Hołodomor - Wielki Głód

aktualizacja: 03.09.2012, 00:00
Foto: ROL

Głód spowodowany przez reżim bolszewicki jest jedną z najbardziej potwornych zbrodni w historii, na tyle okropną, że ludzie w przyszłości nie będą mogli uwierzyć, że kiedykolwiek coś takiego miało miejsce - napisał w czerwcu 1933 roku Malcolm Muggeridge

80 lat temu, 3 września 1932 roku, zmarł Pawlik Morozow. 14-letni chłopiec zadenuncjował własnego ojca, ukrywającego w czasie "wielkiego głodu" plony przed obowiązkowymi dostawami. Poniósł śmierć z rąk rodziny, a partia wyniosła go na komunistyczne ołtarze. Tekst z archiwum tygodnika "Plus Minus"
Muggeridge, brytyjski dziennikarz, który jako jeden z pierwszych poinformował świat o Wielkim Głodzie na Ukrainie, miał rację. Ta zbrodnia, popełniona przez sowieckich komunistów przeszło 70 lat temu, wciąż jest okryta warstwą niewiedzy i zwyczajnych kłamstw, co pozwala obecnym władzom Rosji odmawiać jej miana ludobójstwa. Jeśli jednak śmierć trzech milionów ludzi wskutek celowej polityki państwa nie jest ludobójstwem, to co nim jest?
Pełen obraz ukraińskiej tragedii odsłania się dopiero dziś - dzięki otwarciu posowieckich archiwów.

Po pierwsze, kolektywizacja

Wszystko zaczęło się od poważnego niedoboru zboża na przełomie lat 1927 i 1928. Kryzys ten był rezultatem niskich cen skupu narzuconych przez państwo sowieckie. Naturalnym wyjściem było podwyższenie cen, ale komuniści woleli posłużyć się przemocą. Gdy za pomocą konfiskat uzyskano brakujące zboże, bolszewicy uznali, że najlepsze będzie całkowite podporządkowanie sobie wsi, na której wciąż dominowała prywatna własność ziemi. Nowy kurs wytyczył w listopadzie 1929 roku sam Stalin, publikując w "Prawdzie" artykuł o masowej kolektywizacji. Wyjątkowo gorliwie podjęły to wezwanie władze sowieckiej Ukrainy, planując całkowitą kolektywizację w ciągu roku. Tempo marszu do kołchozów i sowchozów było nadzwyczajne - jeszcze w październiku 1929 roku było na Ukrainie zaledwie 8,6 proc. takich gospodarstw, a już w marcu 1930 roku - 64,4 proc. Ale uzyskano je z pomocą nadzwyczajnych środków. Prawie wszędzie chłopów siłą zmuszano do wstępowania do kołchozów i przekazania niemal całego majątku. Jak to przebiegało w praktyce, pokazuje przykład wsi Kłementyniwka, gdzie na zebraniu w sprawie kolektywizacji pojawiło się trzech milicjantów z szablami, a miejscowy aktywista oznajmił: "Kto nie napisze podania, że chce wstąpić do kołchozu, od razu odrąbiemy mu głowę". W ten sposób Kłementyniwka została w jeden dzień całkowicie skolektywizowana.
Osobny, straszny rozdział w kronice kolektywizacji zajmuje walka z tzw. kułakami. Była to w dużej mierze wymyślona kategoria zamożniejszych chłopów, którzy w komunistycznej propagandzie stali się wrogiem numer jeden, odpowiedzialnym za wszystkie nieszczęścia wsi. Do ostatecznej rozprawy z nimi dał sygnał Stalin, wzywając w styczniu 1930 roku do "likwidacji kułaków jako klasy".
Jak wyglądało tzw. rozkułaczanie? "Nagminne było wyganianie rozkułaczonych z domów prosto na ulice, bicie ich, organizowanie libacji alkoholowych w ich domach, strzelanie do nich, zmuszanie do kopania dla siebie grobów, rozbieranie kobiet w celu przeprowadzenia kontroli osobistej" - pisze Robert Kuśnierz. Potem następowała deportacja, podczas której umierało 15 - 20 proc. wysiedlonych chłopów. Do bardziej wyrafinowanych metod walki z kułakami zaliczyć należy obciążanie ich ogromnymi podatkami, niekiedy aż dwukrotnie przekraczającymi wartość dochodów. W ten czy inny sposób zlikwidowano na Ukrainie ok. 200 tys. gospodarstw, deportując chłopów z ponad 60 tys. gospodarstw.

Opór

Mimo skierowanej przeciwko nim całej potęgi państwa chłopi próbowali stawiać opór. Bronili swych uznanych za kułaków ziomków przed deportacją, próbowali uciec z Ukrainy - wielu do Polski. Rozpaczliwą formą oporu było niszczenie własnych gospodarstw. "Chłopi masowo niszczyli narzędzia rolnicze, sprzedawali swoje gospodarstwa i uciekali do miast - opisuje historyk. - Ci, którzy zostawali na wsi, zabijali masowo inwentarz żywy, woleli raczej zarżnąć swoje bydło, niż oddać za darmo do kołchozu". Mimo oficjalnego zakazu uboju bydła na Ukrainie nastąpiła zwierzęca hekatomba - w latach 1929 - 1934 pogłowie zwierząt domowych i koni spadło niemal o połowę.
Niekiedy do obrony przed kolektywizacją przystępowano z bronią w ręku. Ofiarą zbuntowanych chłopów padali najczęściej aktywiści partyjni. "Nie potrzebujemy tu żadnej władzy radzieckiej. To nie jest władza, ale bandyci. Ona nas okradła i wszystko zabrała" - z takim hasłami przepędzono ich ze wsi Igriszki. W marcu 1930 roku Ukraina była ogarnięta masowymi buntami. Ich pacyfikacja wymagała niekiedy udziału czołgów i lotnictwa.
Skąd tak zacięty opór? "Chłopi w większości byli przeciwnikami kołchozów, gdyż kołchoz odbierał im jakąkolwiek nadzieję na swobodne rozporządzanie swoim życiem i pracą" - dowodzi Robert Kuśnierz, wskazując, że status kołchoźników nie różnił się wiele od pozycji chłopa pańszczyźnianego. Bezwzględne przywiązanie chłopów do kołchozów zostało potwierdzone dekretem z 1933 roku, odmawiającym im paszportów wewnętrznych, bez których nie można było opuścić miejsca zamieszkania. Obowiązywało to aż do 1974 roku.

Pomór

Efektem kolektywizacji był ogromny spadek produkcji rolnej, ale władze, nie zważając na nic, wywiozły w 1931 roku z Ukrainy ponad połowę zboża. Rezultatem był głód. "Kołchoźnicy wychodzą w pole i znikają. Po kilku dniach znajduje się ich zwłoki i całkiem bez żalu, jakby to było normalne, zakopuje się je do jamy, a w dniu następnym znaleźć można martwym tego, to zakopywał zmarłych wcześniej. W Kijowie ogromna liczba chłopów siedzi na ulicach, płacząc błagają o kawałek chleba" - pisał w 1932 r. komsomolec Tkaczenko w liście do szefa partii na Ukrainie Stanisława Kosiora.
Obarczeni gigantycznymi kontyngentami chłopi za swą ciężką pracę w kołchozach otrzymywali nędzną zapłatę w zbożu, a nierzadko - w ogóle nic. Aby przeżyć, musieli więc po kryjomu czerpać z teoretycznie wspólnej "własności socjalistycznej". O rozmiarach zjawiska świadczył drakoński dekret przewidujący karę śmierci za kradzież majątku kołchozowego. Chłopi nazwali go "prawem pięciu kłosów", bo za kradzież nawet tak małej ilości zboża można było dostać kulę w łeb lub trafić do łagrów.
Zasiewy ochraniały przed umierającymi z głodu ludźmi specjalne brygady ulokowane na wieżach strażniczych i dysponujące oddziałami konnymi. Specjalną rolą zostali obarczeni pionierzy, którzy mieli stać się "okiem i uchem partii w rodzinie". Wzorem był Pawlik Morozow, pionier ze wsi Gierasimowka, który zadenuncjował własnego ojca. Chłopak poniósł śmierć z rąk rodziny, ale partia wyniosła go na komunistyczne ołtarze.
A zboża ciągle było za mało. Na wieś rzucono więc brygady aktywistów, tzw. czerwone miotły, które miały przetrząsnąć gospodarstwa i zabrać każde znalezione ziarno. Torturowani, bici i wysyłani do obozów chłopi przechodzili piekło, ale najgorsze było przed nimi. Po konfiskacie zboża na zasiewy i odebraniu wszelkiej innej żywności wiosną 1933 r. nadszedł Wielki Głód (po ukraińsku - hołodomor).
Ludzie jedli, co popadnie - korzonki, kwiaty, liście, owady, szczury, korę z drzew, mrówki. Wielu szukało ratunku w miastach, gdzie umierali na ulicach. Niektórzy, doprowadzeni z głodu do szaleństwa, zjadali ciała zmarłych członków rodziny. Dochodziło też do zabójstw, zwłaszcza dzieci, które następnie zjadano. Niekiedy rodzice sami zabijali jedno z dzieci, by uratować pozostałe. Były też grupy mordujące ludzi i sprzedające ich ciała jako mięso na bazarach. Robert Kuśnierz przytacza szereg wywołujących grozę relacji o kanibalizmie. O rozmiarach tego zjawiska świadczą wyroki sądów, które w latach 1932 -1933 za ten proceder skazały 2505 osób.

Zbrodnia milczenia

Dokładnej liczby ofiar Wielkiego Głodu nie poznamy nigdy. Trudno przecież wierzyć sowieckim statystykom. Ale wynikająca z ostrożnych szacunków liczba trzech milionów ludzi wystarczy, by uznać go za jedną z największych zbrodni w dziejach ludzkości. Nie był on efektem naturalnego kataklizmu - to wynik stalinowskiej polityki wobec wsi. Dodatkową zbrodnią bolszewików była - jak zauważa historyk - odmowa uznania klęski głodu i przyjęcia pomocy z zagranicy. W ZSRR panowało na ten temat całkowite milczenie. Komunistyczne zakłamanie pokazuje relacja jednego ze świadków tych strasznych lat. "Na wiosnę 1933 r. przy wjeździe do miasta [Zinowiewsk] stał łuk triumfalny, na którym był napis: "Wkroczyliśmy do pierwszej fazy komunizmu - socjalizmu". Naokoło łuku zaś leżały zwłoki wielu chłopów, którzy zmarli śmiercią głodową".
Wrzesień 2006

POLECAMY

KOMENTARZE