Publicystyka

Uczelnia to nie supermarket

Marcin Chałupka
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Polski student wobec uczelni ma mniej praw niż klient w supermarkecie. Musi zadowalać się tym, co zaserwuje mu uczelnia, a znaczenie siły jego „konsumenckiego portfela” osłabia podatkowe zasilanie uczelni, oraz wiążące uczelnię i studenta regulacje prawne - pisze prawnik
Polski student często nie widzi potrzeby posiadania wiedzy jaką serwuje mu uczelnia, ale zmuszony do nabycia dyplomu, startuje do biegu przez przeszkody uczelnianych zaliczeń, egzaminów i regulaminów. Polski student chciałby posiąść konkretne umiejętności, ale nie ma narzędzi by zmusić uczelnię do ich kształcenia. Wyobraźmy sobie następujące zdarzenie. Supermarket. Klient właśnie odchodzi od kasy, po zapłaceniu za wszystkie zakupy i zrealizowaniu pełnej listy swoich „konsumpcyjnych" potrzeb. Musi jeszcze tylko „dowieźć" koszyk do wyjścia. Jednak w połowie drogi przejście zastępują mu: zastępca kierownika supermarketu, szef działu mięsnego i jedna z kasjerek. Żądają by „obronił listę zakupów", odpowiadając na pytania z zakresu asortymentu jaki wybrał lub jaki był w promocji, z historii wybranego działu supermarketu oraz ze znajomości innych sieci handlowych. W razie porażki zakupy (za jakie już zapłacił) nie mogą być legalnie konsumowane, ale sklep nie zwraca już wydanych pieniędzy. Ponadto klient musi też zapłacić za procedurę „obrony". Od oceny z „obrony" nie ma „pozasklepowego" odwołania, choć zawsze można zakupy zacząć od nowa albo próbować szczęścia w innym supermarkecie, może nawet w tańszym lub z miłą obsługą, a przede wszystkim bliżej domu. Oczywiście ryzykujemy wtedy, że ów tańszy zostanie pozbawiony prawa sprzedaży, gdy będziemy szli z „nabiału" na „napoje", bo okaże się, że nie zatrudniał minimum kadrowego ekspedientów roznoszących towar na półki. To nic że pozostali ekspedienci uwijali się jak w ukropie, a ci niezatrudnieni i tak zbijali by bąki na zapleczu. Bez odpowiedniego „minimum kadrowego" jakość towaru mogła by przecież ucierpieć. Tak stanowią przepisy, a one są przecież dla podniesienia jakości.
Ewentualnie wariant alternatywny. Między „pieczywem" a „nabiałem", tuż przed finałem na „napojach" i przed kasami, naszemu klientowi drogę zastępują znani nam powyżej „sklepowi aktywiści" – tym razem działający jako „Komisja Dyscyplinarna Wy-działu Napoje"  – i skazują go na skreślenie z listy klientów supermarketu  za ... zachowanie niegodne klienta. Nie za kradzież – bo od tego są sądy karne, nie za zniszczenie towaru – od tego są sądy cywilne. Nie za naruszenie zasad współżycia społecznego, a właśnie za zachowanie „niegodne klienta supermarketu". Tego konkretnego supermarketu.  Polegało ono – zdaniem komisji – na lekceważącym wypowiadaniu się o wystawionym towarze i to w obecności innych klientów, w szczególności poprzez podważania walorów smakowych i odżywczych promowanego właśnie napoju, ocenionego „wyróżniająco" przez Polską Komisję Walki o Jakość przez A(dys)kredytację Towaru. Oczywiście klientowi przysługiwało odwołanie. Rozpoznała je Supermarketowa Odwoławcza Komisja Dyscyplinarna w składzie: kierownik działu warzywa, dwie kasjerki i dwóch innych klientów z „rady współpracy z hipermarketem". „Wyrok" podtrzymano, klient uznał że to jakiś skandal i poszedł do sądu. Ale tu dowiedział się że sąd zbada jedynie prawidłowość procedur wewnątrzmarketowych. Na ocenę „niegodności" nie ma wpływu, pieniądze za nieskonsumowane zakupy przepadły. Absurd? Ale nie w polskiej uczelni! Przewaga supermarketu No właśnie. Pewne zdarzenia nawet w supermarkecie są niewyobrażalne. Polski student, po pięciu latach studiów, zaliczeniu wszystkich przedmiotów i uiszczeniu wszelkich wymaganych opłat, może zostać „oblany" na obronie, a skutkiem tego jest obowiązkowe  (art. 190 ust. 1 Prawa o szkolnictwie wyższym) skreślenie z listy studentów. Polski student może być w każdej chwili skreślony dyscyplinarnie, bez prawa zwrotu zainwestowanych w studia sił i środków. Dlaczego? Bo polski student wobec uczelni ma mniej praw niż klient w supermarkecie. A dlaczego? Bo polski student NIE jest klientem, który z własnej kieszeni płaci za to co wybiera z półki. Polski student musi zadowalać się tym co zaserwuje mu uczelnia, a znaczenie siły jego „konsumenckiego portfela" osłabia podatkowe zasilanie uczelni lub jej kadry oraz wiążące uczelnię i studenta regulacje prawne. Z tego zasilania pieniądzem podatnika spore korzyści odnosi uczelniana kadra, bo dzięki niemu nie musi starać się o klienta bardziej niż o wzgląd polityków dzielących fundusze podatników. Korzyści odnoszą także statystycznie lepiej sytuowani finansowo i intelektualnie studenci, którzy „dostaną" się na studia „na koszt podatnika". Nawet jednak w zakresie w jakim student płaci w uczelni z własnego portfela ma niewiele do powiedzenia. Tak w zakresie wysokości opłat jak i treści świadczenia jakie za owe opłaty otrzyma. Zaś owe prawne regulacje, choć ich deklarowanym celem jest jakość kształcenia, w realiach niszczą wolny rynek edukacyjnych usług, osłabiają konkurencyjność, a przez to owej jakości muszą szkodzić. Zacznijmy od problemu opłat. Prawno-opłatowy galimatias Wyobraźmy sobie, że Konstytucja RP stanowi: Towary w sklepach publicznych są bezpłatne. Ustawa może dopuścić  świadczenie niektórych usług handlowych przez publiczne sklepy wielkopowierzchniowe (zwane supermarketami) za odpłatnością. Wedle zaś ustawy Prawo o sklepowości wielkopowierzchniowej takowy sklep publiczny może pobierać opłaty za świadczone usługi handlowe związane z: 1)         sprzedawaniem kupującym na zakupach niestacjonarnych (zakupy stacjonarne - forma zakupów wielkopowierzchniowych w której co najmniej połowa oferty jest realizowana w postaci nabywania wymagającego bezpośredniego udziału sprzedawców i kupujących, zakupy niestacjonarne – inne niż  stacjonarne, wskazane przez radę hipermarketu) oraz superzakupach niestacjonarnych (superzakupy - 1a)       sprzedawaniem kupującym na zakupach stacjonarnych, jeżeli są to ich zakupy w drugiej lub kolejnej linii ofertowej zakupów stacjonarnych 1b)       sprzedawaniem kupującym na zakupach stacjonarnych, w przypadku korzystania z oferty poza dodatkowym limitem punktów marketowych 2)         powtarzaniem określonej oferty na zakupach stacjonarnych oraz stacjonarnych superzakupach z powodu niezadowalających wyników towaru 3)         prowadzeniem zakupów w języku obcym; 4)         prowadzeniem oferty nieobjętej planem zakupów; 5)         prowadzeniem dyplomowych oraz kursów prosprzedazżowych. Niezły absurd. A w szkolnictwie wyższym ... nie razi!? Gdy kto nie wierzy – polecam lekturę art. 99 ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym (zwanej dalej: PSW). Ponadto wedle tej samej sparafrazowanej „supermarketowo" ustawy: wysokość opłat, o których mowa wyżej  ustala kierownik supermarketu, z tym że opłaty, o których mowa w ust. 1 pkt 1, 1a i 2, nie mogą przekraczać kosztów ponoszonych w zakresie niezbędnym do uruchomienia i prowadzenia w danym supermarkecie odpowiednio zakupów lub superzakupów, o których mowa w ust. 1 pkt 1 i 1a, oraz oferty na zakupach i superzakupach, o których mowa w ust. 1 pkt 2, z uwzględnieniem kosztów przygotowania i wdrażania strategii rozwoju supermarketu, w szczególności rozwoju kadr i infrastruktury zakupowo-towarowej, w tym amortyzacji i remontów. A dodatkowo:  Sprzedawanie na superzakupach w publicznych sklepach  wielkopowierzchniowych jest bezpłatne. No czad ! Dziecko by tego nie wymyśliło. Sklep z prawniczymi terminami Oczywiście uwagę w powyższej metaforze zwraca nagromadzenie legislacyjnych terminów komplikujące całokształt zjawiska. Np. co to jest sklep publiczny? To taki, który nie ma właściciela, ani udziałowców, ani wspólników, w którym większość władzy mają „samodzielni pracownicy towarowi". To sklep, w którym połowa  towarów wstawiana jest na koszt i ryzyko podatnika, z którego klient może zostać wyrzucony dyscyplinarnie za naruszenie „godności klienta" (art. 190 ust. 1 pkt 4 PSW) lub pozbawiony możliwości użytkowania zapłaconego już towaru po odejściu od kasy („oblanie na obronie" – art. 190 ust. 1 pkt 3 PSW). Spyta ktoś: po co tak komplikować sprawy proste. Nie ma darmowych obiadów. Uczelnia definiuje i sprzedaje usługę, klient płaci albo nie. Ewentualnie strony redefiniują treść umowy. Ale wtedy tracimy: „bezpłatne" studia i wpływ polityków na uczelnie. Brak budżetowego zasilania to skazanie na portfel klienta, który więcej może – prawie jak ... w supermarkecie. Przypomina mi się skecz w wykonaniu Janusza Gajosa: „przecież do sklepu może wejść każdy... wejdzie, kupi i wyjdzie ... cham jeden. A jak przez związek dostanie gumę do majtek... To wiadomo kto dostał, a kto nie dostał – nie podskoczy – bo mu majtki spadną". Uczelnia nie może się tak stoczyć. Student nie może panoszyć się w niej jak w supermarkecie. Nie przyrównujmy uczelni do supermarketu, wszak wiedza ważniejsza jest od sklepowych gadżetów, jej strategiczna rola dla przyszłości młodego człowiek uzasadnia regulacyjną ingerencję państwa. Ale jeśli założyć, że nie ma nic bardziej strategicznego niż woda i chleb, że jesteśmy tym co jemy, to sami widzimy że uzasadnienie dla istnienia i finansowania z podatków publicznych supermarketów jest jeszcze poważniejsze. Dlaczego ich więc nie ma? Czy może ich „kadra" za cicho krzyczała, że „Przecież nie można ryzykować powszechnego niedożywienia czy zatruć likwidując (prywatyzując) państwowe sklepy spożywcze". Choć na marginesie tego supermarketowego porównania przepisów dotyczących odpłatności za studia, powstać mogą całkiem ważkie pytania. Skoro bowiem wedle art. 99 PSW Uczelnia publiczna może pobierać opłaty za świadczone usługi edukacyjne związane z: 1) kształceniem studentów na studiach niestacjonarnych oraz uczestników niestacjonarnych studiów doktoranckich to – a contrario – brak podstaw by pobierać opłaty za świadczone usługi edukacyjne związane z kształceniem studentów na studiach stacjonarnych oraz uczestników stacjonarnych studiów doktoranckich? Na studiach stacjonarnych opłaty mogą dotyczyć jedynie usług związanych z powtarzaniem zajęć z powodu niezadowalających wyników. Analogicznie, na studiach niestacjonarnych – a contrario – brak podstawy by pobierać usługi związane z powtarzaniem zajęć ? Ostatnia nowelizacja przepisów PSW dotyczących odpłatności za drugi kierunek studiów, wyjątków od tej zasady, obowiązek publikowania kosztów kształcenia i ogólny wzrost świadomości lub spadek nieświadomości konsumenckiej studentów (być może skorelowany ze wzrostem bezrobocia absolwentów) prowadzi mnie do wniosku, że przepisy dotyczące odpłatności jeszcze wielokrotnie będą „maglowane". Treść świadczenia a pozycja stron Oczywiście teoretycznie student zawsze może zaprotestować wobec kwoty czy przedmiotu opłaty proponowanej przez uczelnię nie podpisując umowy. W ten sposób spróbuje uniknąć zobowiązywania się do poniesienia opłat wynikających z uczelnianego cennika, które – jego zdaniem – przewyższają koszty lub są w ogóle bezpodstawne w świetle przepisów. Ale po pierwsze brak pisemnej umowy nie oznacza jej niezawarcia (ustawa nie wymaga pisemności pod rygorem nieważności). A komu łatwiej będzie wskazać dowody jej treści – studentowi czy uczelni? Co musiałby wskazać student jako przekonujący dowód, że obiecano mu zajęcia tylko w łikendy, bez przedmiotu X widniejącego w planie uchwalonym przez radę wydziału, z prowadzącym Y – dla którego zajęć student wybrał właśnie tą uczelnię ? Po drugie – wedle art. 160 PSW - umowę zawiera się ze studentem, a nie z kandydatem, co może utrudnić studentowi znalezienie innej uczelni na wypadek odmowy podpisania przez uczelnię w październiku (początek zajęć) treści umowy obiecanej kandydatowi w czerwcu (rekrutacja). Kandydat musiałby chyba nagrywać sobie te obietnice, których po wakacjach uczelnia nie dotrzymała, a przede wszystkim chcieć z uczelnią wejść w spór. „Student naciskający na realizację kształcenia wedle jego oczekiwań, negujący przydatność serwowanych treści lub cenę usługi naraża się na otwarty konflikt z uczelnią, kwestionuje bowiem, nawet nie wprost, opisany wyżej „fundament" jej funkcjonowania" (napisałem w 2010 r. w publikacji: „Student i uczelnia – skazani na konflikt"). A przecież (i po trzecie) pozycja studentów wobec uczelni jest zbyt słaba na skuteczne negocjacje, co wynika z całokształtu konstrukcji systemu szkolnictwa wyższego. Podległość dyscyplinarna i dydaktyczna uczelni, przewaga intelektualno-prawna jej instytucji nad młodym człowiekiem, a wreszcie przemożna chęć dotrwania studenta do końca studiów i uzyskania dyplomu – może skutecznie paraliżować opór większości studentów, zniechęcać do jakiejkolwiek poważniejszej konfrontacji z uczelnią. Trudno też liczyć na studenckie samorządy, systemowo zależne od władz uczelni, których działacze musieliby być herosami by ryzykować konflikt z uczelnią dla interesu studenta. „No i po czwarte: klient w supermarkecie nie jest związany regulaminem organizacji i toku zakupów, który określa jego prawa i obowiązki, a za którego złamanie także może być „dyscyplinarka" (art. 211 PSW „Za naruszenie przepisów obowiązujących w uczelni oraz za czyny uchybiające godności studenta student ponosi odpowiedzialność dyscyplinarną przed komisją dyscyplinarną). Przyjrzyjmy się tej regulaminowej podległości. Władztwo administracyjno-prawne Uczelniany świat mógłby być prosty: z uczelnianej oferty kursów student zapisuje się na te które go interesują, gdy uznaje że posiadł potrzebną mu do pracy lub państwowego egzaminu zawodowego wiedzę żegna uczelnię, podobnie jak klient supermarketu zakupiwszy to co mu do życia potrzeba. Uczelnia nie egzaminuje w represyjnym tego słowa znaczeniu, bo po cóż – skoro to studentowi najbardziej zależy by się nauczyć tego co sam wybrał z uczelnianej oferty. Ewentualnie by zapisać się na niektóre kursy, ich prowadzący „wymagają" wcześniejszego odbycia innych kursów lub ich „zaliczenia", ale to dlatego by student lepiej inwestował swój czas i pieniądze nie ryzykując niezasadnej dydaktycznie błędnej sekwencji kursów (przedmiotów). Jeśli student uprze się, że chce zaryzykować kurs zaawansowany – jego wola i jego pieniądze. Jeśli dany kurs na siebie „nie zarabia", a garstka jego uczestników nie chce sfinansować pensji wykładowcy i uczelnianych kosztów, nie ma powodów by go utrzymywać. Jeśli tego samego kursu student woli doświadczyć lub posłuchać u innego prowadzącego lub w innej uczelni – głosuje nogami i portfelem. Badania podstawowe czy niszowe kierunki strategiczne z punktu widzenia „interesu państwa" może finansować np. Minister Obrony Narodowej ze swojego budżetu, w resortowych instytutach lub zamawiać je w instytucjach prywatnych. Ale toż byłoby wtedy jak w supermarkecie. Wchodzi i bierze z półki co uważa. A jak się zatruje albo przeje? Nie można na to pozwolić. Musi być regulamin, a w nim: czas na zakupy na pieczywie, źle wybierze lub nie zdąży – powtarza dział. Nie ma znaczenia czy potrzebuje jednej bułki czy dziesięciu, powtarza cały dział i płaci za dziesięć bułek. Dopiero po pieczywie może pójść na nabiał i to tylko w tym samym supermarkecie. Przenosiny do innego supermarketu w trakcie zakupów – i to tylko pod warunkiem wypełnienia obowiązków w supermarkecie opuszczanym - wymagają zgody kierownika działu supermarketu przyjmującego (art. 171 ust. 3 PSW: „Student może przenieść się z innej uczelni, w tym także zagranicznej, za zgodą kierownika podstawowej jednostki organizacyjnej uczelni przyjmującej, wyrażoną w drodze decyzji, jeżeli wypełnił wszystkie obowiązki wynikające z przepisów obowiązujących w uczelni, którą opuszcza"). Represyjne egzaminowanie Ale gdyby klient nie chciał zrobić zakupów albo chciał w innej niż supermarket każe kolejności, to musiałby zaistnieć w tym zakresie regulamin? A minister handlu wewnętrznego rozporządzeniem ogłaszałby wytyczne co do jego treści, obejmujące w szczególności: czas trwania i organizację sprzedaży, termin rozpoczęcia i zakończenia zakupów, termin i sposób podawania do wiadomości kupujących planów zakupów i programów sprzedaży, warunki i tryb odbywania zakupów ... ? Klienci by to chyba wyśmiali. A w uczelniach? Rozporządzenie o treści regulaminów studiów obowiązuje każdą uczelnię. „Przecież student chcący nauczyć się tego, co mu przydatne, nie będzie zabiegał o samo „zaliczenie", bo nie ono, tylko wiedza i umiejętności będą jego celem. Z tego punktu widzenia nie ma więc sensu egzaminowanie rozumiane jako wykazywanie niewiedzy. Na uczelni nastawionej na nauczenie tego, czego oczekuje klient, warto uczyć się tak długo, aż uznamy, że zdobyliśmy pożądane umiejętności" (w „Student i uczelnia – skazani na konflikt"). Ponieważ jednak studentowi nie proponuje się tego czego ten szuka, a jeśli nawet to nie często podaje się to w formie jakiej z chęcią by to przyjął, ponieważ uczelnia nie jest zorganizowana tak by jego (i jego portfel) przyciągnąć, musi być w niej regulaminowy przymus. Ale ponieważ nikt nie poddaje się przymusowi chętnie, musi być coś co powoduje że – mimo opresyjnego charakteru organizacji kształcenia wyższego – student musi do uczelni przyjść, a często i zapłacić. Tym czymś jest dyplom. Studia dla „papierka" Wyobraźmy sobie że wszystkiego co nam potrzebne do intratnej pracy zawodowej uczymy się na szkoleniu pracodawcy, podczas praktyk czy okresu „czeladniczego". Ewentualnie na kursach prowadzonych przez firmy na warunkach ustalonych w umowie (nawet jeśli umowa nazywa się regulaminem nie należy jej mylić z regulaminem studiów będącym przejawem władztwa administracyjnego nad studentem). Po co byłyby wtedy uczelnie ? Dla badań i uprawiania nauki. Ale to nie interesuje milionów klientów, tak samo jak sklepy z oryginalną żywnością nie przyciągną supermarketowego tłumu konsumentów. Więc zróbmy tak: kupować możesz w jakim chcesz supermarkecie. Ale to co kupisz nie może być zjedzone, użyte czy sprzedane jeśli nie było kupione w supermarkecie publicznym (gdzie jest regulamin zakupów, komisja dyscyplinarna i „obrona" między kasą a wyjściem) albo chociaż nie zostało certyfikowane przez sklep z oryginalną żywnością. Tak właśnie działa monopol uczelni na wydawanie dyplomów w połączeniu z wymogiem ich posiadania dla podjęcia większości atrakcyjnych zawodów. Uprzedzając demagogiczne zarzuty: nie proponuję by ludzi leczyli absolwenci „medycznych kursów". Uważam, że ten kto uczy nie powinien egzaminować (inaczej niż dla samo-sprawdzenia nabytej wiedzy czy umiejętności). Jeśli ten kto kształci egzaminuje (w znaczeniu dopuszczenia do uprawnienia) popada w konflikt interesów. Z jednej strony ma nauczyć, z drugiej – jeśli nauczy – straci klienta. „Przychody (a pośrednio i miejsca pracy) uczelni (jej kadry) zależą dziś mniej od tego czy i jak skutecznie nauczy studenta przydatnych mu umiejętności, a raczej od tego jak długo zatrzyma go w swoich murach, zmuszając do pokonywania kolejnych przeszkód na drodze do niezbędnego mu dyplomu" (w „Student i uczelnia – skazani na konflikt"). „Jeżeli bowiem nauczyciele utrzymują się z poborów płynących ze źródeł, które są całkowicie niezależne od ich osiągnięć i reputacji, a nie z honorariów i wpłat od swoich uczniów, to ich interesy osobiste pozostają w sprzeczności z ich obowiązkami" – ten pogląd Adama Smitha przytoczył na swoim blogu Robert Gwiazdowski. Możemy dowolnie długo dyskutować zmiany standardów kształcenia z „godzinowego" na „treściowy", a z „treściowego" na „efektowy". Póki kształcący egzaminuje, a dodatkowo kształcony podlega władztwu uczelni, a ta nie zależy głównie od jego portfela, nie widzę siły która by zmusiła uczelnie do kształcenia zgodnie z oczekiwaniami studentów. Więc albo powiedzmy wprost, że uczelnia nie jest dla studenta, albo przyznajmy, że nasze dostosowywanie kształcenia do „potrzeb" rynku pracy nie oznacza, że to student owe potrzeby zdefiniuje. Autor specjalizuje się w prawie i instytucjach szkolnictwa wyższego, www.chalupka.pl
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL