Lekarze i pielęgniarki
Mniej kija, więcej marchewki
Jeśli lekarz popełni błąd – z głupoty czy z chęci oszustwa – powinien odpowiadać finansowo, ale nie za to, że państwo nie zdążyło wydać dokumentu ubezpieczenia – tłumaczy w rozmowie z Michałem Majewskim i Pawłem Reszką były szef Narodowego Funduszu Zdrowia
Ustawa o refundacji trafiła do Sejmu w październiku 2010 roku. Pracował pan nad nią w Komisji Zdrowia razem z 20 lekarzami. Nikt nie krzyczał: „Uwaga, lekarze zaprotestują!". Dlaczego?
Prace nad pakietem ustaw zdrowotnych przebiegały dziwnie. Na początku były długie merytoryczne dyskusje. Słusznie, bo było wiele do poprawienia. Tyle że koalicja zamiast być wdzięczna, oskarżyła opozycję o celowe przedłużanie, o strajk włoski.
I co, obraził się pan?
Nie o to chodzi. Okazało się, że wszelkie dyskusje i tak są bezcelowe. Wytykamy błąd, od kolegów z PO w kuluarach słyszymy: „no tak, macie rację". Przychodzi do głosowania i Platforma podnosi ręce, jak chce rząd. Nieważne, gdzie leży racja, maszynka do głosowania działa. Po co brać udział w takim teatrze? W końcu przestałem tam chodzić.
Można się było spodziewać protestu lekarzy?
Można i trzeba było się zabezpieczyć.
Jak?
Zapisać, że przepisy o odpowiedzialności finansowej lekarzy za błędnie wypisane recepty wejdą w życie nie w styczniu 2012, ale rok później. Czas wykorzystać na przygotowanie systemu informatycznego, który umożliwi lekarzowi sprawdzenie, czy pacjent jest ubezpieczony. Można było też dostarczyć jakieś wygodne narzędzie informatyczne umożliwiające dostęp do aktualnej listy leków z informacją o poziomach refundacji.
Nie bądźmy fantastami. System, z elektronicznymi kartami ubezpieczenia, został zapisany w ustawie z 2004 roku i nadal go nie ma.
Dajcie mi 500 milionów, a nie miliard, jak chcą inni, i system będzie gotowy za dwa lata. Ustawa refundacyjna została uchwalona w maju. Gdyby wzięto się do tego od razu, w styczniu 2013 system byłby na ukończeniu.
Chwila, rząd chce zrobić coś takiego i dlatego w zeszłym roku przyjęto ustawę o systemie informacji w ochronie zdrowia.
Piękna ustawa! Obejmuje wszelkie dziedziny opieki zdrowotnej. Ale jest problem – nie da się jej wprowadzić w życie. Skoro z prostymi kartami dla pacjentów państwo wozi się prawie dziesięć lat, to ile czasu zajmie wprowadzanie megaustawy? Zamiast rzucać się na wielkie projekty, trzeba było zacząć od małych, praktycznych. Jak choćby programy komputerowe, które pomogą lekarzom w wypisywaniu recept na leki refundowane.
Programy komputerowe? Zaraz pojawi się argument, że nie wszyscy lekarze mają komputery.
Po pierwsze, mają. Po drugie, trzeba ich zachęcić do ich używania. Kiedy byłem szefem Śląskiej Kasy Chorych i wprowadziliśmy elektroniczne karty ubezpieczenia, lekarze podnosili ten argument. Sprawę rozwiązaliśmy prosto. Jeśli lekarz przesyłał sprawozdania elektroniczne, dostawał za udzieloną poradę o 20 groszy więcej. Zadziałało.
Karty elektroniczne, które pan wprowadzał w 2002 roku na Śląsku, działają do dziś, a w reszcie Polski jakoś nie udało się tego zrobić.
Zanim centrala na dobre zorientowała się, że chcemy wprowadzić elektroniczne karty, myśmy już je mieli. Próbowali nas hamować, ale było za późno. U nas decyzje zapadały w ciągu godzin. W skali kraju tak się nie da, bo instytucje są ociężałe. Mam wrażenie, że na poziomie kraju chodzi nie o to, żeby coś wdrożyć, ale żeby wdrażać. Wdrażanie daje etaty i spokój. A jak się coś wdroży, zaraz pojawiają się pytania: „A kto na tym zarobił: Zdziśka czy Kazik?". Politycy są mięczakami, boją się.
Dlatego pan nie wprowadził systemu, gdy był pan szefem NFZ?
Chcieliśmy zrobić to tak prosto jak na Śląsku. Pojawił się „bloker" z MSWiA. Dowodził, że lepiej powiązać to z dowodami osobistymi. W sumie też dobre. Dowód czy karta, nieważne – byle skutecznie. Mały projekt zamienił się w wielki i wszystko zwolniło. Mimo to szło do przodu. Mieliśmy rozpisywać przetarg, gdy odszedłem z NFZ, wszystko padło.
Jak działa elektroniczna karta na Śląsku?
Przychodzę do przychodni, wkładam kartę do czytnika i na monitorze pokazują się moje dane. Jeśli karta jest aktywna, to znaczy, że jestem ubezpieczony. Za pomocą tej karty pielęgniarka drukuje kupony z danymi pacjenta, które mogą być skierowaniem do specjalisty, receptą. Na karcie jest też licznik recept i innych dokumentów medycznych.















