Graczyk: Musimy rozbić islamskie getta

aktualizacja: 25.03.2016, 07:00
Przeszukania na brukselskim Dworcu Głównym: antagonizujące – i daremne
Przeszukania na brukselskim Dworcu Głównym: antagonizujące – i daremne
Foto: AFP, Patrik Stollarz

Po zwycięstwie w Syrii, Iraku i Turcji islamiści zechcą utworzyć kalifaty w Grecji, potem we Francji i w Niemczech, a w końcu ich zielony sztandar załopoce nad bazyliką św. Piotra w Rzymie – stolicy kalifatu włoskiego.

REDAKCJA POLECA
05.04.2016
Republika przegrywa z saudyjskimi imamami
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!

Po każdym spektakularnym zamachu terrorystycznym w Europie słyszymy to samo: tym razem trzeba przemyśleć na nowo gwarancje naszego bezpieczeństwa. Nie da się powiedzieć, że państwa europejskie, które w XXI wieku ucierpiały od wielkich zamachów islamistycznych (Hiszpania, Wielka Brytania, Francja), nic nie poprawiły w swojej polityce bezpieczeństwa.

A jednak zamachy takie jak ten z 22 marca w Brukseli ciągle się zdarzają. I długo jeszcze będą się zdarzać. Europa, jaką znaliśmy – bezpieczny port dla wszystkich uciekających przed brakiem bezpieczeństwa w swoich krajach – skończyła się. I mimo gromkich zapewnień europejskich liderów nie wiadomo, kiedy powróci. A nawet – czy powróci.

Policjanci i kontrole nie wystarczą

Europejczycy muszą się nauczyć żyć na co dzień z tym zagrożeniem. Tak jak od 1948 roku mieszkańcy Izraela codziennie liczą się z tym, że bomba może wybuchnąć wszędzie – w autobusie, na targu czy w kawiarni. Francuzi byli w szoku, gdy w styczniu 2015 roku oddano strzały do dziennikarzy satyrycznego pisma i do klientów koszernego sklepu, a potem gdy w listopadzie zaatakowano kibiców meczu piłkarskiego, słuchaczy rockowego koncertu i bywalców kawiarni. Belgowie byli w szoku w miniony wtorek, gdy bomby wybuchły w hali odlotów lotniska Zavantem i na stacji metra Maelbeek.

Ale to zdziwienie to tylko refleks sytuacji dawniejszej, sprzed lat, której już nie ma i nie będzie. W końcu Francuzi, Belgowie i ci wszyscy, którzy mają za współobywateli wielkie skupiska imigrantów muzułmanów (czy wywodzących się z kultury muzułmańskiej), będą się musieli przyzwyczaić do nowych czasów.

Bo terroryzm, z jakim teraz mamy do czynienia, nie jest dziełem izolowanych grupek ekstremistów. Niekiedy nazywa się go terroryzmem masowym – słusznie, jeśli rozumieć przez to fakt, że działania ekstremistów gotowych wysadzić się w powietrze dla chwały Allaha mają oparcie w wielomilionowej populacji muzułmańskiej zaludniające przedmieścia europejskich metropolii.

Jakie to oparcie? Różne, raz większe, raz mniejsze, a często nawet żadne. W każdym razie wystarczające do tego, żeby zorganizować sieć lokali koniecznych do przygotowania zamachu i do ukrywania się po nim (w przypadku tych – nielicznych, przyznajmy – terrorystów, którzy nie decydują się na samobójczą śmierć w czasie akcji). Czy było przypadkiem, że Salah Abdeslam, organizator zamachu z 13 listopada 2015 roku w Paryżu, ukrywał się przez cztery miesiące w Molenbeek – miejscu, które dobrze znał, bo tam się wychował, miał tam rodzinę, kumpli...?

Dlatego jeśli Europejczycy – opinia publiczna, wyborcy, stowarzyszenia, w końcu elity intelektualne i polityczne – nie wezmą tego aspektu zagadnienia serio, niebezpieczeństwo prawdopodobnie nie zostanie pokonane nigdy. Fałszywa diagnoza dramatycznie zmniejsza szanse na skuteczną terapię.

Po zamachach w Paryżu wyprowadzono na ulice, dworce, lotniska i przed gmachy użyteczności publicznej tysiące policjantów, żandarmów i żołnierzy, częściowo przywrócono kontrole na granicach wewnętrznych strefy Schengen, poprawiono koordynację działań służb specjalnych poszczególnych krajów (np. Francji i Belgii, co widzieliśmy w operacjach policyjnych w Brukseli i okolicach).

Francuski minister spraw wewnętrznych Bernard Cazeneuve poinformował tuż po zamachu w Brukseli, że od 13 listopada 2015 roku we Francji skontrolowano 6 milionów osób, 10 tysięcy nie wpuszczono na terytorium kraju, od 1 stycznia 2016 roku aresztowano 74 osoby.

Tymczasowa taryfa ulgowa

Tak więc zrobiono naprawdę wiele, zresztą po obu stronach granicy. Ale i tak nie udało się zapobiec śmierci trzydziestu kilku osób i zranieniu 200 w Brukseli. Teraz, w związku z tym ostatnim zamachem, wchodzą w życie nowe obostrzenia: np. we Francji posłano na ulice kolejnych 1600 policjantów i żandarmów.

Ale specjaliści od spraw bezpieczeństwa mówią już od dawna, że tego rodzaju kroki, chociaż konieczne, nie są – i coraz bardziej nie będą – wystarczające w nowej sytuacji terroryzmu masowego. Już od dawna służby specjalne i służby mundurowe stoją na granicy swoich możliwości. 30 lat temu trzeba było prowadzić we Francji kilkaset spraw operacyjnych dotyczących domniemanych terrorystów, obecnie takich spraw – słynny katalog „S", od sureté de l'?tat (bezpieczeństwo państwa) – jest ponad 10 tysięcy.

Można rozbudować jeszcze bardziej służby specjalne, jeszcze lepiej skoordynować ich pracę w wielu krajach, wprowadzić uregulowania europejskie (np. słynny projekt Passenger Name Record), rzucić jeszcze więcej patroli mundurowych na ulice.

Ale w ten sposób co najwyżej będziemy się nieco lepiej ścigać z coraz większą dynamiką siatek islamistycznych. Żadnej nowej jakości. A przyszedł wreszcie czas, że musimy wymyślić nową jakość.

Po krwawym zamachu w Madrycie w marcu 2004 roku terroryści wymusili – za pośrednictwem hiszpańskich wyborców – zmianę rządu, a nowa ekipa wycofała Hiszpanię z koalicji państw prowadzących interwencję w Iraku. Nie wchodząc w to, czy ta wojna miała sens i jakie przyniosła skutki, trzeba widzieć w tym ciągu zdarzeń pewien model reakcji demokratycznego państwa na nacisk islamistów. Dzisiaj ani Francja, ani Belgia nie rozważają podobnego scenariusza. Ale czy jest on nieprawdopodobny?

Państwo Islamskie przyznało się do wtorkowych zamachów w Brukseli, uzasadniając je stanowiskiem Belgii w kwestiach syryjskiej i bliskowschodniej. Czy po kolejnych kilku – być może jeszcze bardziej krwawych – zamachach Belgia, Francja i inne kraje starej Europy, zaangażowane w politykę interwencjonistyczną w Syrii, Libanie, Libii, Jemenie i Mali, nie wycofają się pod wpływem coraz większego zniecierpliwienia opinii publicznej z tego zaangażowania? Nie możemy mieć co do tego żadnej pewności. Co by się za to wycofanie zyskało?

Zapewne zyskałoby się na jakiś czas ulgowe traktowanie tych kilku europejskich stolic przez Państwo Islamskie. Dokonałoby się to prawdopodobnie za cenę oddania całego Bliskiego i Środkowego Wschodu (z wyjątkiem Izraela, który ma mocnego i zdeterminowanego protektora za Atlantykiem) w ręce islamskich fundamentalistów. W ten sposób dopełniłaby się anihilacja unikatowych zabytków Mosulu i innych starożytnych miast, ale też zagłada chrześcijan na tych terenach – już dziś śmiertelnie zagrożonych. Czy taki – cyniczny, trzeba przyznać – układ z Państwem Islamskim miałby podstawy trwałości? Raczej nie.

Układanie się z fanatykami jest obarczone ogromnym ryzykiem. Ludzie, którzy uważają za gwarancję zbawienia śmierć od wybuchu ładunku w pasie szahida z okrzykiem „Allahu akbar!", są mało podatni na argumenty z rejestru doraźnych i zawsze relatywnych korzyści. Oni wyznają wartości absolutne. I wyznają je tak, że każdy kompromis z zepsutym światem niewiernych jest rzeczą niegodną.

Ostatecznym celem islamistów jest światowy kalifat. Po zwycięstwie w Syrii, Iraku i Turcji zechcą utworzyć kalifaty w Grecji, potem we Francji i w Niemczech, a w końcu ich zielony sztandar załopoce nad bazyliką św. Piotra w Rzymie – stolicy kalifatu włoskiego. To, co jeszcze dziesięć lat temu mogliśmy brać za chore rojenia fanatyków, dzisiaj jest zagrożeniem, przed którym naprawdę trzeba się bronić.

Demokracja liberalna sobie nie radzi

W samej Francji żyje około 5 milionów muzułmanów. Twierdzenie, że ogromna większość z nich nie sprzyja islamistom, jest prawdziwe. Tyle że nie zamyka problemu. Jeśli tylko 1 procent przybyszów sprzyjałby islamskim terrorystom, dałoby to 50 tysięcy ludzi – i to jedynie we Francji. Notabene ta zradykalizowana mniejszość to najczęściej dzieci i wnuki przybyszów (a nie pierwsze pokolenie imigrantów), co tylko pokazuje, że problem integracji tych ludzi nasila się z biegiem lat, zamiast słabnąć.

Specjaliści od spraw bezpieczeństwa szacują, że we Francji liczba gotowych na wszystko desperatów spod islamskiej flagi wynosi około 20 tysięcy. To daje mniej niż pół procentu tej populacji. No więc mamy rzeczywiście jakiś margines marginesu, ale czy naprawdę daje nam to poczucie bezpieczeństwa?

W Polsce po wojnie komuniści poradzili sobie z większą jeszcze liczbą „leśnych", ale demokratyczna Francja ma – i będzie miała – dramatycznie wielki problem. Nie utożsamiam Żołnierzy Wyklętych (należy się im cześć i chwała) z szaleńcami strzelającymi do Bogu ducha winnych pasażerów metra czy lotniska, porównuję tylko mechanizm walki PRL z nimi z mechanizmem walki państwa demoliberalnego z islamistami.

Otóż PRL poradziła sobie z antykomunistycznym podziemiem, bo była państwem totalitarnym, niewahającym się używać dowolnie brutalnych metod i wspieranym przez „bratnie mocarstwo", które w każdej chwili służyło wysłaniem dowolnej liczby niepokornych Polaków daleko na wschód i północ. Demoliberalna Francja, podobnie jak żadne inne państwo UE, takich metod nie może i nie chce stosować.

Ale jest gorzej. Liberalne demokracje nie chcą stosować nawet metod, których wymaga sytuacja, dopuszcza je zdrowy rozsądek i sumienie, ale nie dopuszcza lewackie zaczadzenie umysłów. Oto kilka dni po zamachach w Paryżu jeden z terrorystów ucieka do Belgii i ukrywa się w aglomeracji brukselskiej. Belgijskie służby specjalne zdobywają drogą operacyjną informację, że Salah Abdeslam przebywa w dzielnicy Molenbeek.

Władze dostają tę informację wieczorem 15 listopada 2015 roku. Jednostka antyterrorystyczna jest gotowa, by wejść do mieszkania, ale pojawia się problem... późnej pory. To nie żart: według belgijskiego kodeksu karnego nie wolno prowadzić przeszukań między godziną 21 wieczorem a 5 rano, chyba że zachodzą dwie okoliczności uzasadniające odstępstwo od tej zasady: pożar albo ujęcie sprawcy na gorącym uczynku.

Odpowiednie władze nie widzą, iżby w okolicy mieszkania przy Rue Delaunoy 47, gdzie ukrywa się Abdeslam, coś się paliło, nie zachodzi też przypadek ujęcia sprawcy na gorącym uczynku. Interwencja następuje, zgodnie z kodeksem, dopiero o godzinie 5 rano, ale wtedy po Abdeslamie w mieszkaniu nie ma śladu.

Ktoś, kto decydował o wstrzymaniu interwencji do 5 rano, działał zgodnie z prawem. Ale prawo pochodziło z innej epoki, na pewno sprzed czasu społeczeństwa wielokulturowego, z jego wszystkimi konsekwencjami – dla poziomu bezpieczeństwa publicznego chociażby.

Według danych Soufan Group, amerykańskiego think tanku specjalizującego się w zagadnieniach bezpieczeństwa strategicznego, w Syrii po stronie Państwa Islamskiego walczyło pod koniec ubiegłego roku 27 tysięcy ochotników. Ciekawy jest rozkład geograficzny krajów/regionów pochodzenia tych ludzi. Około 8 tysięcy pochodziło z Bliskiego i Środkowego Wschodu, 8 tysięcy z Maghrebu, 5 tysięcy z zachodniej Europy, poniżej 5 tysięcy z krajów byłego Związku Radzieckiego.

Zauważmy: w szeregach Państwa Islamskiego bije się więcej młodych ludzi urodzonych/wychowanych w liberalnych demokracjach zachodnich niż pochodzących z byłego ZSRR, gdzie przecież w południowych republikach muzułmanie żyją od wieków. Spośród owych 5 tysięcy dżihadystów z Europy Zachodniej aż 1700 pochodzi z Francji.

Szacuje się, że 20–30 procent bojowników powraca po jakimś czasie do krajów swojego pochodzenia. To znaczy, że w ciągu kilku najbliższych lat z tej grupy przybędzie do Francji jakieś 300–400 ludzi zdecydowanych na wszystko. A pewna liczba przejdzie klasyczną drogę islamskiej radykalizacji na islamskich przedmieściach, często w więzieniu. Właśnie tacy młodzi ludzie dokonują zamachów takich jak w 2015 roku w Paryżu i ten ostatni w Brukseli.

Żeby przynajmniej odwrócić tendencję z ostatnich lat, trzeba zmienić strategię polityki antyterrorystycznej. Trzeba uznać, że pierwotne źródło tych problemów jest na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz w Maghrebie – to oznacza stawkę na zniszczenie Państwa Islamskiego, a nie tylko – jak teraz – na szkodzenie mu w Syrii i Iraku.

Trzeba też skończyć z polityką wyłączania przedmieść typu Molenbeek spod obowiązywania zasad państwa prawa – inaczej getto będzie rosło i rosło. Trzeba w końcu potwierdzić w praktyce tę oczywistość, że granice zewnętrzne strefy Schengen to są prawdziwe granice, i np. przestać stygmatyzować Viktora Orbána jako rasistę za to, że potraktował serio traktatowe zobowiązanie do obrony tej granicy. Nie zapanujemy nad terroryzmem, jeśli dalej w takim tempie będzie przybywać ludności, która tak kiepsko się przystosowuje do reguł panujących w Europie.

Szacuje się, że w masie 1 miliona 100 tysięcy imigrantów, którzy przybyli do krajów Unii w ciągu 2015 roku, było 2–3 tysiące terrorystów. Ale nie to jest największym problemem. Najgroźniejsze jest zjawisko nieintegracji, które sprawia, że pokojowo początkowo nastawiona populacja przeradza się w zbiorowisko nasycone jednostkami skrajnie wrogimi zachodniej kulturze i gotowymi na wszystko, żeby jej zaszkodzić. I właśnie to przede wszystkim trzeba zmienić.

W imię czego mamy się bronić

Aby taką zmianę paradygmatu myślenia o walce z terroryzmem islamskim przeprowadzić, trzeba wcześniej odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest fundamentem Europy czy – szerzej – społeczeństwa typu zachodniego.

W Paryżu po listopadowych zamachach furorę zrobił pewien muzyk, który spontanicznie zagrał „Imagine" Johna Lennona na ulicy, gdzie poprzedniego dnia padli zabici z ręki nawiedzonych wyznawców islamu. Zrobił furorę – niestety. Bo jeśli naszym ideałem jest społeczeństwo pojmowane jako zbiór ludzi, których nic w istocie nie łączy poza przekonaniem, że wszystko wolno, to jak się obronimy przed niebezpieczeństwem? W imię czego?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE