Plus Minus

A proletariat czeka

Plus Minus, Andrzej Krauze And Andrzej Krauze
Kto zgarnie pulę po upadku współczesnej cywilizacji zachodniej? Chrześcijaństwo, islam czy areligia?
Trudno się oprzeć pokusie poszukiwania analogii między współczesnością a przeszłością. Nikołaj Bierdiajew w latach 20. przewidywał nadejście nowego średniowiecza, Jerzy Braun przed wojną oczekiwał nowego oświecenia, Grzegorz Górny pisał niedawno o nastaniu nowej starożytności. W kręgach konserwatywnych coraz częściej porównuje się Unię Europejską do upadającego Rzymu, przywołując przy tym nieraz Alasdaira MacIntyre'a, wedle którego rozpoczęła się już epoka nowego barbarzyństwa i pozostaje nam tylko czekać na kolejnego świętego Benedykta.
Grzegorz Lewicki w książce „Nadchodzi nowy proletariat" analizuje analogie między cywilizacją helleńską a zachodnią. Próbuje on ożywić historiozofię Arnolda Toynbeego, nieco zapomnianego brytyjskiego historyka, autora monumentalnego „Studium historii". Lewicki ukończył London School of Economics, związany jest również z seminarium prof. Jana Skoczyńskiego, krakowskiego filozofa dziejów piszącego między innymi o Marianie Zdziechowskim i Feliksie Konecznym. Lewicki w jakiejś mierze kontynuuje krakowskie tradycje, łącząc podejście cywilizacyjne i historiozofię z teorią gier.

Dzieje cywilizacji

Toynbee w 12 tomach „Studium historii" analizował narodziny, rozwój i upadek rozmaitych cywilizacji. Jego zdaniem to właśnie cywilizacje, a nie poszczególne narody, są prawdziwymi podmiotami historii.
Żywotność cywilizacji zależy od tego, jak radzi sobie z wyzwaniami stawianymi przez przyrodę i społeczeństwo. Zbyt trudne wyzwania mogą wywołać kryzys, zbyt słabe nie stymulują wzrostu. Na przykład Słowianie przez setki lat żyli w spokoju na żyznych glebach i w tym czasie nie rozwinęli żadnej godnej uwagi kultury. Rozpoznanie wyzwania i adekwatna odpowiedź jest początkiem rozwoju cywilizacji, jej wzrost zależy natomiast od stosunków między twórczą mniejszością a nietwórczą większością. Cywilizacja się rozwija, gdy masy naśladują elity, załamuje się zaś, gdy większość przestaje podążać za elitą lub naśladuje obce wzorce. Faza dezintegracji może trwać setki lat i obejmuje trzy etapy: zaburzenia, to znaczy wojny i niepokoje społeczne, powstanie państwa uniwersalnego, które elity tworzą dla utrzymania spójności, i wreszcie interregnum, poprzedzające ostateczny rozkład. W tym czasie pojawia się nowa uniwersalna religia, na podstawie której powstaje kolejna cywilizacja. Załamanie się cywilizacji prowadzi do powstania grup społecznych, które nie utożsamiają się z rządzącymi elitami. Toynbee nazywał je „wewnętrznym proletariatem", nie chodziło mu jednak o stan posiadania, lecz o stan ducha. Wewnętrzny proletariat „wchodzi z konieczności w jakieś funkcjonalne związki z instytucjami danej cywilizacji, ale subiektywnie czuje, że nie przynależy do nich w pełni". W cywilizacji helleńskiej tworzyły go podbite przez Rzym ludy, które nie uczestniczyły w życiu politycznym i kulturalnym imperium. Szukały one nowej tożsamości, którą ostatecznie przyniosło im chrześcijaństwo. Grzegorz Lewicki próbuje zastosować model Toynbeego do analizy współczesnej Europy. Sam Toynbee nie potrafił określić, w jakim stadium znajduje się nasza cywilizacja, nie dostrzegał bowiem uniwersalnego państwa ani nie potrafił wskazać wewnętrznego proletariatu. Lewicki stawia hipotezę, że Unia Europejska, która powstała po śmierci Toynbeego, jest właśnie zapowiadanym przez niego państwem uniwersalnym. Rzeczywiście, doskonale pasuje ona do opisu brytyjskiego historyka. Unia powstała w odpowiedzi na zaburzenia wewnątrz cywilizacji i głosi – tak samo jak rzymskie imperium z czasów Pax Romana – tolerancję i pokój między narodami. Tworzenie uniwersalnego państwa jednak jedynie pogłębia kryzys cywilizacji, zwiększając wyobcowanie wewnętrznego proletariatu. Ideologia Unii, która ma zapewniać pokój wewnętrzny i zewnętrzny, jest coraz częściej ignorowana lub wprost odrzucana przez jej mieszkańców.

Gra o kontynent

Cywilizacja zachodnia znajduje się więc w fazie zaawansowanej dezintegracji, choć jeszcze nie rozkładu. Przyszłość zależy od tego, komu uda się zjednoczyć wewnętrzny proletariat i jak będzie wyglądała nowa uniwersalna religia. Jak wskazuje Lewicki, na Zachodzie konkurują ze sobą trzy światopoglądy: chrześcijaństwo, islam i areligia opierająca się na ateizmie lub agnostycyzmie. Według niego każdy z nich może w przyszłości zjednoczyć wewnętrzny proletariat. Na razie przedstawiciele tych nurtów prowadzą coraz intensywniejszą działalność misyjną. O tym, kto zwycięży, zadecyduje atrakcyjność narracji i czynniki demograficzne. W tym miejscu pojawiają się wątpliwości. Po pierwsze, nie jest jasne, czy rzeczywiście przedstawiciele chrześcijaństwa, islamu i areligii stanowią wewnętrzny proletariat. Wciąż bowiem chcą oni wpływać na rządzących, biorą udział w wyborach i protestują, a prawdziwy proletariat w ogóle nie uczestniczy w życiu politycznym, czekając na rozpad systemu. Po drugie, nie jest jasne, czy areligia, słusznie traktowana przez Lewickiego jako alternatywa dla tradycyjnych religii, faktycznie stanowi alternatywę dla ideologii państwa uniwersalnego. Może się bowiem wydawać, że jest ona o wiele bliższa filozofii promowanej przez dominującą mniejszość niż którakolwiek z religii.

Co robić?

Jakie są szanse chrześcijaństwa? Według Lewickiego jest ono co najmniej równorzędnym konkurentem areligii i islamu. Chrześcijaństwo ma wielką zdolność adaptacji i regeneracji, dzięki czemu może stanowić atrakcyjną propozycję tożsamościową dla wewnętrznego proletariatu. Sam Toynbee miał nadzieję, że to właśnie rodzima religia uratuje cywilizację zachodnią. Gdyby to chrześcijaństwo zjednoczyło europejski proletariat, dziedzictwo kultury zostałoby zachowane, a nowa cywilizacja stałaby się – bodaj pierwszy raz w dziejach – własną cywilizacją potomną. W tym wypadku Zachód nie upadłby, lecz tylko by się odrodził. Z teorii Toynbeego można wyprowadzić dość radykalne wnioski. Wydaje się bowiem, że warunkiem wiarygodności chrześcijaństwa jako religii wewnętrznego proletariatu jest odrzucenie obecnego kształtu cywilizacji zachodniej. Wciąż, zwłaszcza przez przedstawicieli innych cywilizacji, Europa jest traktowana jako twór chrześcijański. Aby móc zjednoczyć wewnętrzny proletariat europejski, chrześcijaństwo musiałoby wystąpić jako siła kontrkulturowa, tworzyć prawdziwy drugi obieg kulturowy, społeczny i być może ekonomiczny, który mógłby w przyszłości zastąpić upadający system. W ten właśnie sposób, jak wskazywał MacIntyre, postąpili chrześcijanie pod koniec starożytności. Wiele środowisk chrześcijańskich, zwłaszcza w Europie Zachodniej, już dawno przyjęło taką strategię. Najlepiej chyba przedstawił ją arcybiskup Grenady Javier Martínez, mówiąc, że trzeba po prostu wysiąść z europejskiego pociągu, który jedzie w niewłaściwym kierunku. W Polsce wciąż jeszcze dominuje bardziej optymistyczny pogląd, wedle którego chrześcijanie mogą i powinni się angażować w oficjalne życie polityczne, także na poziomie europejskim, a więc raczej namawiać do zmiany kierunku jazdy, niż do opuszczenia pociągu. Ten umiarkowany pogląd wydaje się też bliższy Grzegorzowi Lewickiemu, który namawia do aktywnego korzystania z instrumentów politycznych, jakie wciąż jeszcze daje Unia. Czy zatem Zachód czeka zmierzch, czy nowa jutrzenka? Sytuacja powinna się wyjaśnić w najbliższych latach, według Toynbeego bowiem naturalną konsekwencją powstania państwa uniwersalnego i konsolidacji wewnętrznego proletariatu są prześladowania nowej religii. Jeśli opresji będą podlegać chrześcijanie, oznaczać to będzie, że udało się im zjednoczyć proletariat i rozkład cywilizacji zachodniej przebiega według najlepszego możliwego scenariusza. Autor jest filozofem i socjologiem, redaktorem naczelnym kwartalnika „Pressje"
Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL