Publicystyka
Polski łże-liberalizm
Skoro to, co mamy w Polsce, jest nazywane liberalizmem, to gdzie mają poszukiwać inspiracji przeciwnicy tych wszystkich niedorzeczności gospodarczych, prawnych i podatkowych jak nie w marksizmie? – twierdzi Robert Gwiazdowski, prawnik i ekonomista
Przez łamy prasy przetoczyły się niedawno dwie debaty: o modzie na marksizm oraz o kryzysie i szansach liberalizmu. Ostatnio przeczytałem, że kryzys na rynku kredytów hipotecznych w USA jest ostatecznym dowodem upadku liberalnych recept gospodarczych! A który to niby, do licha, liberał wymyślił te kredyty, czy jakieś instrumenty pochodne? Albo pieniądz papierowy?
Sytuacja na rynku kredytów hipotecznych w USA i jej konsekwencje dla tak zwanych rynków finansowych mają tyle wspólnego z klasycznym liberalizmem, co nacjonalizacja przemysłu w imię sprawiedliwości dziejowej! Pozwolę sobie na postawienie tezy dość przewrotnej: im więcej będzie tego typu debat wokół liberalizmu, tym popularniejszy będzie marksizm.
Głupie idee jak palenie trawki
W Polsce Anno Domini 1990 realizowano podobno reformy liberalne i wprowadzono monetaryzm. Milton Friedman, twórca monetaryzmu, który odwiedził nasz kraj razem z Ronaldem Reaganem, gdy mu wytłumaczono, co to jest popiwek (przypomnę: podatek od ponadnormatywnego wzrostu wynagrodzeń), powiedział: „jak to jest monetaryzm, to ja jestem keynesista”.
Młodzi ludzie, odczuwając na własnej skórze skutki przemian, a z drugiej strony obserwując, jakie korzyści czerpali inni, podsumowują: „jak to był liberalizm, to my jesteśmy marksiści”. W końcu bycie marksistą nic nie kosztuje. Także marksiści dostaną od państwa becikowe, zasiłek dla bezrobotnych, a w przyszłości emeryturę. Nędzną, bo nędzną, ale zawsze jakąś.
Głoszenie głupich idei jest podobne do palenia trawki: podyktowane modą, chęcią ucieczki od rzeczywistości czy zaimponowania komuś własnym buntem. Różnica jest taka, że po trawce łeb pęka palącemu, a głoszenie głupich idei w krótkiej perspektywie nie boli tego, który je głosi. Niestety, w dłuższej perspektywie boli wszystkich pozostałych.
Żeby młodzi ludzie nie ćpali trawki, trzeba im znaleźć alternatywę. Żeby młodzi ludzie nie ćpali marksizmu, też muszą mieć co robić. Pozwala na to liberalizm. Ale ten klasyczny, a nie jego podróbki od popiwku.
Pozwolenie na łowienie ryb
Choć liberalizm był dzieckiem oświecenia, to trzeba dostrzec różnice między oświeceniem anglo-szkockim i kontynentalnym, czyli de facto francuskim. Antyreligijny liberalizm kontynentalny, który doprowadził do oderwania wolności od moralności i odpowiedzialności za własne postępowanie, nie jest tożsamy z liberalizmem jako takim.
Przedstawiciele oświecenia anglo-szkockiego i twórcy klasycznego liberalizmu podzielali podstawowe wartości kultury judeochrześcijańskiej, podczas gdy przedstawiciele oświecenia francuskiego ją kontestowali. Z punktu widzenia obrońców wiary i moralności, za jakich uchodził w owym czasie Kościół katolicki, twórcy zza kanału La Manche byli innowiercami. A liberałowie z kontynentu z kolei to wyznawcy Woltera, który wypalił kiedyś, że nie będzie na świecie dobrze, „dopóki nie powiesi się ostatniego króla na kiszkach ostatniego księdza”.
Stanowisko polskich liberałów po roku 1989 wobec religii było ambiwalentne. Z jednej strony nie bardzo mogli sobie pozwolić na otwarte zdystansowanie się od Kościoła katolickiego, którego głową pozostawał „nasz” papież, ale z drugiej strony w umizgach do polskich yuppies nie można było za bardzo odwoływać się do dekalogu. A szkoda, bo jak wynika z twórczości Adama Smitha i działalności wcielających jego idee w życie założycieli Stanów Zjednoczonych, gospodarka i etyka pozostają ze sobą w związkach nierozerwalnych.
Jak ma się polska rzeczywistość do podstawowych idei klasycznego liberalizmu? Poza liberalnym sloganem rozpowszechnionym przez Lecha Wałęsę, że ludziom trzeba dać wędkę, a nie rybę, nie było takiego momentu w historii Polski po roku 1989, żeby rządzący wykazali wiarę w człowieka. A slogan z wędką i rybą stał się żałosny, gdy okazało się, że na łowienie ryb trzeba mieć specjalne pozwolenie, a za samo zamoczenie kija trzeba płacić wysokie podatki.
Podstawą liberalnego ustroju politycznego jest podział władzy – nie tylko podział formalny, ale i faktyczny. Tymczasem postulat Janusza Korwin-Mikkego, żeby ministrowie nie mogli być jednocześnie posłami, wywoływał jedynie uśmiechy politowania. Lider UPR doprowadził zresztą do tego, że nawet jak mówi coś rozsądnego, to i tak nikt go nie słucha.













