Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

W sieci opinii

Rafał Ziemkiewicz: Władza odgrzewa kotlety i rzuca jakieś nierealne pomysły

Fotorzepa, Waldemar Kompała
O braku nowych pomysłów na działania rządu mówi portalowi stefczyk.info publicysta "Rzeczpospolitej" i "Uważam Rze" Rafał Ziemkiewicz
Dziennikarz komentuje doniesienia "Rzeczpospolitej", według których ofensywa rządowa opiera się na starych i zużytych koncepcjach: To kolejny przykład PRLizacji, czy wręcz Bareizacji naszego życia państwowego. To już zaczyna być śmieszne. Niewątpliwie ministrowie nie mają żadnych nowych pomysłów, niewątpliwie premier każe im coś wymyślić. Być może między słowami "coś", a "wymyślić" pada w tej sekwencji wyraz wzmacniający, które uchodzi w Polsce za niegrzeczny, ale jest używany przez wszystkich. Ministrowie więc starają się zgłosić cokolwiek. Można sobie wyobrazić tę panikę w oczach ministrów, którzy latają między biurkami i z obłędem w oczach szukają pomysłów, by zgłosić jakiś plan jako nowy. Jednak wszystkie pomysły już zostały zgłoszone. Następuje więc recykling. Obietnice są odnawiane, w przekonaniu, że nikt ich już nie pamięta. To nie jest zresztą przekonanie bezpodstawne. Te pomysły pamiętają zapewne jedynie dziennikarze. Tzw. zwykli obywatele czy telewidzowie, do których ten cyrk jest adresowany, nie pamiętają tego. I dodaje:
Władzy brakuje jakiejkolwiek wizji, więc odgrzewa kotlety lub rzuca jakieś nierealne pomysły. Takim jest choćby sprawa in vitro. To jest kicz maksymalny, wiadomo, że nie ma na to pieniędzy, wiadomo, że nie dałoby się tego przeprowadzić w formie ustawy, wiadomo, że na ten pomysł czekają media liberalne. Dlatego więc produkuje się taką wrzutkę. To jednak nie ma żadnej szansy na powodzenie. Choćby dlatego, że nie ma na to pieniędzy. To jak w starym powiedzeniu "po pierwsze nie mamy armat". Ziemkiewicz uważa, że jedym z wielkich grzechów Platformy jest biurokracja: PO zapewne chciałaby coś zrobić, coś zmienić na lepsze. Jednak w tej sprawie mamy sytuację podobną do tej z PRL. Wystarczy wspomnieć, że Tusk w czasie przejmowania władzy miał 300 tysięcy urzędników. To już było za dużo, a obecnie jest ich około 1 miliona. Ilu dokładnie, właściwie nie wiadomo. Stosuje się różne uniki, by zataić rzeczywistą ich liczbę. Tymczasem prawo Parkinsona mówi, że im więcej jest urzędników, tym mniej sprawnie działa administracja. Urzędnicy sobie przeszkadzają, kompetencje są niejasne, nachodzą na siebie i blokują nawzajem. Przeprocedowanie czegokolwiek przez urząd staje się więc znacznie dłuższe, czy wręcz niemożliwe. W polskiej rzeczywistości każdy urzędnik szuka tzw. dupochronu. Każdy chce mieć podkładkę, która w razie czego pokaże, że to nie on jest winien. Temu służą np. ekspertyzy zlecane często autorom zewnętrznym. To najlepsze źródło utrzymania. Robi się wiele ekspertyz, z których wynika, że przy obecnym stanie prawnym nie da się czegoś zrobić. To się niemal zawsze udaje, ponieważ stan prawny jest w Polsce tak skomplikowany, że z wielu rzeczy można się zwolnić. I nawet jeśli premier będzie krzyczał, odgrażał się, rzucał papierami itd. niewiele to zmieni. Może to jedynie skutkować tym, że minister będzie próbował coś zrobić, pokrzyczy, potupie i coś będzie udawał. Wszystko jednak utonie w biurokracji. Papierki będą chodziły od jednego urzędnika do drugiego. Każdy będzie tłumaczył, że swoje zrobił a sprawa jest "w konsultacjach". I minister może sobie biegać, może krzyczeć, ale w końcu mu się znudzi. To jest maszyna, która jest w stanie produkować jedynie bierne trwanie. Tusk jest w tym systemie uwięziony jak mucha w słoiku miodu.
Źródło: W Sieci Opinii

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL