Oferta dla lemingów

aktualizacja: 29.07.2012, 18:59
Piotr Zaremba
Piotr Zaremba
Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Można wyśmiewać liberalnych naiwniaków. Ale polska prawica mogłaby część z nich pozyskać - pisze publicysta

W wymęczonej upałami Polsce lemingi stały się ulubionym tematem debaty, niezależnie od tego, czy są zwierzątkami o skłonnościach samobójczych, czy postaciami z gry komputerowej. Któryś tydzień z rzędu tekst Roberta Mazurka w „Uważam Rze" „Alfabet leminga" pobudza do wystąpień: za lub przeciw. Zaledwie kilka dni temu profesor Andrzej Koźmiński uznał za stosowne na łamach „Rzeczpospolitej" napisać kolejny manifest wysławiający bohaterów niecnej satyry jako ludzi rzutkich i przedsiębiorczych.
Te polemiki nakładają się w znacznej mierze na podziały polityczne. Deklaracje Marcina Mellera, Michała Koboski, Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki, ba, aluzyjne wystąpienia samego Tomasza Lisa (aspirującego skądinąd do roli lidera lemingów) ustawiają całą dyskusję pod kątem sporu obrońców obecnego obozu rządzącego z ludźmi prawicy. Ale tekst nie podobał się również bliższemu prawicy Krzysztofowi Kłopotowskiemu, który uznał na swoim blogu, że zamiast prześmieszek należało napisać poważną analizę. To satyra
Należy jednak tę uwagę zadedykować także pozostałym krytykom - głos przeciwko wszelkiej satyrze. Ona zawsze upraszcza, jest bezwzględna i niesprawiedliwa. Michałowi Kobosce troskającemu się, że Mazurek okazał „pogardę ludziom inaczej myślącym i inaczej działającym", polecam połowę udających całkiem poważne tekstów w jego własnym tygodniku - „Wprost". Biją w inaczej myślących jak w bęben, bez cienia refleksji, a satyrą przecież nie są.
Satyra rządzi się swoimi prawami. Jeśli, też zresztą niezbyt chętnie, przyłączyłem się niedawno do krytyków Figurskiego i Wojewódzkiego, to nie dlatego, że satyryk nie może nikogo dotykać. To absurd, sprzeczność sama w sobie. Tamci panowie mają dwie słabości. Po pierwsze lubią bić w słabszych. Po drugie uwielbiają popisywać się wulgarnością i okrucieństwem. Mazurek bije w grupę z pewnością społecznie silną, dobrze się mającą. I wulgarności ani okrucieństwa u niego nie zauważyłem.
Ale niektóre z tych głosów warto potraktować serio, bo przy okazji inicjują, lub raczej ciągną za Mazurkiem i za „Uważam Rze", ciekawą dyskusję o polskim społeczeństwie. Pisze Krzysztof Kłopotowski: „Nie należy się odcinać od najbardziej dynamicznej grupy w Polsce. Po co antagonizować wehikuł modernizacyjny kraju?".

Pożyteczna Dulska

Powtórzę: Mazurek nie jest politykiem i ma prawo, a może i obowiązek, antagonizować, kogo chce. Ale też choć dowcipów się z reguły nie tłumaczy, tu najwyraźniej trzeba. Nie jest to ani portret całej klasy średniej, ani wszystkich zwolenników PO. Nie chodzi też o poszczególne utrwalone w nim nawyki i gusty. Piszę to, bo nawet do redakcji „Uważam Rze" napływały pełne niepokoju listy młodych konserwatystów, którzy lubią sushi lub oddają się innym opisanym przez Mazurka rozrywkom z pytaniami: czy to chodzi o nas.
Nie, nie o was. I nie o wszystkich przedsiębiorczych. Pierwszą cechą lemingów jest totalna skłonność do przyjmowania gotowych wzorów z całkowitym odrzuceniem własnej przeszłości i własnych doświadczeń. Niektórzy podejrzewali autora o szyderstwa z ludzi z prowincji, którzy dorobili się czegoś własną pracą. I znowu pudło: Robert Mazurek sam jest jednym z takich ludzi. On opisał tych, którzy wstydzą się własnych korzeni. Którzy mają nieustannie wrażenie, że im słoma wystaje z modnych półbutów, więc udają, przedrzeźniają, małpują. Wśród przyjmowanych w ramach tego małpowania „wartości" są również polityczne slogany rodem z TVN-owskiego „Szkła kontaktowego".
Czy nie piszę w tym momencie zarazem o ludziach energicznych, pracowitych i godnych szacunku? Ależ możliwe, tylko że świat bywa wielobarwny. Czy Pani Dulska, bohaterka komedii Gabrieli Zapolskiej, dawny symbol kołtuństwa, nie była zarazem pożyteczną matką mieszczańskiej rodziny? A czy zdominowany przez nią Felicjan Dulski nie sprawdzał się jako sumienny urzędnik? Z pewnością tak, co nie przeszkodziło złośliwej pisarce wziąć pewne ich niepiękne cechy na tapetę. Dulskich można zrozumieć, dowiódł tego Andrzej Wajda w uroczym filmowym cyklu „Z biegiem lat, z biegiem dni". Ale co z tego?

Odruchy stadne

Naturalnie jednowymiarowość dyskusji o lemingach (Kłopotowskiego tu nie wliczam, to głos odrębny) wynika z jednowymiarowości wszelkich tego typu dyskusji w obecnej Polsce. Gdzie poglądy dawno zostały zastąpione przez zbiory etykietek, a głównym obowiązkiem polemisty jest wypowiadać się możliwie hałaśliwie i radykalnie. Tylko że, powtórzę po raz trzeci, gdyby Mazurek nie pisał pamfletu, a zwykłą publicystykę, szukałby socjologicznych komplikacji. O jego antagonistach (tym razem wyłączając Mellera) nie da się tego powiedzieć. Pałka to ich ulubiony instrument perswazji.
Tu dochodzimy do drugiej ważnej cechy lemingów, która stała się przedmiotem sporu. Robert Mazurek powołał się na moją wcześniejszą obserwację o „bezrefleksyjnych pożeraczach medialnych mądrości". Zareagował Kłopotowski: „Ale to określenie pasuje również do wielu zwolenników PiS. Bezrefleksyjne stadne myślenie jest cechą ludzką, a nie partyjną".
Całkowicie się z tym ostatnim zdaniem zgadzam. Życie publiczne preferuje zdyscyplinowanych odbiorców cudzych mądrości, którzy nie filozofują, nie dzielą włosa na czworo, a chłoną opinie swoich liderów, choćby mówili rzeczy wewnętrznie sprzeczne albo nieustannie zmieniali zdanie. Polskie życie publiczne z powodu cech, które opisałem przed chwilą, preferuje ich szczególnie.
Masa sympatyków prawicy, ba, intelektualistów i polityków tego obozu, nie jest wolna od stadnych odruchów i psychoz. Uprawiają na potęgę moralność Kalego, wychwalają swojego przywódcę (Jarosława Kaczyńskiego), nie dostrzegając jego błędów i złych postępków. Okładają po głowach w bardzo niemądry sposób, także tych, którzy nie są ich przeciwnikami, a nie zgadzają się z jakimś jednym czy drugim szczegółem. Pod tym względem są nawet bardziej zaciekli niż lemingi, bo poczucie bycia w mniejszości, więc własnego zaszczucia, popycha ich do sekciarstwa. Doznał tego na własnej skórze i Krzysztof Kłopotowski. Lżony w Internecie jako rzekomy oportunista przez ludzi, którzy nie rozumieją, czym jest wolna wymiana myśli.
Dlaczego jednak odróżniam te środowiska od lemingów? Dlaczego to inna grupa i inny problem?

Kto chciał wiedzieć?

Należałoby sięgnąć jeszcze do lat 90. Wtedy jednym z podstawowych kryteriów politycznego zróżnicowania nie był wcale stosunek do gospodarki czy nawet do Kościoła i jego nauk. Ja to nazwałem podziałem na tych, którzy chcą wiedzieć, i tych, którzy nie chcą. Szeroko rozumiana prawica zachęcała, aby zaglądać za kulisy nowo powstającego państwa, aby dostrzegać tam niejawne układy i zakulisowe interesy. Tak zwany obóz modernizacji wolał słodki idiotyzm wiary w automatyczny postęp. Mamy demokrację, mamy rynek, więc jest byczo tak wyglądała ta filozofia. A afery, a żerowanie na państwie? Wymysły oszołomów.
Nakładało się to na fundamentalny spór o korzenie III RP. O rozliczenie komunizmu, o to, jak wiele mechanizmów i powiązań rodem z PRL przetrwało w nowym systemie. Ludzie, którzy wtedy „chcieli wiedzieć", kierowali się po części własną intuicją i doświadczeniem. Ale miewali też wychowawców. Choćby braci Kaczyńskich, którzy z seminarium postmarksistowskiego profesora Ehrlicha wynieśli przekonanie o ukrytych sprężynach polityki. Przekonanie słuszne, choć czasem absolutyzowane.
Ten podział jest podstawą podziałów dzisiejszych, nawet jeśli pewne dylematy zniknęły albo się zasadniczo zmieniły. Z tego punktu widzenia czciciele „słodkiego idiotyzmu" nie są dla mnie tym samym co ci, którzy odznaczają się choćby i nadmierną nieufnością wobec oficjalnych medialnych prawd. Dochodzi do tego układ sił między stronami. Powtarzanie po TVN nie wymaga żadnego wysiłku, to przekaz wszechogarniający, premiowany w różnych miejscach i instytucjach. Przejście na stronę jego przeciwników to wybór ludzi odważnych, nawet jeśli potem w ramach przyrodzonych człowiekowi stadnych odruchów powtarzają już tylko środowiskowe banały.
Dochodzi do tego coś jeszcze: stosunek obu stron do własnego państwa i społeczeństwa. Ci, „co chcą wiedzieć", własne państwo i panujące w nim stosunki dziś demonizują. A sami skłonni są ulegać rewolucyjnemu myśleniu.
Lemingi, pozornie bardziej optymistyczne i bezproblemowe, też mają swoją ciemną stronę. Tę część społeczeństwa, która nie pasuje do ich wizji modernizacji, skłonni są traktować zgodnie z wręcz rasistowską logiką jako klasę niższą. Ich wrogość wobec Kaczyńskich to po części niezgoda na ich polityczną filozofię. Ale po części przenoszenie na nich niechęci do „Polski B", ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Otóż w dzisiejszych warunkach wolę nieraz i tromtadracką rewolucyjność niż zapisywanie samych siebie do rasy panów. Ta pierwsza postawa prowadzi nieraz do opowiadania głupstw, bywa też autodestrukcyjna. Ale to ta druga jest głęboko niemoralna (choć zastrzegam dotyczy to tylko niektórych lemingów, nie mówiąc już o całej polskiej klasie średniej itd.).

Pytanie do prawicy

Naturalnie niepotrzebnie atakując Mazurka, Krzysztof Kłopotowski dotknął przy okazji poważnego problemu. Bo satyryk nie ma problemu z „odcinaniem się" od kogokolwiek. Ale polityk mieć powinien.
Jeśli przyjąć założenie, że lemingi to dziś duża i ważna grupa społeczna (choćby dlatego, że ci, którzy aspirują do klasy średniej, mogą takie wzorce powielać), jest obowiązkiem prawicowych polityków, i tych, którzy im doradzają, zastanowić się nad ich aspiracjami i interesami.
Z tego punktu widzenia przyznaję pewną racjonalność nawet diagnozie Janickiego i Władyki z „Polityki" - mamy do czynienia z grupą na wskroś konserwatywną, choć nie jest to konserwatyzm ideologiczny, a zbiór postaw, które współbrzmią z postawą partii status quo, czyli Platformy Obywatelskiej. I prawica nie ma pojęcia, co z tym zrobić. W gruncie rzeczy coś podobnego zauważa, już z życzliwych PiS pozycji, profesor Andrzej Zybertowicz. Znalezienie drogi do duszy przynajmniej części lemingów to jego zdaniem warunek równorzędnej walki polskiej prawicy o władzę i rząd dusz w Polsce.
Niestety, dziś wydaje się ona bardziej niezdolna do tego niż kiedykolwiek. Rewolucyjne sekciarstwo, wyrażone myślą poety Jarosława Rymkiewicza, o 30 proc. polskich patriotów i reszcie, o którą nie warto zabiegać, zdaje się przysłaniać jakikolwiek inny kierunek myślenia tego obozu. Nie twierdzę, że Jarosław Kaczyński przyjął myśl Rymkiewicza. Twierdzę, że próbuje zbyt nieśmiało tę intencję (uprawnioną w ustach poety, samobójczą, gdy można ją przypisać politycznej partii) równoważyć. Nie zwalajmy wszystkiego na medialny przekaz, skoro kontroferta jest nie tylko zagłuszana, ale także ubożuchna, skierowana nieomal wyłącznie do wewnątrz, do swoich, do już przekonanych. W takiej sytuacji zapatrzony w telewizor leming nie ma nawet okazji poczuć się od czasu do czasu nieswojo.
Autor jest publicystą „Uważam Rze"
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE