Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Uczelnia to nie supermarket

Marcin Chałupka
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Polski student wobec uczelni ma mniej praw niż klient w supermarkecie. Musi zadowalać się tym, co zaserwuje mu uczelnia, a znaczenie siły jego „konsumenckiego portfela” osłabia podatkowe zasilanie uczelni, oraz wišżšce uczelnię i studenta regulacje prawne - pisze prawnik
Polski student często nie widzi potrzeby posiadania wiedzy jakš serwuje mu uczelnia, ale zmuszony do nabycia dyplomu, startuje do biegu przez przeszkody uczelnianych zaliczeń, egzaminów i regulaminów. Polski student chciałby posišœć konkretne umiejętnoœci, ale nie ma narzędzi by zmusić uczelnię do ich kształcenia. WyobraŸmy sobie następujšce zdarzenie. Supermarket. Klient właœnie odchodzi od kasy, po zapłaceniu za wszystkie zakupy i zrealizowaniu pełnej listy swoich „konsumpcyjnych" potrzeb. Musi jeszcze tylko „dowieŸć" koszyk do wyjœcia. Jednak w połowie drogi przejœcie zastępujš mu: zastępca kierownika supermarketu, szef działu mięsnego i jedna z kasjerek. Żšdajš by „obronił listę zakupów", odpowiadajšc na pytania z zakresu asortymentu jaki wybrał lub jaki był w promocji, z historii wybranego działu supermarketu oraz ze znajomoœci innych sieci handlowych. W razie porażki zakupy (za jakie już zapłacił) nie mogš być legalnie konsumowane, ale sklep nie zwraca już wydanych pieniędzy. Ponadto klient musi też zapłacić za procedurę „obrony". Od oceny z „obrony" nie ma „pozasklepowego" odwołania, choć zawsze można zakupy zaczšć od nowa albo próbować szczęœcia w innym supermarkecie, może nawet w tańszym lub z miłš obsługš, a przede wszystkim bliżej domu. Oczywiœcie ryzykujemy wtedy, że ów tańszy zostanie pozbawiony prawa sprzedaży, gdy będziemy szli z „nabiału" na „napoje", bo okaże się, że nie zatrudniał minimum kadrowego ekspedientów roznoszšcych towar na półki. To nic że pozostali ekspedienci uwijali się jak w ukropie, a ci niezatrudnieni i tak zbijali by bški na zapleczu. Bez odpowiedniego „minimum kadrowego" jakoœć towaru mogła by przecież ucierpieć. Tak stanowiš przepisy, a one sš przecież dla podniesienia jakoœci.
Ewentualnie wariant alternatywny. Między „pieczywem" a „nabiałem", tuż przed finałem na „napojach" i przed kasami, naszemu klientowi drogę zastępujš znani nam powyżej „sklepowi aktywiœci" – tym razem działajšcy jako „Komisja Dyscyplinarna Wy-działu Napoje"  – i skazujš go na skreœlenie z listy klientów supermarketu  za ... zachowanie niegodne klienta. Nie za kradzież – bo od tego sš sšdy karne, nie za zniszczenie towaru – od tego sš sšdy cywilne. Nie za naruszenie zasad współżycia społecznego, a właœnie za zachowanie „niegodne klienta supermarketu". Tego konkretnego supermarketu.  Polegało ono – zdaniem komisji – na lekceważšcym wypowiadaniu się o wystawionym towarze i to w obecnoœci innych klientów, w szczególnoœci poprzez podważania walorów smakowych i odżywczych promowanego właœnie napoju, ocenionego „wyróżniajšco" przez Polskš Komisję Walki o Jakoœć przez A(dys)kredytację Towaru. Oczywiœcie klientowi przysługiwało odwołanie. Rozpoznała je Supermarketowa Odwoławcza Komisja Dyscyplinarna w składzie: kierownik działu warzywa, dwie kasjerki i dwóch innych klientów z „rady współpracy z hipermarketem". „Wyrok" podtrzymano, klient uznał że to jakiœ skandal i poszedł do sšdu. Ale tu dowiedział się że sšd zbada jedynie prawidłowoœć procedur wewnštrzmarketowych. Na ocenę „niegodnoœci" nie ma wpływu, pienišdze za nieskonsumowane zakupy przepadły. Absurd? Ale nie w polskiej uczelni! Przewaga supermarketu No właœnie. Pewne zdarzenia nawet w supermarkecie sš niewyobrażalne. Polski student, po pięciu latach studiów, zaliczeniu wszystkich przedmiotów i uiszczeniu wszelkich wymaganych opłat, może zostać „oblany" na obronie, a skutkiem tego jest obowišzkowe  (art. 190 ust. 1 Prawa o szkolnictwie wyższym) skreœlenie z listy studentów. Polski student może być w każdej chwili skreœlony dyscyplinarnie, bez prawa zwrotu zainwestowanych w studia sił i œrodków. Dlaczego? Bo polski student wobec uczelni ma mniej praw niż klient w supermarkecie. A dlaczego? Bo polski student NIE jest klientem, który z własnej kieszeni płaci za to co wybiera z półki. Polski student musi zadowalać się tym co zaserwuje mu uczelnia, a znaczenie siły jego „konsumenckiego portfela" osłabia podatkowe zasilanie uczelni lub jej kadry oraz wišżšce uczelnię i studenta regulacje prawne. Z tego zasilania pienišdzem podatnika spore korzyœci odnosi uczelniana kadra, bo dzięki niemu nie musi starać się o klienta bardziej niż o wzglšd polityków dzielšcych fundusze podatników. Korzyœci odnoszš także statystycznie lepiej sytuowani finansowo i intelektualnie studenci, którzy „dostanš" się na studia „na koszt podatnika". Nawet jednak w zakresie w jakim student płaci w uczelni z własnego portfela ma niewiele do powiedzenia. Tak w zakresie wysokoœci opłat jak i treœci œwiadczenia jakie za owe opłaty otrzyma. Zaœ owe prawne regulacje, choć ich deklarowanym celem jest jakoœć kształcenia, w realiach niszczš wolny rynek edukacyjnych usług, osłabiajš konkurencyjnoœć, a przez to owej jakoœci muszš szkodzić. Zacznijmy od problemu opłat. Prawno-opłatowy galimatias WyobraŸmy sobie, że Konstytucja RP stanowi: Towary w sklepach publicznych sš bezpłatne. Ustawa może dopuœcić  œwiadczenie niektórych usług handlowych przez publiczne sklepy wielkopowierzchniowe (zwane supermarketami) za odpłatnoœciš. Wedle zaœ ustawy Prawo o sklepowoœci wielkopowierzchniowej takowy sklep publiczny może pobierać opłaty za œwiadczone usługi handlowe zwišzane z: 1)         sprzedawaniem kupujšcym na zakupach niestacjonarnych (zakupy stacjonarne - forma zakupów wielkopowierzchniowych w której co najmniej połowa oferty jest realizowana w postaci nabywania wymagajšcego bezpoœredniego udziału sprzedawców i kupujšcych, zakupy niestacjonarne – inne niż  stacjonarne, wskazane przez radę hipermarketu) oraz superzakupach niestacjonarnych (superzakupy - 1a)       sprzedawaniem kupujšcym na zakupach stacjonarnych, jeżeli sš to ich zakupy w drugiej lub kolejnej linii ofertowej zakupów stacjonarnych 1b)       sprzedawaniem kupujšcym na zakupach stacjonarnych, w przypadku korzystania z oferty poza dodatkowym limitem punktów marketowych 2)         powtarzaniem okreœlonej oferty na zakupach stacjonarnych oraz stacjonarnych superzakupach z powodu niezadowalajšcych wyników towaru 3)         prowadzeniem zakupów w języku obcym; 4)         prowadzeniem oferty nieobjętej planem zakupów; 5)         prowadzeniem dyplomowych oraz kursów prosprzedazżowych. Niezły absurd. A w szkolnictwie wyższym ... nie razi!? Gdy kto nie wierzy – polecam lekturę art. 99 ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym (zwanej dalej: PSW). Ponadto wedle tej samej sparafrazowanej „supermarketowo" ustawy: wysokoœć opłat, o których mowa wyżej  ustala kierownik supermarketu, z tym że opłaty, o których mowa w ust. 1 pkt 1, 1a i 2, nie mogš przekraczać kosztów ponoszonych w zakresie niezbędnym do uruchomienia i prowadzenia w danym supermarkecie odpowiednio zakupów lub superzakupów, o których mowa w ust. 1 pkt 1 i 1a, oraz oferty na zakupach i superzakupach, o których mowa w ust. 1 pkt 2, z uwzględnieniem kosztów przygotowania i wdrażania strategii rozwoju supermarketu, w szczególnoœci rozwoju kadr i infrastruktury zakupowo-towarowej, w tym amortyzacji i remontów. A dodatkowo:  Sprzedawanie na superzakupach w publicznych sklepach  wielkopowierzchniowych jest bezpłatne. No czad ! Dziecko by tego nie wymyœliło. Sklep z prawniczymi terminami Oczywiœcie uwagę w powyższej metaforze zwraca nagromadzenie legislacyjnych terminów komplikujšce całokształt zjawiska. Np. co to jest sklep publiczny? To taki, który nie ma właœciciela, ani udziałowców, ani wspólników, w którym większoœć władzy majš „samodzielni pracownicy towarowi". To sklep, w którym połowa  towarów wstawiana jest na koszt i ryzyko podatnika, z którego klient może zostać wyrzucony dyscyplinarnie za naruszenie „godnoœci klienta" (art. 190 ust. 1 pkt 4 PSW) lub pozbawiony możliwoœci użytkowania zapłaconego już towaru po odejœciu od kasy („oblanie na obronie" – art. 190 ust. 1 pkt 3 PSW). Spyta ktoœ: po co tak komplikować sprawy proste. Nie ma darmowych obiadów. Uczelnia definiuje i sprzedaje usługę, klient płaci albo nie. Ewentualnie strony redefiniujš treœć umowy. Ale wtedy tracimy: „bezpłatne" studia i wpływ polityków na uczelnie. Brak budżetowego zasilania to skazanie na portfel klienta, który więcej może – prawie jak ... w supermarkecie. Przypomina mi się skecz w wykonaniu Janusza Gajosa: „przecież do sklepu może wejœć każdy... wejdzie, kupi i wyjdzie ... cham jeden. A jak przez zwišzek dostanie gumę do majtek... To wiadomo kto dostał, a kto nie dostał – nie podskoczy – bo mu majtki spadnš". Uczelnia nie może się tak stoczyć. Student nie może panoszyć się w niej jak w supermarkecie. Nie przyrównujmy uczelni do supermarketu, wszak wiedza ważniejsza jest od sklepowych gadżetów, jej strategiczna rola dla przyszłoœci młodego człowiek uzasadnia regulacyjnš ingerencję państwa. Ale jeœli założyć, że nie ma nic bardziej strategicznego niż woda i chleb, że jesteœmy tym co jemy, to sami widzimy że uzasadnienie dla istnienia i finansowania z podatków publicznych supermarketów jest jeszcze poważniejsze. Dlaczego ich więc nie ma? Czy może ich „kadra" za cicho krzyczała, że „Przecież nie można ryzykować powszechnego niedożywienia czy zatruć likwidujšc (prywatyzujšc) państwowe sklepy spożywcze". Choć na marginesie tego supermarketowego porównania przepisów dotyczšcych odpłatnoœci za studia, powstać mogš całkiem ważkie pytania. Skoro bowiem wedle art. 99 PSW Uczelnia publiczna może pobierać opłaty za œwiadczone usługi edukacyjne zwišzane z: 1) kształceniem studentów na studiach niestacjonarnych oraz uczestników niestacjonarnych studiów doktoranckich to – a contrario – brak podstaw by pobierać opłaty za œwiadczone usługi edukacyjne zwišzane z kształceniem studentów na studiach stacjonarnych oraz uczestników stacjonarnych studiów doktoranckich? Na studiach stacjonarnych opłaty mogš dotyczyć jedynie usług zwišzanych z powtarzaniem zajęć z powodu niezadowalajšcych wyników. Analogicznie, na studiach niestacjonarnych – a contrario – brak podstawy by pobierać usługi zwišzane z powtarzaniem zajęć ? Ostatnia nowelizacja przepisów PSW dotyczšcych odpłatnoœci za drugi kierunek studiów, wyjštków od tej zasady, obowišzek publikowania kosztów kształcenia i ogólny wzrost œwiadomoœci lub spadek nieœwiadomoœci konsumenckiej studentów (być może skorelowany ze wzrostem bezrobocia absolwentów) prowadzi mnie do wniosku, że przepisy dotyczšce odpłatnoœci jeszcze wielokrotnie będš „maglowane". Treœć œwiadczenia a pozycja stron Oczywiœcie teoretycznie student zawsze może zaprotestować wobec kwoty czy przedmiotu opłaty proponowanej przez uczelnię nie podpisujšc umowy. W ten sposób spróbuje uniknšć zobowišzywania się do poniesienia opłat wynikajšcych z uczelnianego cennika, które – jego zdaniem – przewyższajš koszty lub sš w ogóle bezpodstawne w œwietle przepisów. Ale po pierwsze brak pisemnej umowy nie oznacza jej niezawarcia (ustawa nie wymaga pisemnoœci pod rygorem nieważnoœci). A komu łatwiej będzie wskazać dowody jej treœci – studentowi czy uczelni? Co musiałby wskazać student jako przekonujšcy dowód, że obiecano mu zajęcia tylko w łikendy, bez przedmiotu X widniejšcego w planie uchwalonym przez radę wydziału, z prowadzšcym Y – dla którego zajęć student wybrał właœnie tš uczelnię ? Po drugie – wedle art. 160 PSW - umowę zawiera się ze studentem, a nie z kandydatem, co może utrudnić studentowi znalezienie innej uczelni na wypadek odmowy podpisania przez uczelnię w paŸdzierniku (poczštek zajęć) treœci umowy obiecanej kandydatowi w czerwcu (rekrutacja). Kandydat musiałby chyba nagrywać sobie te obietnice, których po wakacjach uczelnia nie dotrzymała, a przede wszystkim chcieć z uczelniš wejœć w spór. „Student naciskajšcy na realizację kształcenia wedle jego oczekiwań, negujšcy przydatnoœć serwowanych treœci lub cenę usługi naraża się na otwarty konflikt z uczelniš, kwestionuje bowiem, nawet nie wprost, opisany wyżej „fundament" jej funkcjonowania" (napisałem w 2010 r. w publikacji: „Student i uczelnia – skazani na konflikt"). A przecież (i po trzecie) pozycja studentów wobec uczelni jest zbyt słaba na skuteczne negocjacje, co wynika z całokształtu konstrukcji systemu szkolnictwa wyższego. Podległoœć dyscyplinarna i dydaktyczna uczelni, przewaga intelektualno-prawna jej instytucji nad młodym człowiekiem, a wreszcie przemożna chęć dotrwania studenta do końca studiów i uzyskania dyplomu – może skutecznie paraliżować opór większoœci studentów, zniechęcać do jakiejkolwiek poważniejszej konfrontacji z uczelniš. Trudno też liczyć na studenckie samorzšdy, systemowo zależne od władz uczelni, których działacze musieliby być herosami by ryzykować konflikt z uczelniš dla interesu studenta. „No i po czwarte: klient w supermarkecie nie jest zwišzany regulaminem organizacji i toku zakupów, który okreœla jego prawa i obowišzki, a za którego złamanie także może być „dyscyplinarka" (art. 211 PSW „Za naruszenie przepisów obowišzujšcych w uczelni oraz za czyny uchybiajšce godnoœci studenta student ponosi odpowiedzialnoœć dyscyplinarnš przed komisjš dyscyplinarnš). Przyjrzyjmy się tej regulaminowej podległoœci. Władztwo administracyjno-prawne Uczelniany œwiat mógłby być prosty: z uczelnianej oferty kursów student zapisuje się na te które go interesujš, gdy uznaje że posiadł potrzebnš mu do pracy lub państwowego egzaminu zawodowego wiedzę żegna uczelnię, podobnie jak klient supermarketu zakupiwszy to co mu do życia potrzeba. Uczelnia nie egzaminuje w represyjnym tego słowa znaczeniu, bo po cóż – skoro to studentowi najbardziej zależy by się nauczyć tego co sam wybrał z uczelnianej oferty. Ewentualnie by zapisać się na niektóre kursy, ich prowadzšcy „wymagajš" wczeœniejszego odbycia innych kursów lub ich „zaliczenia", ale to dlatego by student lepiej inwestował swój czas i pienišdze nie ryzykujšc niezasadnej dydaktycznie błędnej sekwencji kursów (przedmiotów). Jeœli student uprze się, że chce zaryzykować kurs zaawansowany – jego wola i jego pienišdze. Jeœli dany kurs na siebie „nie zarabia", a garstka jego uczestników nie chce sfinansować pensji wykładowcy i uczelnianych kosztów, nie ma powodów by go utrzymywać. Jeœli tego samego kursu student woli doœwiadczyć lub posłuchać u innego prowadzšcego lub w innej uczelni – głosuje nogami i portfelem. Badania podstawowe czy niszowe kierunki strategiczne z punktu widzenia „interesu państwa" może finansować np. Minister Obrony Narodowej ze swojego budżetu, w resortowych instytutach lub zamawiać je w instytucjach prywatnych. Ale toż byłoby wtedy jak w supermarkecie. Wchodzi i bierze z półki co uważa. A jak się zatruje albo przeje? Nie można na to pozwolić. Musi być regulamin, a w nim: czas na zakupy na pieczywie, Ÿle wybierze lub nie zdšży – powtarza dział. Nie ma znaczenia czy potrzebuje jednej bułki czy dziesięciu, powtarza cały dział i płaci za dziesięć bułek. Dopiero po pieczywie może pójœć na nabiał i to tylko w tym samym supermarkecie. Przenosiny do innego supermarketu w trakcie zakupów – i to tylko pod warunkiem wypełnienia obowišzków w supermarkecie opuszczanym - wymagajš zgody kierownika działu supermarketu przyjmujšcego (art. 171 ust. 3 PSW: „Student może przenieœć się z innej uczelni, w tym także zagranicznej, za zgodš kierownika podstawowej jednostki organizacyjnej uczelni przyjmujšcej, wyrażonš w drodze decyzji, jeżeli wypełnił wszystkie obowišzki wynikajšce z przepisów obowišzujšcych w uczelni, którš opuszcza"). Represyjne egzaminowanie Ale gdyby klient nie chciał zrobić zakupów albo chciał w innej niż supermarket każe kolejnoœci, to musiałby zaistnieć w tym zakresie regulamin? A minister handlu wewnętrznego rozporzšdzeniem ogłaszałby wytyczne co do jego treœci, obejmujšce w szczególnoœci: czas trwania i organizację sprzedaży, termin rozpoczęcia i zakończenia zakupów, termin i sposób podawania do wiadomoœci kupujšcych planów zakupów i programów sprzedaży, warunki i tryb odbywania zakupów ... ? Klienci by to chyba wyœmiali. A w uczelniach? Rozporzšdzenie o treœci regulaminów studiów obowišzuje każdš uczelnię. „Przecież student chcšcy nauczyć się tego, co mu przydatne, nie będzie zabiegał o samo „zaliczenie", bo nie ono, tylko wiedza i umiejętnoœci będš jego celem. Z tego punktu widzenia nie ma więc sensu egzaminowanie rozumiane jako wykazywanie niewiedzy. Na uczelni nastawionej na nauczenie tego, czego oczekuje klient, warto uczyć się tak długo, aż uznamy, że zdobyliœmy pożšdane umiejętnoœci" (w „Student i uczelnia – skazani na konflikt"). Ponieważ jednak studentowi nie proponuje się tego czego ten szuka, a jeœli nawet to nie często podaje się to w formie jakiej z chęciš by to przyjšł, ponieważ uczelnia nie jest zorganizowana tak by jego (i jego portfel) przycišgnšć, musi być w niej regulaminowy przymus. Ale ponieważ nikt nie poddaje się przymusowi chętnie, musi być coœ co powoduje że – mimo opresyjnego charakteru organizacji kształcenia wyższego – student musi do uczelni przyjœć, a często i zapłacić. Tym czymœ jest dyplom. Studia dla „papierka" WyobraŸmy sobie że wszystkiego co nam potrzebne do intratnej pracy zawodowej uczymy się na szkoleniu pracodawcy, podczas praktyk czy okresu „czeladniczego". Ewentualnie na kursach prowadzonych przez firmy na warunkach ustalonych w umowie (nawet jeœli umowa nazywa się regulaminem nie należy jej mylić z regulaminem studiów będšcym przejawem władztwa administracyjnego nad studentem). Po co byłyby wtedy uczelnie ? Dla badań i uprawiania nauki. Ale to nie interesuje milionów klientów, tak samo jak sklepy z oryginalnš żywnoœciš nie przycišgnš supermarketowego tłumu konsumentów. Więc zróbmy tak: kupować możesz w jakim chcesz supermarkecie. Ale to co kupisz nie może być zjedzone, użyte czy sprzedane jeœli nie było kupione w supermarkecie publicznym (gdzie jest regulamin zakupów, komisja dyscyplinarna i „obrona" między kasš a wyjœciem) albo chociaż nie zostało certyfikowane przez sklep z oryginalnš żywnoœciš. Tak właœnie działa monopol uczelni na wydawanie dyplomów w połšczeniu z wymogiem ich posiadania dla podjęcia większoœci atrakcyjnych zawodów. Uprzedzajšc demagogiczne zarzuty: nie proponuję by ludzi leczyli absolwenci „medycznych kursów". Uważam, że ten kto uczy nie powinien egzaminować (inaczej niż dla samo-sprawdzenia nabytej wiedzy czy umiejętnoœci). Jeœli ten kto kształci egzaminuje (w znaczeniu dopuszczenia do uprawnienia) popada w konflikt interesów. Z jednej strony ma nauczyć, z drugiej – jeœli nauczy – straci klienta. „Przychody (a poœrednio i miejsca pracy) uczelni (jej kadry) zależš dziœ mniej od tego czy i jak skutecznie nauczy studenta przydatnych mu umiejętnoœci, a raczej od tego jak długo zatrzyma go w swoich murach, zmuszajšc do pokonywania kolejnych przeszkód na drodze do niezbędnego mu dyplomu" (w „Student i uczelnia – skazani na konflikt"). „Jeżeli bowiem nauczyciele utrzymujš się z poborów płynšcych ze Ÿródeł, które sš całkowicie niezależne od ich osišgnięć i reputacji, a nie z honorariów i wpłat od swoich uczniów, to ich interesy osobiste pozostajš w sprzecznoœci z ich obowišzkami" – ten poglšd Adama Smitha przytoczył na swoim blogu Robert Gwiazdowski. Możemy dowolnie długo dyskutować zmiany standardów kształcenia z „godzinowego" na „treœciowy", a z „treœciowego" na „efektowy". Póki kształcšcy egzaminuje, a dodatkowo kształcony podlega władztwu uczelni, a ta nie zależy głównie od jego portfela, nie widzę siły która by zmusiła uczelnie do kształcenia zgodnie z oczekiwaniami studentów. Więc albo powiedzmy wprost, że uczelnia nie jest dla studenta, albo przyznajmy, że nasze dostosowywanie kształcenia do „potrzeb" rynku pracy nie oznacza, że to student owe potrzeby zdefiniuje. Autor specjalizuje się w prawie i instytucjach szkolnictwa wyższego, www.chalupka.pl
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL