Polityka

Cała kasa partyjna

PAP/serwis codzienny
Rady nadzorcze, prezesury, fikcyjne etaty, polecenia. Politycy PSL i PO stworzyli cały system wyciągania publicznych pieniędzy
Patologia w spółce zbożowej Elewarr należącej do Agencji Rynku Rolnego – odwołany wczoraj jej dyrektor generalny Andrzej Śmietanko zarabiał rocznie ponad 800 tys. zł – to tylko wierzchołek góry lodowej. W naszym kraju funkcjonuje głęboki, patologiczny mechanizm wyciągania korzyści ze spółek należących do państwa lub kontrolowanych przez nie firm.
Zobacz grafiki: 
część pierwsza PDF - 1MB 
część druga PDF 1MB
Dowodów brak. Na przykład proceder, który zakończył się odwołaniem Śmietanki, świetnie kwitł kilka lat pod ministerialną kontrolą. Tak jest niemal wszędzie. Mnożą się fikcyjne etaty, praca z polecenia, zasiadanie w radach nadzorczych czy zlecenia dla firm znajomych. To sieć powiązań służąca do czerpania korzyści z państwowego majątku.

Sawicki i Budzanowski dla swoich

W radzie nadzorczej Elewarru zasiadają najważniejsi współpracownicy byłego już ministra Marka Sawickiego. Dyrektor generalny ministerstwa Ireneusz Niemirka czy Magdalena Kosel, szefowa jego gabinetu politycznego. Korzyści? Od 6 do 8 tys. zł za posiedzenie. Prezes Agencji Rynku Rolnego Andrzej Łuszczewski (ok. 20 tys. zł pensji) dorabia w radzie nadzorczej Towarowego Domu Maklerskiego Arrtrans, który należy do Elewarru (dodatkowe 7 tys. zł), a jego zastępca Lucjan Zwolak nadzoruje Elewarr. Dotyczy to także innych ministerstw, w tym resortu skarbu. Z danych zebranych przez „Rz" wynika, że w 2008 r. aż 67 proc. jego pracowników (469 osób) dorabiało, zasiadając w dwóch lub jednej radzie nadzorczej. Stawka – ok. 3 tys. zł za posiedzenie. Obecnie 365 urzędników tego ministerstwa zasiada m.in. w radach nadzorczych czy komisjach rewizyjnych. Politycy tłumaczą to względami merytorycznymi. Magdalena Kobos, rzeczniczka resortu skarbu, twierdzi, że nadzór urzędnika jako reprezentanta skarbu w radzie nadzorczej chroni interes państwa. – Taka osoba posiada bezpośredni, bieżący dostęp do informacji i dokumentów nadzorowanego podmiotu. Ma też możliwość szybkiej konsultacji z osobami mającymi aktualną i historyczną wiedzę o nadzorowanych spółkach – tłumaczy Kobos. Tyle tylko, że to często fikcja. Lepiej takie zadanie zlecać profesjonalistom niż często przypadkowym urzędnikom.

Deputaty i nagrody

Już dwa lata temu NIK, która sprawdzała nadzór nad państwowymi spółkami – dokładnie ministra Skarbu Państwa i ministra gospodarki – wydała miażdżącą opinię. Stwierdziła, że państwo źle nadzoruje spółki, których jest właścicielem, choć ma do tego rzeszę sowicie opłacanych urzędników w radach nadzorczych i zarządach. Co gorsza, przekłada się to na straty finansowe dla podatników: nie tylko że urzędnicy biorą pieniądze za nic, to jeszcze działają na szkodę spółek – wypłacają sobie zawyżone nagrody, deputaty węglowe, wydają bony towarowe czy godzą się na opłacanie dodatkowych świadczeń emerytalnych dla członków zarządu. W spółkach Skarbu Państwa dochodzi też do konfliktu interesów. Obowiązuje kuriozalna zasada: członkowie rad nadzorczych są zobowiązani do dbania o interes spółki i jednocześnie są zatrudnieni w Ministerstwie Skarbu Państwa czy Ministerstwie Gospodarki, które ma nadzorować ich pracę. Zatrudnianie swoich, a nie profesjonalistów jest też kosztowne ze względu na notoryczną karuzelę stanowisk. Skarb Państwa co chwilę wymienia członków rad nadzorczych i doprowadza do częstych zmian w zarządach spółek. Rząd w ubiegłym roku obiecał zmienić prawo, jednak długo konsultowane zmiany przepisów nadzoru właścicielskiego w firmach państwowych, które miały wyeliminować tego typu praktyki, nigdy nie weszły w życie. Powodem jest zagrożenie dla interesów całej siatki osób czerpiących dodatkowe dochody za często fikcyjną pracę. Dwa lata temu, po kontroli NIK, resort skarbu zaczął organizować jawne konkursy do rad nadzorczych spółek Skarbu Państwa (ogłoszono ich ponad 500). Na początku tego roku minister Budzanowski wprowadził specjalne zasady w doborze kandydatów na stanowiska menedżerskie i nadzorcze 19 spółek o kluczowym znaczeniu dla Skarbu Państwa. Obowiązują m.in. w KGHM, Orlenie czy Polskiej Grupie Energetycznej. W doborze kandydatów pomaga firma headhunterska. Niestety, bywa, że niezwykłą karierę w radach nadzorczych z ramienia Skarbu Państwa robią sami swoi. Na przykład w czasach Budzanowskiego Paweł Białek, do niedawna wiceszef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a obecnie radca ministra w Departamencie Projektów Strategicznych w resorcie skarbu – zasiadł w radach KGHM i Orlenu. Został tam powołany... poza postępowaniem kwalifikacyjnym wymaganym w przypadku spó-łek strategicznych. Choć w tym wypadku nominacja była uzasadniona merytorycznie.

Spółki do dojenia

Nadzoru właścicielskiego i szczególnego doboru kandydatów nie ma też w spółkach zależnych od strategicznych spółek państwowych. Kilka dni temu pracę na stanowisku prezesa spółki PGE PEJ1 zajmującej się energią jądrową dostał były minister skarbu i poseł Platformy Aleksander Grad. Pensja – 110 tys. zł miesięcznie. Rzeczniczką w spółce PGE Dystrybucja Lublin jest Dorota Gajewska-Grad (synowa eksministra). Miesiąc temu do zarządu Bumaru trafił wieloletni wiceminister obrony odpowiedzialny za zakup sprzętu dla armii Marcin Idzik. Partie nie zapominają o działaczach, którym powinęła się noga w wyborach. Przegrany Bronisław Dutka (PSL) został dyrektorem Małopolskiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Karniowicach, a Jolanta Fedak – minister pracy za poprzedniego rządu – przewodzi radzie nadzorczej Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, która podlega ministrowi gospodarki Waldemarowi Pawlakowi. Zresztą większość szefów stref ekonomicznych to ludzie wicepremiera Pawlaka. Podobnie było z Wiesławą Kornaś-Kitą, prezesem Krakowskiego Parku Technologicznego (do PSL nie należy, ale startowała z jego listy). W fotelu wiceszefa Specjalnej Strefy Ekonomicznej w Starachowicach zasiada Zdzisław Kobierski. Wałbrzyską Strefą Ekonomiczną rządzi Urszula Solińska-Marek, a wiceprezesem jest Lidia Jarmułowicz, członkini dolnośląskiego prezydium PSL, która nie dostała się do europarlamentu.

Etat na zamówienie

Dla inżyniera Stanisława Kolbusza – teścia syna ministra rolnictwa Marka Sawickiego – w podległej ministerstwu Centralnej Bibliotece Rolniczej w Warszawie stworzono specjalne stanowisko zastępcy dyrektora (do 2008 r. dyrektor nie miał zastępcy). To biblioteka naukowa, której dyrektor musi mieć co najmniej tytuł doktora. Kolbusz zarabiający tam 8 tys. zł prowadzi alternatywną działalność – wspólnie z synem ministra Zbigniewem Sawickim jest pełnomocnikiem firmy sprzedającej probiotyki dla rolnictwa. W resorcie rolnictwa w Departamencie Rozwoju Obszarów Wiejskich pracę znalazła też córka bohatera afery taśmowej Władysława Serafina, Karolina. Wojciech Gregorczyk od maja 2010 r. ma posadę dyrektora Krajowego Centrum Edukacji Rolniczej, podległego wiceministrowi rolnictwa Tadeuszowi Nalewajkowi. Są znajomymi z powiatu pułtuskiego PSL. Przechowalnią polityków jest także Fundacja Programów Pomocy dla Rolnictwa. Dyrektorem jest Przemysław Litwiniuk – członek rady nadzorczej Elewarru, radny powiatowy PSL w Białej Podlaskiej i były szef gabinetu politycznego ministra Sawickiego. W zarządzie są m.in. Magdalena Kosel, Artur Ławniczak (były wiceminister rolnictwa za czasów Sawickiego). Pracuje tu też Wojciech Pomajda (były poseł SLD).
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL