskich liderów nie wiadomo, kiedy powróci. A nawet – czy powróci.

Policjanci i kontrole nie wystarczš

Europejczycy muszš się nauczyć żyć na co dzień z tym zagrożeniem. Tak jak od 1948 roku mieszkańcy Izraela codziennie liczš się z tym, że bomba może wybuchnšć wszędzie – w autobusie, na targu czy w kawiarni. Francuzi byli w szoku, gdy w styczniu 2015 roku oddano strzały do dziennikarzy satyrycznego pisma i do klientów koszernego sklepu, a potem gdy w listopadzie zaatakowano kibiców meczu piłkarskiego, słuchaczy rockowego koncertu i bywalców kawiarni. Belgowie byli w szoku w miniony wtorek, gdy bomby wybuchły w hali odlotów lotniska Zavantem i na stacji metra Maelbeek.

Ale to zdziwienie to tylko refleks sytuacji dawniejszej, sprzed lat, której już nie ma i nie będzie. W końcu Francuzi, Belgowie i ci wszyscy, którzy majš za współobywateli wielkie skupiska imigrantów muzułmanów (czy wywodzšcych się z kultury muzułmańskiej), będš się musieli przyzwyczaić do nowych czasów.

Bo terroryzm, z jakim teraz mamy do czynienia, nie jest dziełem izolowanych grupek ekstremistów. Niekiedy nazywa się go terroryzmem masowym – słusznie, jeœli rozumieć przez to fakt, że działania ekstremistów gotowych wysadzić się w powietrze dla chwały Allaha majš oparcie w wielomilionowej populacji muzułmańskiej zaludniajšce przedmieœcia europejskich metropolii.

Jakie to oparcie? Różne, raz większe, raz mniejsze, a często nawet żadne. W każdym razie wystarczajšce do tego, żeby zorganizować sieć lokali koniecznych do przygotowania zamachu i do ukrywania się po nim (w przypadku tych – nielicznych, przyznajmy – terrorystów, którzy nie decydujš się na samobójczš œmierć w czasie akcji). Czy było przypadkiem, że Salah Abdeslam, organizator zamachu z 13 listopada 2015 roku w Paryżu, ukrywał się przez cztery miesišce w Molenbeek – miejscu, które dobrze znał, bo tam się wychował, miał tam rodzinę, kumpli...?

Dlatego jeœli Europejczycy – opinia publiczna, wyborcy, stowarzyszenia, w końcu elity intelektualne i polityczne – nie wezmš tego aspektu zagadnienia serio, niebezpieczeństwo prawdopodobnie nie zostanie pokonane nigdy. Fałszywa diagnoza dramatycznie zmniejsza szanse na skutecznš terapię.

Po zamachach w Paryżu wyprowadzono na ulice, dworce, lotniska i przed gmachy użytecznoœci publicznej tysišce policjantów, żandarmów i żołnierzy, częœciowo przywrócono kontrole na granicach wewnętrznych strefy Schengen, poprawiono koordynację działań służb specjalnych poszczególnych krajów (np. Francji i Belgii, co widzieliœmy w operacjach policyjnych w Brukseli i okolicach).

Francuski minister spraw wewnętrznych Bernard Cazeneuve poinformował tuż po zamachu w Brukseli, że od 13 listopada 2015 roku we Francji skontrolowano 6 milionów osób, 10 tysięcy nie wpuszczono na terytorium kraju, od 1 stycznia 2016 roku aresztowano 74 osoby.

Tymczasowa taryfa ulgowa

Tak więc zrobiono naprawdę wiele, zresztš po obu stronach granicy. Ale i tak nie udało się zapobiec œmierci trzydziestu kilku osób i zranieniu 200 w Brukseli. Teraz, w zwišzku z tym ostatnim zamachem, wchodzš w życie nowe obostrzenia: np. we Francji posłano na ulice kolejnych 1600 policjantów i żandarmów.

Ale specjaliœci od spraw bezpieczeństwa mówiš już od dawna, że tego rodzaju kroki, chociaż konieczne, nie sš – i coraz bardziej nie będš – wystarczajšce w nowej sytuacji terroryzmu masowego. Już od dawna służby specjalne i służby mundurowe stojš na granicy swoich możliwoœci. 30 lat temu trzeba było prowadzić we Francji kilkaset spraw operacyjnych dotyczšcych domniemanych terrorystów, obecnie takich spraw – słynny katalog „S", od sureté de l'?tat (bezpieczeństwo państwa) – jest ponad 10 tysięcy.

Można rozbudować jeszcze bardziej służby specjalne, jeszcze lepiej skoordynować ich pracę w wielu krajach, wprowadzić uregulowania europejskie (np. słynny projekt Passenger Name Record), rzucić jeszcze więcej patroli mundurowych na ulice.

Ale w ten sposób co najwyżej będziemy się nieco lepiej œcigać z coraz większš dynamikš siatek islamistycznych. Żadnej nowej jakoœci. A przyszedł wreszcie czas, że musimy wymyœlić nowš jakoœć.

Po krwawym zamachu w Madrycie w marcu 2004 roku terroryœci wymusili – za poœrednictwem hiszpańskich wyborców – zmianę rzšdu, a nowa ekipa wycofała Hiszpanię z koalicji państw prowadzšcych interwencję w Iraku. Nie wchodzšc w to, czy ta wojna miała sens i jakie przyniosła skutki, trzeba widzieć w tym cišgu zdarzeń pewien model reakcji demokratycznego państwa na nacisk islamistów. Dzisiaj ani Francja, ani Belgia nie rozważajš podobnego scenariusza. Ale czy jest on nieprawdopodobny?

Państwo Islamskie przyznało się do wtorkowych zamachów w Brukseli, uzasadniajšc je stanowiskiem Belgii w kwestiach syryjskiej i bliskowschodniej. Czy po kolejnych kilku – być może jeszcze bardziej krwawych – zamachach Belgia, Francja i inne kraje starej Europy, zaangażowane w politykę interwencjonistycznš w Syrii, Libanie, Libii, Jemenie i Mali, nie wycofajš się pod wpływem coraz większego zniecierpliwienia opinii publicznej z tego zaangażowania? Nie możemy mieć co do tego żadnej pewnoœci. Co by się za to wycofanie zyskało?

Zapewne zyskałoby się na jakiœ czas ulgowe traktowanie tych kilku europejskich stolic przez Państwo Islamskie. Dokonałoby się to prawdopodobnie za cenę oddania całego Bliskiego i Œrodkowego Wschodu (z wyjštkiem Izraela, który ma mocnego i zdeterminowanego protektora za Atlantykiem) w ręce islamskich fundamentalistów. W ten sposób dopełniłaby się anihilacja unikatowych zabytków Mosulu i innych starożytnych miast, ale też zagłada chrzeœcijan na tych terenach – już dziœ œmiertelnie zagrożonych. Czy taki – cyniczny, trzeba przyznać – układ z Państwem Islamskim miałby podstawy trwałoœci? Raczej nie.

Układanie się z fanatykami jest obarczone ogromnym ryzykiem. Ludzie, którzy uważajš za gwarancję zbawienia œmierć od wybuchu ładunku w pasie szahida z okrzykiem „Allahu akbar!", sš mało podatni na argumenty z rejestru doraŸnych i zawsze relatywnych korzyœci. Oni wyznajš wartoœci absolutne. I wyznajš je tak, że każdy kompromis z zepsutym œwiatem niewiernych jest rzeczš niegodnš.

Ostatecznym celem islamistów jest œwiatowy kalifat. Po zwycięstwie w Syrii, Iraku i Turcji zechcš utworzyć kalifaty w Grecji, potem we Francji i w Niemczech, a w końcu ich zielony sztandar załopoce nad bazylikš œw. Piotra w Rzymie – stolicy kalifatu włoskiego. To, co jeszcze dziesięć lat temu mogliœmy brać za chore rojenia fanatyków, dzisiaj jest zagrożeniem, przed którym naprawdę trzeba się bronić.

Demokracja liberalna sobie nie radzi

W samej Francji żyje około 5 milionów muzułmanów. Twierdzenie, że ogromna większoœć z nich nie sprzyja islamistom, jest prawdziwe. Tyle że nie zamyka problemu. Jeœli tylko 1 procent przybyszów sprzyjałby islamskim terrorystom, dałoby to 50 tysięcy ludzi – i to jedynie we Francji. Notabene ta zradykalizowana mniejszoœć to najczęœciej dzieci i wnuki przybyszów (a nie pierwsze pokolenie imigrantów), co tylko pokazuje, że problem integracji tych ludzi nasila się z biegiem lat, zamiast słabnšć.

Specjaliœci od spraw bezpieczeństwa szacujš, że we Francji liczba gotowych na wszystko desperatów spod islamskiej flagi wynosi około 20 tysięcy. To daje mniej niż pół procentu tej populacji. No więc mamy rzeczywiœcie jakiœ margines marginesu, ale czy naprawdę daje nam to poczucie bezpieczeństwa?

W Polsce po wojnie komuniœci poradzili sobie z większš jeszcze liczbš „leœnych", ale demokratyczna Francja ma – i będzie miała – dramatycznie wielki problem. Nie utożsamiam Żołnierzy Wyklętych (należy się im czeœć i chwała) z szaleńcami strzelajšcymi do Bogu ducha winnych pasażerów metra czy lotniska, porównuję tylko mechanizm walki PRL z nimi z mechanizmem walki państwa demoliberalnego z islamistami.

Otóż PRL poradziła sobie z antykomunistycznym podziemiem, bo była państwem totalitarnym, niewahajšcym się używać dowolnie brutalnych metod i wspieranym przez „bratnie mocarstwo", które w każdej chwili służyło wysłaniem dowolnej liczby niepokornych Polaków daleko na wschód i północ. Demoliberalna Francja, podobnie jak żadne inne państwo UE, takich metod nie może i nie chce stosować.

Ale jest gorzej. Liberalne demokracje nie chcš stosować nawet metod, których wymaga sytuacja, dopuszcza je zdrowy rozsšdek i sumienie, ale nie dopuszcza lewackie zaczadzenie umysłów. Oto kilka dni po zamachach w Paryżu jeden z terrorystów ucieka do Belgii i ukrywa się w aglomeracji brukselskiej. Belgijskie służby specjalne zdobywajš drogš operacyjnš informację, że Salah Abdeslam przebywa w dzielnicy Molenbeek.

Władze dostajš tę informację wieczorem 15 listopada 2015 roku. Jednostka antyterrorystyczna jest gotowa, by wejœć do mieszkania, ale pojawia się problem... póŸnej pory. To nie żart: według belgijskiego kodeksu karnego nie wolno prowadzić przeszukań między godzinš 21 wieczorem a 5 rano, chyba że zachodzš dwie okolicznoœci uzasadniajšce odstępstwo od tej zasady: pożar albo ujęcie sprawcy na goršcym uczynku.

Odpowiednie władze nie widzš, iżby w okolicy mieszkania przy Rue Delaunoy 47, gdzie ukrywa się Abdeslam, coœ się paliło, nie zachodzi też przypadek ujęcia sprawcy na goršcym uczynku. Interwencja następuje, zgodnie z kodeksem, dopiero o godzinie 5 rano, ale wtedy po Abdeslamie w mieszkaniu nie ma œladu.

Ktoœ, kto decydował o wstrzymaniu interwencji do 5 rano, działał zgodnie z prawem. Ale prawo pochodziło z innej epoki, na pewno sprzed czasu społeczeństwa wielokulturowego, z jego wszystkimi konsekwencjami – dla poziomu bezpieczeństwa publicznego chociażby.

Według danych Soufan Group, amerykańskiego think tanku specjalizujšcego się w zagadnieniach bezpieczeństwa strategicznego, w Syrii po stronie Państwa Islamskiego walczyło pod koniec ubiegłego roku 27 tysięcy ochotników. Ciekawy jest rozkład geograficzny krajów/regionów pochodzenia tych ludzi. Około 8 tysięcy pochodziło z Bliskiego i Œrodkowego Wschodu, 8 tysięcy z Maghrebu, 5 tysięcy z zachodniej Europy, poniżej 5 tysięcy z krajów byłego Zwišzku Radzieckiego.

Zauważmy: w szeregach Państwa Islamskiego bije się więcej młodych ludzi urodzonych/wychowanych w liberalnych demokracjach zachodnich niż pochodzšcych z byłego ZSRR, gdzie przecież w południowych republikach muzułmanie żyjš od wieków. Spoœród owych 5 tysięcy dżihadystów z Europy Zachodniej aż 1700 pochodzi z Francji.

Szacuje się, że 20–30 procent bojowników powraca po jakimœ czasie do krajów swojego pochodzenia. To znaczy, że w cišgu kilku najbliższych lat z tej grupy przybędzie do Francji jakieœ 300–400 ludzi zdecydowanych na wszystko. A pewna liczba przejdzie klasycznš drogę islamskiej radykalizacji na islamskich przedmieœciach, często w więzieniu. Właœnie tacy młodzi ludzie dokonujš zamachów takich jak w 2015 roku w Paryżu i ten ostatni w Brukseli.

Żeby przynajmniej odwrócić tendencję z ostatnich lat, trzeba zmienić strategię polityki antyterrorystycznej. Trzeba uznać, że pierwotne Ÿródło tych problemów jest na Bliskim i Œrodkowym Wschodzie oraz w Maghrebie – to oznacza stawkę na zniszczenie Państwa Islamskiego, a nie tylko – jak teraz – na szkodzenie mu w Syrii i Iraku.

Trzeba też skończyć z politykš wyłšczania przedmieœć typu Molenbeek spod obowišzywania zasad państwa prawa – inaczej getto będzie rosło i rosło. Trzeba w końcu potwierdzić w praktyce tę oczywistoœć, że granice zewnętrzne strefy Schengen to sš prawdziwe granice, i np. przestać stygmatyzować Viktora Orbána jako rasistę za to, że potraktował serio traktatowe zobowišzanie do obrony tej granicy. Nie zapanujemy nad terroryzmem, jeœli dalej w takim tempie będzie przybywać ludnoœci, która tak kiepsko się przystosowuje do reguł panujšcych w Europie.

Szacuje się, że w masie 1 miliona 100 tysięcy imigrantów, którzy przybyli do krajów Unii w cišgu 2015 roku, było 2–3 tysišce terrorystów. Ale nie to jest największym problemem. NajgroŸniejsze jest zjawisko nieintegracji, które sprawia, że pokojowo poczštkowo nastawiona populacja przeradza się w zbiorowisko nasycone jednostkami skrajnie wrogimi zachodniej kulturze i gotowymi na wszystko, żeby jej zaszkodzić. I właœnie to przede wszystkim trzeba zmienić.

W imię czego mamy się bronić

Aby takš zmianę paradygmatu myœlenia o walce z terroryzmem islamskim przeprowadzić, trzeba wczeœniej odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest fundamentem Europy czy – szerzej – społeczeństwa typu zachodniego.

W Paryżu po listopadowych zamachach furorę zrobił pewien muzyk, który spontanicznie zagrał „Imagine" Johna Lennona na ulicy, gdzie poprzedniego dnia padli zabici z ręki nawiedzonych wyznawców islamu. Zrobił furorę – niestety. Bo jeœli naszym ideałem jest społeczeństwo pojmowane jako zbiór ludzi, których nic w istocie nie łšczy poza przekonaniem, że wszystko wolno, to jak się obronimy przed niebezpieczeństwem? W imię czego?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL