Nieznane prace Mirosława Bałki w Łodzi

aktualizacja: 01.12.2015, 07:08

Muzeum Sztuki pokazuje dokonania artysty z ostatnich 40 lat.

Znany jest z wielkich realizacji, wypełniających nawet tak gigantyczną przestrzeń, jak Turbine Hall w londyńskiej Tate Modern, gdzie sześć lat temu prezentowana była instalacja „How it is".

Tym razem – odmienne warunki ekspozycyjne, inny charakter prezentacji. W starym budynku Muzeum Sztuki w Łodzi, ongiś pałacu Poznańskich, Bałka pokazuje obiekty niewielkich rozmiarów.

Narzucały je warunki – amfilada trzynastu niedużych pokoi, po ostatnim muzealnym remoncie zamienionych w sterylne białe wnętrza. Rysunki, rzeźby, filmy (też na niewielkich ekranach) zaaranżowano z dużym luzem. Obiekty mało, lub w ogóle nieznane. Najstarsze pochodzą z lat 70., jeszcze z czasów szkolnych artysty, zaś najnowsze są tegoroczne. Rozrzut 40 lat...

Mimo to Bałka irytuje się, gdy określa się monografię zatytułowaną „Nerw. Konstrukcja" mianem retrospektywy. Nie tylko dlatego, że chronologia została zakłócona, wręcz zabełtana.

Wydaje mi się, że ideą przeglądu było odkrywanie podskórnych związków pomiędzy pracami z różnych lat. To jakby jedne obiekty komentowały inne, eksponowane w najbliższym sąsiedztwie. A także, swoiste wizualne didaskalia do tego, co obok i do tego, czego w Łodzi nie ma – do monumentów.

Trzonem prezentacji jest tytułowy „Nerw". Od niego zaczyna się oglądanie wystawy. Najpierw szok: to wnętrze „nieekspozycyjne", z okazałymi lustrami w złoconych ranach, ze stiukami, obite tapetą w róże. Tak było na przełomie XIX i XX stulecia. Neorokokowy przepych, antypody ascetyzmu Bałki. Artysta zaanektował pomieszczenie poprzez napis umieszczony na wielkim zwierciadle.

Zapisane czerwoną szminką na tafli lustra (odniesienie do kobiecej toalety, luksusu, czasu beztroski) hebrajskie słowo „etzev" oznacza nerw, a także smutek, żałobę. W przypadku Poznańskich był to żal za minioną świetnością, jako że łódzki potentat (pochodzenia żydowskiego, stąd hebrajski) w międzywojniu zbankrutował.

Jeśli z „unerwionego" punktu widz skieruje się w lewo – spotka się z „Kurosem", rzeźbą z 1988 roku, wykonaną ze znalezionych materiałów. Kawałki drewna, połamane deski i pordzewiałe gwoździe zmontowane zostały w formę przywodzącą na myśl figurę ludzką. Wiotką, niestabilną. Tytuł kieruje skojarzenia ku starożytnej Grecji i rzeźbom przedstawiającym kurosa, pięknego młodzieńca. Ale u Bałki ten niby-kuros już u zarania życia jest zdestruowany przez los.

W następnej salce kolejna symboliczna postać, „Jan 15,6" (1989). Sylwetka nagiego chłopca z utwardzonego i pobielonego jutowego płótna, dziwnie podobna do płóciennych figur Abakanowicz oraz rzeźb Szapocznikow z serii „Zielnik". Niewinność, czystość, skromność – oto, co nasuwa się na myśl, gdy stoi się wobec „Jana 15,6".

Po raz kolejny w kontakcie ze sztuką Bałki udzielają mi się jego smutek, powaga, ciągłe rozmyślania o stracie. Sól jako destylat łez. Mydło, jako przypomnienie obozów zagłady, gdy ciało ludzkie przerobiono na surowce. Pożoga, kataklizm, przemijanie.

W 1993 roku w pracowni Bałki wybuchł pożar. W muzeum, w witrynie zgromadzone zostały „ofiary" nieszczęścia: nadpalone, lecz ocalałe rysunki. Prace zyskały inny wymiar – „świadków" zniszczenia. Przypadek, lecz poza tym rzeźbiarz często używa popiołu jako surowca. Ma to dwojaki sens: z jednej strony przypomina o pożodze, zniszczeniu; z drugiej – symbolizuje narodziny nowego życia. Jak Feniks z popiołów.

POLECAMY

KOMENTARZE