Polityka wschodnia wymaga rekonstrukcji

aktualizacja: 08.04.2013, 10:26
Foto: Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski KS Krzysztof Skłodowski

Zamiast pióra każdy polski premier powinien przy nominacji dostawać mapę, by nie zapominał, gdzie leży Polska. Przydałaby się przy dyskusji o podpisaniu przez EuroPolGaz listu intencyjnego w sprawie gazociągu Jamał II – pisze lider PJN.

Brak determinacji i niewykorzystane szanse? Być może tak właśnie po latach napiszą o dzisiejszej polityce zagranicznej rozdartej pomiędzy interesami dwóch głównych partii. O dziwo, gdy się czyta uwagi Krzysztofa Liska z PO czy Macieja Olex-Szczytowskiego, doradcy ekonomicznego Radosława Sikorskiego, można odnieść wrażenie, że już nie tylko opozycja ostrożnie ogłasza „sukcesy".

Brutalna rzeczywistość

Lisek ujmuje to tak: „Za stan rzeczy u naszych wschodnich granic w dużym stopniu odpowiada nasza polityka połowicznych celów, środków i zaangażowania". Niemoc dotyczy zarówno tego, co moglibyśmy zrobić o własnych siłach, jak i tego, co zależy od Unii Europejskiej. Na przeszkodzie zwykle stoją „oni". Lisek nie może wszak obciążyć własnego rządu. I PO, i PiS szukają winnych na zewnątrz. Winni to Unia, Litwini, Niemcy i oczywiście „Ruscy". Jednym słowem – to nie my odpowiadamy za zły stan rzeczy.
Dla PO to usprawiedliwienie dla ograniczenia ambicji, dla PiS uzasadnienie braku skuteczności. A tu nie ma co narzekać na „onych". To, co mieliśmy dostać od Wuja Sama czy Ciotki Angeli, już dostaliśmy. Wejście do NATO i UE skończyło się pomyślnie, a idealizm w relacjach na świecie i tak wyparował z nastaniem kryzysu. Jako pierwszy od lat polityk PO Lisek szczerze pisze, że są jednak problemy i zostawia margines na debatę. Jakich wniosków nie dopowiada? Po pierwsze, jeśli mamy jeszcze moce w polityce zagranicznej, to tkwią one nad Wisłą: w zdolności do koordynacji polityki, w gospodarce i nowoczesnej armii. Po drugie liczą się tylko wielkie projekty. Po trzecie i rządowi brak dobrego pomysłu na politykę wschodnią.
Na początek chodzi o ustalenie, co robić między nami w Polsce. Nie z szacunku do wyimaginowanego konsensusu. Wskazówką powinien być styl działania Niemiec, które nie są przecież oazą łagodności w relacjach pomiędzy CDU a SPD. Jednak kiedy chodzi o interes kraju, wyciągają wnioski ze swego położenia na mapie oraz z doświadczeń historii i podziału.

Brak wspólnej polityki

Zamiast pióra każdy polski premier powinien przy nominacji dostawać mapę, by nie zapominał, gdzie leży Polska. Przydałaby się przy dyskusji o podpisaniu przez EuroPolGaz listu intencyjnego w sprawie gazociągu Jamał II. A tak mamy komentarze rządu od Sasa do lasa, a u opozycji logikę Cześnika Raptusiewicza: „zaplanowali znaczy zbudowali, podpisali znaczy zdradzili". Trudno sobie wyobrazić podobną sekwencję wydarzeń w Berlinie. I przy okazji lepszą okazję do radości na Kremlu. Nikt nie wyjaśni oficjalnego polskiego stanowiska, gdy w Warszawie każdy klepie do kamery, co mu przyjdzie do głowy. Gdyby opozycja bez łaski rządu miała dostęp do wiedzy o stanie państwa, musiałaby się hamować w ocenach, a Jarosław Kaczyński sam zadbałby, żeby wypowiedzi w jego imieniu pozbawione były żaru szaleństwa. W tym sensie i Polsce, i Tuskowi byłoby wygodniej, chociaż PO nie mogłaby wtedy przypisywać sobie rzekomego „sukcesu" w każdej sprawie. Inny przykład upartyjnienia strategicznych interesów państwa to przyjęcie przez rząd Tuska paktu fiskalnego najmniejszą możliwą większością. Niby wszystko dobrze, ale otwiera drogę do odkręcania polityki zagranicznej po zmianie władzy.

Koncerny jako przedłużenie państwa

Polsce potrzeba siły, a siła to gospodarka. Nie mapa oznaczona na zielono, ale przemysł i koncepcja własnej marki. Trafnie pisał o tym Maciej Olex-Szczytowski. Bez „swoich" koncernów, będących „przedłużeniem państwa", Polska nie odegra roli w Unii, a do Kijowa czy Pekinu latać będziemy jak niegroźne pięknoduchy z pustym koszyczkiem. Właśnie pozbyliśmy się nawet Zelmera, który miał ćwiartkę polskiego rynku AGD. Dyplomatom ktoś powinien powiedzieć, które firmy mają być promowane.
Teraz sytuacja wygląda tak, że na spotkaniu ambasadorów Unii Francuz mówi o koncernie X, Niemiec o Y, a Polak ogólnie, że „będzie lepiej". I jeszcze dochodzi kwestia obronności. Cięcie wydatków na wojsko osłabia kraj. Nawet znaczących państw nikt nie szanuje, gdy nie mają one armii na tyle skutecznej, by bronić się do nadejścia pomocy. Wydatki na zbrojenia to też wsparcie badań i nowych patentów, które w końcu trafiają do użycia w cywilu.
Doktryna polityki „ciepłej wody w kranie" w kwestiach zagranicznych się nie sprawdza. Doświadczenie ostatniego dwudziestolecia podpowiada, że im więcej chcemy, tym więcej się udaje i na odwrót. Udały się wielkie projekty, jak wejście do NATO i UE. Nie wypaliły pozornie łatwe, jak miejsce przy stole podczas obrad eurogrupy.

Kapitał ludzki

Nie zawsze, jak za czasów Lecha Kaczyńskiego, można mieć partnerów takich jak Adamkus czy Saakaszwili, ale i tak trzeba prowadzić politykę. Miejsca na mapie nie zmienimy. Otwarta na Wschodzie Unia to interes bardziej nasz niż Niemców czy Czechów, a nawet niektórych Ukraińców. W trudnych czasach powinniśmy utrzymać tę linię. Koledzy z Zachodu powinni być pewni dwóch rzeczy: że dobrze rozumiemy, iż rozszerzenie to nie projekt na dziś, ale tym bardziej dzisiaj nie może być zamykany i my od niego nie odstąpimy. Nawet gdyby wypadki na Ukrainie wydawały się go w krótkim okresie przekreślać.
Nie powinni mieć wątpliwości, że zgoda na dalszą integrację wewnątrz Unii z naszej strony to realistyczna promesa otwartych drzwi na Wschodzie z ich strony, czyli zasada pogłębienie za rozszerzenie. Dla nas domykanie Wschodu oznacza dalsze słabnięcie kilku województw (mniej inwestycji, handlu itd.), rekonstrukcję ZSRR za Bugiem i wyrastanie tam kolejnych nieufnych wobec Polski generacji, w przekonaniu, że zawsze zostawiamy ich w tarapatach. W tym roku zdecyduje się podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Ukrainą. Byłaby ona tak wielkim krokiem Kijowa na Zachód, że musi wywoływać opór. Zamiast więc gorszyć się kolejnymi naciskami Moskwy na Kijów, powinniśmy być ostatnimi, którzy powiedzą, że się nie uda. A gdyby się nie udało, mieć nowy plan, ambitny i realistyczny.
Tym planem powinna być odbudowa więzi ze społeczeństwami na Wschodzie, wielka rekonstrukcja. Nie Rzeczypospolitej Jagiellońskiej, ale relacji z ludźmi. Jako żelazny kapitał na czas, kiedy znowu powstaną warunki do działania w polityce. Na pierwszy ogień powinna pójść walka z wizami. Skojarzenie powinno być proste: Polska jako otwarta brama na Wschód. Powinien powstać program wymiany studentów – dzisiaj w Polsce studiuje 6 tysięcy Ukraińców. Przez kilka lat powinniśmy podwajać tę liczbę, wydatki na ten cel byłyby inwestycją lepszą niż stadiony na Euro. Dowodem jest program Studium Europy Wschodniej Jana Malickiego, który od lat umożliwia studentom ze Wschodu korzystanie z polskiego uniwersytetu.

Dar dla Wschodu

Mniejsi przedsiębiorcy z Polski powinni otrzymać premię podatkową za rozwijanie współpracy ze Wschodem – wielkich niech wspierają dyplomaci, a dla średnich niech pojawi się zachęta ze względu na trudniejsze niż na Zachodzie warunki. Powinien powstać rządowy program, który będzie dofinansowywać wizyty licealistów na Wschodzie, tak by nie było maturzysty, który nie przekroczył Bugu, nie spotkał Ukraińców, Białorusinów, nie ujrzał Nowogródka itd. – wzorem powinny być doświadczenia izraelskie czy program polsko-niemieckiego „Jugendwerku".
Konieczne jest powołanie do relacji z Ukrainą instytucji analogicznej do Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Potrzebne jest zagwarantowanie na kilka lat do przodu finansowania badań historycznych, konferencji, przekładów literatury. W roku rocznicy wołyńskiej chyba nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Taka inwestycja się opłaci, nawet jeśli pokryjemy ją z własnej kieszeni.
Po 1989 roku większość kosztów współpracy z Polską ponieśli przecież Niemcy. I dlatego że byli bogatsi, i dlatego że nie przejmowali się tym, że jakiś polityk w Polsce uznał, że „jemu nie potrzeba". Powinien powstać program zapraszania do Polski specjalistów ze Wschodu – wykształconych imigrantów gotowych ułożyć sobie życie nad Wisłą. Na szczyt Partnerstwa Wschodniego w Wilnie powinniśmy przygotować propozycję zmian w finansowaniu projektu, który jest krytykowany także przez Liska. Jeśli ma się do dyspozycji niewiele pieniędzy i chce się pomóc i biednym i samotnym, a na koniec kupić komputery dla lokalnej gazetki, to się nic nie osiągnie.
Czy Polska zaproponuje reformę kulejącego partnerstwa? Środki trzeba skoncentrować, a głównym projektem powinien być Uniwersytet Partnerstwa Wschodniego. Sprzyjałoby to rekonstrukcji relacji ludzkich w regionie. Byłoby to dobre dla Unii, bo ludzie na Wschodzie lubią „widzieć" dar. Uniwersytet, idea do cna europejska, byłby widocznym znakiem zaangażowania Brukseli, miejscem studiów młodych ze Wschodu i Zachodu. Przygotowałaby siatkę znających się absolwentów, mających wspólne wspomnienia zarówno z sali wykładowej, jak i z akademika. Ich korpus byłby jak znalazł, gdy w końcu otworzą się możliwości poszerzenia Unii.
Nasze argumenty w sprawie reformy partnerstwa zabrzmią poważnie, gdy sami zrobimy coś więcej niż doraźne spotkania niezliczonych grup i komitetów. Na trudne czasy trzeba mieć nowy plan. Inni za nas tego nie zrobią.
Autor jest liderem PJN, adiunktem w ISP PAN, byłym prezesem Klubu Jagiellońskiego, założycielem Fundacji Energia dla Europy
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE