Pajęczyna utkana ze zbrodni

aktualizacja: 16.08.2012, 00:00
Ława oskarżonych w procesie Witolda Pileckiego. Fot. "Głos Ludu", marz...
Ława oskarżonych w procesie Witolda Pileckiego. Fot. "Głos Ludu", marzec 1948
Foto: Domena publiczna

Wywiad z Tadeuszem M. Płużańskim, historykiem, publicystą, szefem działu Opinie „Super Expressu”, autorem książki „Bestie”, o nierozliczonych zbrodniach komunistów w Polsce

10 lat temu, 16 sierpnia 2002 roku, zmarł Tadeusz Płużański, żołnierz AK, uczestnik kampanii wrześniowej, bliski współpracownik rotm. Pileckiego, więzień stalinowski, pisarz, filozof. Rozmowa - z synem Tadeusza Płużańskiego - z tygodnika "Uważam Rze"
Pana książka „Bestie – mordercy Polaków" zadedykowana jest pana ojcu Tadeuszowi Płużańskiemu. Zacznijmy więc od tej historii.
Ojciec – Tadeusz Ludwik Płużański – był ofiarą komunistycznej machiny zbrodni: śledczych, sędziów i prokuratorów. Został skazany na karę śmierci, siedział do 1956 r., w tym ponad dwa miesiące w celi śmierci.
Tata był bliskim współpracownikiem rotmistrza Witolda Pileckiego, odgrywał ważną rolę kuriera. Dostarczał na Zachód informacje zebrane w okupowanej przez Sowietów Polsce. Przedzierał się przez zieloną granicę do generała Andersa przez dwa powojenne lata.
Potem były wsypa i aresztowania?
Tak jak to zwykle wtedy przez podstawionego agenta. Wydał wszystkich kapitan Wacław Alchimowicz. Też go zresztą później, kiedy już nie był przydatny, zabili. W czasie wojny był w partyzantce sowieckiej na Kresach, a potem dołączył do grupy Pileckiego, która uważała go za swoją wtykę w bezpiece. Było odwrotnie.
Ojciec w sfingowanym procesie dostał KS z dwóch paragrafów – szpiegostwo i próby zamachów na czołowe osobistości Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, ale Bolesław Bierut w akcie łaski zamienił wyrok na dożywocie. Torturowano go w śledztwie fizycznie i psychicznie – szantażując, że skoro on ma twardą d... i nie chce współpracować, wybiją wszystko z siedzącej w celi obok żony. Była w ciąży, poroniła. Jeden z tych skur... zresztą żyje, nazywa się Eugeniusz Chimczak, czołowy brutal z więzienia na Mokotowie. Z Wronek ojca wypuścili warunkowo na fali odwilży.
Mówił potem o przeszłości?
Niewiele. Sporo wiedziałem o okupacji niemieckiej, o konspiracji w Tajnej Armii Polskiej, która potem scaliła się z AK, pięcioletniej gehennie w KL Stutthof, ale o tym, co działo się z ojcem po rzekomym wyzwoleniu, niewiele. Dziś tłumaczę to sobie tym, że chciał mnie chronić. Historię z czasów stalinowskich zacząłem poznawać w wieku 19 lat, kiedy w 1990 r. odbywał się proces rehabilitacyjny „grupy szpiegowskiej Pileckiego" – jak ich nazywali komuniści. Wtedy dowiedziałem się, że ojciec był nie tylko profesorem filozofii, nie tylko więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego, ale także więźniem komunizmu. W atmosferze rewizji wyroku musiał wrócić do tych spraw. Wtedy powiedział mi m.in., że podczas jednego z przesłuchań oberubek Józef Goldberg-Różański powiedział mu: „Ciebie nic nie uratuje. Ty masz u mnie dwa wyroki śmierci". To się sprawdziło na sali sądowej. Dotarłem do dokumentów, że wytyczne przyszły z KC.
Ojciec dostał order?
Były jakieś symboliczne wyróżnienia, ale za to jeden z ubeckich katów, Stanisław Supruniuk, został odznaczony przez prezydenta Kwaśniewskiego. Ta polityka zmieniła się za czasów Lecha Kaczyńskiego.
Dla środowisk lewicowo-liberalnych to, co pan robi, jest „grzebaniem w życiorysach".
To nie jest żadne grzebanie, ale prawda o tym, kto skąd przyszedł, w czyim imieniu działał – Polski czy naszych okupantów.
To niezbędne do określenia naszej tożsamości, naszych tradycji. Zresztą w przeszłości nie stanowiło to kłopotu czy przedmiotu sporu. W II Rzeczypospolitej „grzebano" przecież w życiorysach zarówno powstańców styczniowych, jak i zaborców. Dopiero w PRL, kiedy wymordowano już żołnierzy wyklętych, zaczęto mordować pamięć o nich. Dziś mamy tego kontynuację – okrągłostołowe środowiska forsują tezę, iż wiedza o polskim patriotyzmie, o naszych prawdziwych bohaterach jest niemodna, niepotrzebna, a wręcz szkodliwa. Taka optyka jest dla mnie nie do przyjęcia, bo nigdy nie widać w pełni czyjejś odwagi, prawości i poświęcenia bez pokazania drugiej strony – tchórzostwa, podłości, zdrady. Nie da się opowiedzieć o żołnierzach wyklętych bez przedstawienia ich katów.
Dzieci odpowiadają za grzechy rodziców czy dziadków?
Nigdy bym się nie podpisał pod takim stwierdzeniem. Przecież Danuta Huebner nie odpowiada za grzechy swojego dziadka, Józefa Młynarskiego, który pracując po wojnie w UB w Nisku, według relacji „odznaczał się największym okrucieństwem" obok osławionego kata Polaków, wspomnianego już Supruniuka. Także jej tata był wysokim funkcjonariuszem komunistycznej bezpieki. Obaj byli zaangażowani w zbrodnie, znamy konkretne sprawy represji wobec polskich patriotów.
A jednak to jest w pana książce.
Nie opisuję tej konkretnej sprawy, by się nad kimś znęcać, ale aby na podstawie wielu życiorysów pokazać pewną ciągłość środowisk rządzących Polską. Pokazać, jak włodarze PRL, ludzie, którzy zaparli się niepodległej Polski, przenieśli pozycję społeczną na swoje dzieci i wnuki. Kiedyś zdobyli władzę i właściwie nie oddali jej do dziś. Nie zrozumiemy współczesnej Polski i katastrofalnego stanu, w jakim się znajduje, bez tej wiedzy.
Kim był Stefan Michnik, któremu też poświęca pan dużo miejsca?
To stalinowski sędzia wojskowy, który skończył przyspieszone kursy prawnicze, a posługując się kwalifikacją IPN – morderca sądowy. Nie strzelał w tył głowy, ale wydawał bezpodstawne, haniebne wyroki na żołnierzy niepodległościowego podziemia. Skazywał także na kary śmierci, co najmniej kilku Polaków patriotów posłał do piachu. Nawet miejsca ich pogrzebania do dziś nie odnaleziono. Tak III RP dba o swoich bohaterów.
Michnik i jemu podobni realizowali totalitarną politykę Sowietów, dążąc do likwidacji najwartościowszych, wiernych przysiędze Polaków, oficerów, inteligencji.
I to się im udało.
Nie miał pan pokusy, by szukać usprawiedliwienia dla tych katów? Odnajdywać ślady traumy wojennej, ukąszenia komunizmem, moralnego pogubienia?
Ani trochę. Wbrew całej propagandzie broniącej oprawców oni nie wybrali żadnej innej Polski, po 1945 r. nie było żadnej wojny domowej. Byli ludzie wierni ojczyźnie i byli ci, którzy zaangażowali się, niemal zawsze ochoczo i z własnej woli, w zniewalanie Polski oraz wykańczanie jej elit. Jak można to usprawiedliwiać? Czy szukamy wymówek dla tych nielicznych, którzy kolaborowali z Niemcami? Nie. Dlaczego mamy to robić w stosunku do zbrodniarzy z okresu komunistycznego?
Heleny Wolińskiej-Brus broniono argumentem, że była w warszawskim getcie.
Ale czy nawet bycie ofiarą jednego totalitaryzmu znosi fakt, że w innym systemie totalitarnym, w komunizmie, wystąpiła jako prześladowca? Jako sprawczyni bólu, cierpienia i śmierci? Fakt przebywania w getcie ma usprawiedliwiać zbrodniczą działalność jako prokuratora w latach 40. i 50.? W mojej ocenie to absurdalne żądanie.
Tu dochodzimy do tematu, który Paweł Śpiewak postawił w swojej książce „Żydokomuna". I chociaż w swojej publikacji „Bestie" nie podkreśla pan narodowości sprawców, po lekturze staje to przed czytelnikiem bardzo mocno. Dlaczego tylu przedstawicieli narodu żydowskiego zaangażowało się w komunistyczny aparat zbrodni?
Ta sprawa pojawia się w badaniu tego okresu, czy ktoś tego chce, czy nie. Jestem jak najdalszy od przypisywania narodowi żydowskiemu jako takiemu odpowiedzialności za opisane zbrodnie, ale nie może też być tak, że mówienie także o sprawcach pochodzenia żydowskiego, obok sprawców rosyjskich czy polskich kolaborantów, oznacza od razu zarzut antysemityzmu. Niestety, często tak bywa.
Ale czy dlatego mam pomijać fakty? Takie jak ten, gdy przekonałem się, że ci, którzy zamordowali rotmistrza Pileckiego, a w tej samej sprawie usiłowali zamordować mojego ojca, byli pochodzenia żydowskiego? Na kluczowych stanowiskach w bezpiece, w Najwyższym Sądzie Wojskowym, Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, byli nadreprezentowani.
To zresztą częsta konstatacja rodzin ofiar. Maria Fieldorf-Czarska, córka generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila", mówiła brutalnie i wprost, że jej ojca zamordowali Żydzi zaangażowani w komunizm.
Profesor Śpiewak twierdzi w „Żydokomunie", że po pierwsze zjawisko tytułowe w aparacie represji komunistycznej jest przeszacowane, a po drugie, że to zaangażowanie wynikało z przyczyn zewnętrznych, środowiskowych.
Przede wszystkim nie mogę tu nie wspomnieć o solidnej krytyce, jaka spotkała tę książkę pod względem warsztatowym, także na łamach „Uważam Rze". Samo przesłanie relatywizuje w mojej ocenie zbrodnie lat 50. A co do motywów, to były one bardzo proste – w ramach tamtej władzy można było zrobić błyskawiczną karierę. Poza wyjątkami wykształceni przed wojną prawnicy odmawiali udziału w systemie represji ubranym w piórka ludowej praworządności. Władza potrzebowała kadr – ludzi bez hamulców, gotowych na wszystko, ludzi bez silnych związków z polskością. Wspomniana Wolińska mówiła wprost, że nienawidzi Polaków. Posługiwała się taką kategorią, a nie żadnymi sloganami o „faszystowskiej reakcji".
Czy ktoś z tych, którzy byli uczestnikami zbrodni komunistycznych, ma dziś wyrzuty sumienia? Dał temu wyraz?
Nie spotkałem takiego człowieka. Odwrotnie – mają się świetnie. Weźmy Zygmunta Baumana, który z funkcjonariusza aparatu represji stał się cenionym myślicielem. Powiem szczerze, że nigdy nie dążyłem do opisania zbrodniarzy w kategoriach zrozumienia, ale faktów. Co kiedyś zrobili, jak dzisiaj żyją. Czuję w stosunku do nich politowanie, pogardę. Mój tata powiedział kiedyś, że to szmaty, którymi można by wycierać najbrudniejszą podłogę. Ludzie słabi. A tacy są zdolni do każdej zbrodni.
Niestety, większość współczesnych książek czy filmów te sprawy relatywizuje, pokazując rzekomą złożoność problemu, poplątane losy ludzkie, zniuansowane drogi życiowe, a nawet wybory moralne. Tymczasem to było dużo prostsze, brutalniejsze. Kanalie przeciwko porządnym ludziom, patriotom.
Ilu patriotów na sumieniu mają tytułowe „bestie"?
Wyroków sądowych skazujących na śmierć było kilka tysięcy, ale do tego trzeba dodać np. skrytobójcze mordy, wychodzące dopiero na jaw szczegóły obławy augustowskiej, potem dziesiątki tysięcy więzionych, okaleczonych i zniszczonych do końca życia ludzi.
Gdzie pochowali się komunistyczni zbrodniarze?
Główne kierunki ich emigracji to Związek Sowiecki, Szwecja, Wielka Brytania i Izrael. Do Sowietów wracali w latach 50. ci, którzy byli oddelegowani do niszczenia niepodległościowych polskich elit.
Rząd szwedzki miał świadomość, że przyjmuje zbrodniarzy?
Rządzący Szwecją najwyraźniej czuli się ich ideowymi pobratymcami, też przeżyli ukąszenie komunizmu. To zresztą szerszy problem, bo większość europejskich elit do dziś nie rozumie pojęcia „zbrodnia komunistyczna". Dla Europy Zachodniej komunizm nie był potworem, nie był systemem totalitarnym. Wtedy ściskali się ze Stalinem, dziś robią to samo z Putinem.
Pisał też o tym doktor Dariusz Tołczyk w książce „Gułag w oczach Zachodu", wskazując, że przyczyną jest też poczucie winy. W okresie największych zbrodni komunizmu kwiat dziennikarstwa zachodniego donosił z Rosji o rozkwicie i sukcesie, negował miliony ofiar.
To, jak sądzę, też nie jest bez wpływu.
Na pewno ocena zbrodni komunistycznych i niemieckich jest niewspółmierna, jakby były ofiary lepsze, zasługujące na pamięć, i gorsze. Widać to do dziś, kiedy przyzwala się choćby na eksponowanie symboli komunistycznych, nazywając je „gadżetami". W przypadku swastyki nikomu nie przyjdzie do głowy taka argumentacja.
Także ci zbrodniarze, którzy zostali w Polsce, krzywdy chyba nie odczuli?
Była chwila obawy, kiedy w latach 1955–1956 kilka osób pokazowo postawiono przed sądem za nadużycie władzy, był to jednak zaledwie promil odpowiedzialnych. Władza ukarała kilku „łamiących socjalistyczną praworządność" i stwierdziła, że system został oczyszczony. Niestety, to samo stało się po 1989 r. Procesy zbrodniarzy komunistycznych można policzyć na palcach. W mojej ocenie skazanie na kilka lat (wkrótce wyszedł z więzienia) Adama Humera, wicedyrektora Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, było podobnym pokazowym zamknięciem tematu. Potem elementarnej sprawiedliwości niemal zaniechano. Skazywano nielicznych, brutalnych śledczych, ale już żadnego sędziego czy prokuratora.
Z czego to wynikało?
Z podstawowej niechęci do nazwania zła złem. Innymi słowy, wola polityczna dominujących sił i partii pchała cały system nie w kierunku osądzenia zbrodni, ale ich rozmazania, zapomnienia o nich, przeczekania. Zresztą kto tych morderców w mundurach wojskowych ma sądzić, skoro wymiar sprawiedliwości III RP nigdy nie został rozliczony i jest bezpośrednią kontynuacją PRL-owskiego?
Często naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo nasze dzisiejsze elity pochodzą od władców PRL, środowiskowo lub rodzinnie. Oni mają uznać komunizm za morderczy system totalitarny?
Były jednak przepisy, IPN, prawo, śledztwa prokuratorskie. Dlaczego tak mało mamy puent w postaci wyroków?
Składa się na to wiele elementów. To akceptacja dla sztuczek oskarżonych i obrońców, bezkrytyczne przyjmowanie kolejnych zwolnień lekarskich, brak reakcji na ciągłe przeciąganie spraw. W efekcie następowało przedawnienie bądź umorzenie, również ze względu na śmierć oskarżonego. Z ciekawostek – ppłk Czesław Łapiński, prokurator żądający kary śmierci dla rotmistrza Pileckiego, nie doczekał wyroku, umierając kilka lat temu w szpitalu przy ulicy imienia... Pileckiego. Taka sądowa zabawa ma zresztą miejsce nie tylko w przypadku  zbrodniarzy z lat 40. i 50., ale także tych, którzy prześladowali działaczy „Solidarności". Zamiast postawić bestie schyłkowego PRL przed sądem, pozwalano im brylować w telewizjach.
Liderzy „S" w sporej części dołączyli do establishmentu i zapomnieli o zwykłych działaczach „Solidarności", prześladowanych zwłaszcza na prowincji?
Niestety, często tak to wyglądało. Wszystko razem złożyło się na wielką abolicję, która jednak nie byłaby możliwa, gdyby państwo polskie po 1989 r. odrzuciło ciągłość z PRL. Gdyby grubą kreską odkreślono tamto dziedzictwo, ale nie po to, by zapomnieć, lecz właśnie po to, by nazwać i osądzić nieprawości.
Jak to można było zrobić?
Należało realnie – a nie tak jak dziś – fasadowo nawiązać do II Rzeczypospolitej. Na tym odwołaniu budować system moralny i prawny. Można było też zrobić to, co choćby w Niemczech po zjednoczeniu. Osoby uwikłane w system kłamstwa należało wyrzucić z życia publicznego, a winnych zbrodni szybko osądzić. To naprawdę nie było skomplikowane, wymagało tylko odrobiny chęci.
Dlaczego jej nie było?
W dużej mierze powodował to strach o życiorysy – własne, najbliższych czy kumpli. Po kilkunastoletnim tropieniu „bestii" mówię z całą odpowiedzialnością, że to czynnik niedoceniany.
Zresztą, wyobraźcie sobie panowie, co by się działo, gdyby którykolwiek z polskich sądów skazał, choćby zaocznie, Stefana Michnika. Przecież jego brat by tego nie wytrzymał. Zresztą kiedy przed laty sprawa pojawiła się publicznie, jaki podniósł się krzyk przechodzący w lincz! Podobnie z Wolińską – gdy wmawiano nam, że jej ściganie to antysemityzm. Jakby jakiekolwiek pochodzenie zwalniało z odpowiedzialności za zbrodnie! Bzdury!
Jak wielu ludzi z naszego establishmentu ma te obawy?
Cóż, gdy patrzę w telewizor, często widzę dzieci, wnuki czy osoby w taki czy inny sposób powiązane z odpowiedzialnymi za zbrodnie komunistyczne. Często noszą inne nazwiska, tworzą jakieś legendy wokół swoich życiorysów. Probierzem jest ich stosunek do lustracji czy – szerzej – „niechęć" do historii najnowszej. Efekt? W Polsce mamy wielką pajęczynę, wyrośniętą z tego właśnie aparatu stalinowskiego. Ci powojenni prokuratorzy, sędziowie i ubecy zostawali adwokatami, dziennikarzami, literatami, szli do biznesu, polityki, dyplomacji. I oni do dzisiaj są w mediach, na placówkach, w adwokaturze.
Z pana słów wynika dość smutna konstatacja – ci, którzy opowiedzieli się przeciwko wolnej Polsce, wygrali.
To ważna kwestia, często się nad tym zastanawiam. I z jednej strony odpowiedź brzmi: tak. Ale warto pamiętać, że celem zbrodniarzy było nie tylko fizyczne wyeliminowanie patriotów, ale przede wszystkim wymazanie pamięci o nich. Mamy zapomnieć zarówno o ofiarach, jak i o ich prześladowcach. Jeśli więc  pamiętamy, szukamy prawdy, przywracamy ją Polakom, to ich zwycięstwo nie jest pełne. Jeżdżąc po kraju z „Bestiami", widzę, jak ludzie, szczególnie młodzież, są żądni wiedzy, jak naród się budzi.
Można chociaż dziś o tym mówić głośno i otwarcie?
(cisza) Coraz częściej słyszę, że mogę  ponieść takie czy inne konsekwencje tego, co robię. Takie sygnały dochodzą nawet ze strony środowisk uważających się za prawicowe, kombatanckich i kierownictwa IPN. Niestety, ale tak jest.
Lipiec 2012
Tadeusz M. Płużański
"Bestie"
Biblioteka Wolności, 2011

POLECAMY

KOMENTARZE