Na swoich stronach spółka Gremi Business Communication Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

REKLAMA
|
  • Warszawa
  • Białystok
  • Bydgoszcz
  • Gdańsk
  • Kalisz
  • Katowice
  • Kielce
  • Kraków
  • Lublin
  • Łódź
  • Olsztyn
  • Opole
  • Poznań
  • Rzeszów
  • Szczecin
  • Toruń
  • Wrocław
  • Zielona Góra
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Plus Minus

Plus Minus

Smuga sadzy

Wojciech Stanisławski 16-03-2013, ostatnia aktualizacja 16-03-2013 00:00
Ofiara w Sajgonie: zdjęcie Thich Quang Duca obiegło świat
Ofiara w Sajgonie: zdjęcie Thich Quang Duca obiegło świat
źródło: AP
Obrońcy Tybetu: samospalenie  w Katmandu, luty 2013 r.
Obrońcy Tybetu: samospalenie w Katmandu, luty 2013 r.
źródło: AFP
źródło: HBO

Ich nazwiska są jak przewrotny hołd złożony sowieckiemu internacjonalizmowi. Ryszard Siwiec, Jan Palach, Sándor Bauer, Antanas Kalinauskas, Oskar Brüsewitz... Narodowość każdego rozpoznawalna na pierwszy rzut oka. Garść desperatów, którzy zdecydowali się na samospalenie.

Europejczycy nie są bardziej humanitarni od innych ludów i zapach palącego się ciała jest im znany nie tylko za sprawą pożarów. Płonęli jeńcy wojny peloponeskiej i ci, którzy naraziwszy się Falarisowi, tyranowi Agrygentu, trafili żywcem do kotła w kształcie byka. Płonęły „pochodnie Nerona", ze stosu miotał przekleństwa wielki mistrz Jakub de Molay i błogosławił Jan Hus. Biały dym krył twarze nieszczęśników oskarżanych o czary i herezje, od żaru pękały witraże kościołów z zamkniętymi w nich mieszkańcami przegranych miast.

Ogniem zajmowały się strzechy stodół na obrzeżach cywilizowanej Europy, gęsty dym snuł się ze stosów, wznoszonych na zapleczu komór, stanowiących szczytowe osiągnięcie niemieckiej myśli technicznej, a w oczach wielu kodę i klęskę „Europy". Woń, którą w pokojowych czasach większość z nas zna najwyżej z bezbolesnej wizyty u sięgającego po nóż elektryczny chirurga, snuje się tłustą smużką po stuleciach.

Nikt jednak w Europie, prócz może na poły legendarnych wiosek starowierów, otoczonych przez opryczników w kostromskich lasach, prócz szaleńców, którzy zwykle skłonni są do czynów gwałtownych, nie decydował się na dobrowolne wstąpienie w ogień. Ewangelie nauczały o Chrystusowej drodze, żywoty świętych ukazywały wzorzec ofiarowania życia na Jego wzór – ofiara ta jednak zawsze dokonać się miała przez post, pokutę, służbę; nigdy inaczej. Potężny zakaz podniesienia na siebie ręki pozostawał żywy przez stulecia i jeśli łamano go, to tylko rzucając się w studnie najbardziej prywatnej rozpaczy.

Złamano go dopiero w latach 60. XX wieku i wówczas sceny samospalenia przemówiły do widzów z niezwykłą siłą. Popiół papierosa, czajnik, węgle ogniska sprawiają, że każdy zna ból oparzenia i w bezsilnej wyobraźni usiłuje przemnożyć obolałość dłoni czy kolana tysiąckrotnie? Stukrotnie? I to doświadczenie dotyku cudzego ciała, intymności i zmazy: na kurtkach, rękach i twarzach świadków osiadały płatki sadzy, która przed chwilą była powieką,  językiem, palcem.

Porzucając ciało

Z samospaleniem znacznie bardziej oswojony był wielki świat Azji, gdzie myśl o poświęceniu własnego ciała pojawia się już w najstarszych przypowieściach hinduskich i buddyjskich. Mitografowie przywołują legendy dżataka o pierwszych inkarnacjach Buddy i królu Sibi, który zawstydził bogów, karmiąc swoim ciałem orła, by ocalić gołębicę. Sutra Lotosu opisuje z kolei Bhajszadźję, „króla-uzdrowiciela", który wypiwszy wonne oleje i owinąwszy się naoliwionym płaszczem, postanowił spłonąć – i płonął przez tysiąc dwieście lat.

Historycy chińskiego buddyzmu przywołują tradycję wangshen, tłumaczoną przez Zachód jako „umartwienie", choć trafniejszy byłby termin „wyzbycie się ciała". Jej adepci pozwalali żerować na swoim ciele owadom i drobnym zwierzętom, okaleczali się, odcinając kolejne członki, wstępowali w nurty rzek, w bagno – i w ogień.

...
Poprzednia
1 2 3 4 5 6
Plus Minus
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł, oddano głosów: 

Komentarze

Dodaj komentarz

Zaloguj lub Połącz przez | Załóż konto

Wypowiadasz się teraz jako niezalogowany

Pozostało znaków: 2500

Tu nas znajdziesz: DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Rozmowa Mazurka: Do Kościoła szedłem powoli

Robert Mazurek rozmawia z Filipem Łobodzińskim, dziennikarzem, piosenkarzem, tłumaczem. >>
common