"Wprost" zawiesił dziennikarkę Dorotę Kanię

aktualizacja: 26.02.2008, 21:03
Stanisław Janecki
Stanisław Janecki
Foto: wprost.pl

Tygodnik "Wprost" zawiesił współpracę z dziennikarką Dorotą Kanią. Redaktor naczelny Stanisław Janecki oświadczył, że robi to z dbałości o etyczne standardy dziennikarstwa. Kania broniąc się oświadcza, że nigdy nie
powoływała się na wpływy u polityków i nigdy nikomu nic nie
obiecywała.

Dziennikarka zapowiedziała pozew do sądu przeciw Markowi Dochnalowi, który, w programie "Teraz My" w TVN, mówił, że "pewne osoby" składały jego rodzinie propozycję pomocy w zamian za gratyfikację finansową.
- Pani Dorota Kania pożyczyła kilkaset tysięcy złotych od mojej rodziny, obiecując kontakty z politykami Prawa i Sprawiedliwości - mówił Dochnal. Po przegranych przez PiS wyborach Kania zwróciła pieniądze.
Janusz Kaczmarek powiedział w TVN 24, że Kania interweniowała u Zbigniewa Ziobry ws. Marka Dochnala.
- Kania starała się wykazać, że prokuratura łódzka niewłaściwie prowadzi to postępowanie, że nie chce podczas przesłuchań pytać o ważne rzeczy. W wyniku jej interwencji Zbigniew Ziobro przyjął obrońców Dochnala i sprawę przeniesiono do Katowic. To było na początku 2006 - powiedział Kaczmarek.
Były minister spraw wewnętrznych przyznał też, że Zbigniew Ziobro "nieraz prowadził ręce prokuratorów". - W tym Dochnal mówi prawdę - dodał.
- Oczekuję, że w sposób nie budzący wątpliwości wyjaśni ona okoliczności zaciągnięcia pożyczki u członka rodziny Marka Dochnala, lobbysty, który niedawno opuścił areszt - napisał Janecki.
- Podczas pracy we 'Wprost', czyli od stycznia 2007, Dorota Kania nie opublikowała w kierowanym przeze mnie tygodniku ani jednego artykułu dotyczącego Marka Dochnala. Oświadczam jednocześnie, że uważam za naganne i niedopuszczalne wszelkie działania dziennikarzy, które mogą kwestionować ich niezależność i uczciwość bądź mogłyby prowadzić do konfliktu interesów - uważa szef tygodnika.
Janecki przypomniał, że w czasie, kiedy zawierane były umowy pożyczki, Kania nie była dziennikarką "Wprost". Pracowała dla "Życia Warszawy".
- Stanowczo oświadczam, że nigdy nie powoływałam się na wpływy u polityków i nigdy nikomu nic nikomu nie obiecywałam. W związku z kierowanymi pod moim adresem pomówieniami przeciwko Markowi Dochnalowi w najbliższych dniach skieruję sprawę do sądu - oświadczyła Kania.
Dziennikarka wyjaśniła, że w drugiej połowie 2005 chciała kupić dom o bardzo skomplikowanej sytuacji prawnej, dlatego wynajęła biuro obrotu nieruchomościami. Trafiła do biura ANEKS w Warszawie, którego właścicielką jest Barbara Pietrzyk. Wtedy nie wiedziała, że Pietrzyk jest teściową Marka Dochnala.
W trakcie transakcji - napisała Kania - okazało się, że bank da jej jedynie połowę sumy, którą potrzebowała. Wtedy Pietrzyk sama zaoferowała, że pożyczy jej na rynkowych warunkach brakującą kwotę. Dzięki temu kupiła dom na początku 2006. Jesienią 2007 Pietrzyk na prośbę Kani pokwitowała jej całkowitą spłatę pożyczki.
Kania w oświadczeniu podała też, że nie zna samego Marka Dochnala, nigdy się z nim nie kontaktowała i nie rozmawiała. Rozmawiała natomiast z jego żoną - Aleksandrą Dochnal na jej prośbę, gdy lobbysta był w areszcie. Kania była wtedy dziennikarką "Życia Warszawy".
- Opowiadała mi o rzekomo nieuczciwych sędziach, prokuratorach i adwokatach, którzy prowadzili sprawę jej męża. Wymieniała też nazwiska dziennikarzy i świadków, którzy rzekomo mieli być opłacani przez nią lub jej męża - zaznaczyła Kania.
- 27 maja 2005 został opublikowany w "Kulisach", dodatku do "Życia Warszawy" jedyny wywiad, jaki przeprowadziłam z Aleksandrą Dochnal. Było to w czasie, kiedy u władzy był SLD. Drugą osobą prowadzącą wywiad z Aleksandrą Dochnal - podczas którego miałam rzekomo oferować pomoc Markowi Dochnalowi - był mój redakcyjny kolega Marcin Szymaniak - podała.
- Telefony od Aleksandry Dochnal przestałam odbierać od momentu, gdy potwierdziła mi, że po dwóch latach aresztu męża będąc w Rosji spotkała się z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem - dodała Kania.
Sama Kania oświadcza, że od blisko półtora roku, gdy została świadkiem w procesie przeciw Janowi Widackiemu, gdzie świadkiem jest również Dochnal, nie publikuję żadnych artykułów o jakichkolwiek sprawach związanych z nim.
Według Magdaleny Bajer, szefowej Rady Etyki Mediów przypadek Kani po raz kolejny pokazuje, że dziennikarz szczególnie powinien zwracać uwagę na to, z kim się kontaktuje.
- Dziennikarz musi niesłychanie uważać na swoje postępowanie także prywatne - na to z kim nawiązuje kontakty, także prywatne, towarzyskie, finansowe. To nie jest wszystko jedno, od kogo się pożycza pieniądze, jeśli jest się dziennikarzem i to w dodatku śledczym - powiedziała Bajer.
Podkreśliła, że dopóki sprawa się nie wyjaśni, nie można Kani o nic podejrzewać.
Pierwsze z tych śledztw zakończyło się już aktem oskarżenia. Ciągle toczy się drugie, prowadzone już przez prokuraturę w Katowicach, w którym lobbysta jest podejrzany o pranie brudnych pieniędzy - według nieoficjalnych informacji chodzi o 70 mln zł - a także przestępstwa przeciwko dokumentom i udział w obrocie środkami odurzającymi.

POLECAMY

KOMENTARZE