Publicystyka
Nowe wschodnie imperium
Unia Eurazjatycka, w przeciwieństwie do UE, może odnieść sukces. Bo kluczem jest tu wspólna mentalność elit politycznych – twierdzi publicysta
WYIM: Znamienna jest wypowiedź rosyjskiego dziennikarza Siergieja Dorienki: „z naszego punktu widzenia Rosja graniczy bezpośrednio z Niemcami"
Im kłopoty Europy są większe, tym efektowniej brzmią pomysły na ich rozwiązanie. Zbliżający się szczyt Unii Europejskiej w sprawie paktu fiskalnego powinien więc przynieść jakieś nowe zaklęcia na temat wspólnej Europy. Na razie warto jednak jeszcze nawiązać do berlińskiej mowy Radosława Sikorskiego.
Szef polskiej dyplomacji, wysuwając otwarcie ideę europejskiego sfederalizowanego supermocarstwa pod przewodnictwem Niemiec, pojechał po bandzie. Nic dziwnego, że wywołał gorący entuzjazm zwolenników przyspieszenia integracji europejskiej i równie gorące oburzenie jej przeciwników. Tyle że emocje te są jałowe. Wystąpienie ministra spraw zagranicznych RP jest nieadekwatne do sytuacji, w jakiej się znalazła Europa. Szczególnie że tuż obok rodzi się nowa potęga.
Brak wspólnoty ducha
Wizja Sikorskiego zawiera pewne fałszywe założenie: unie walutowe zapobiegają wojnom i są podstawą budowania wspólnot narodów. Tymczasem pieniądze to nie wszystko, z czego chyba nawet zdaje sobie sprawę szef polskiego MSZ. Bo przecież z jakiegoś powodu twierdzi on, że kwestie tożsamości narodowej czy moralności publicznej „powinny na zawsze pozostać w gestii państw". Nie o taką więc głęboką integrację tu chodzi, o jakiej głośno jest w mediach. A skoro tak, to idea federacji europejskiej okazuje się – zwłaszcza dzisiaj – utopią, wokół której robi się dużo krzyku.
Owszem, procesy globalizacyjne minionego półwiecza sprawiły, że narody europejskie stały się do siebie nawzajem podobne. Młodzież z Aten ogląda te same filmy, słucha tej samej muzyki co młodzież z Helsinek. Ale to nie oznacza, że kultury polityczne Grecji i Finlandii są takie same. Dotyczy to też innych krajów. Ich klasy polityczne różnią się pod względem mentalności, co z kolei wpływa na decyzje o charakterze aksjologicznym. Laicyzm w wersji francuskiej bądź holenderskie swobody obyczajowe (takie jak legalność marihuany czy instytucjonalizacja związków homoseksualnych) nie dadzą się łatwo przeszczepić na grunt polski, gdzie wciąż znaczącą rolę odgrywają wartości, których strażnikiem pozostaje Kościół katolicki.
Europie nie udało się zatem stworzyć alternatywy dla chrześcijaństwa jako siły integrującej duchowo Stary Kontynent. Średniowieczną Christianitas zastąpiły państwa narodowe i projekt UE jest pewną próbą zmiany tego stanu rzeczy. Ale jak widać, egoizmy narodowe są wciąż górą. Można próbować je ujarzmiać przy pomocy Komisji Europejskiej czy Parlamentu Europejskiego, niemniej jednak mechanizmy biurokratyczne to za mało. A i same instytucje UE są polem rywalizacji jej członków. Nie łudźmy się, silniejsi ogrywają tu słabszych.
Kiedy Unia Europejska boryka się z kłopotami, w tym z widmem swojego rozpadu, za jej wschodnią granicą kształtuje się stara-nowa wspólnota polityczna pod przewodnictwem Rosji. To Unia Eurazjatycka. Po 20 latach od krachu ZSRR większość terytorium tego nieistniejącego państwa podejmuje próbę reintegracji. Na razie mamy Unię Celną Rosji, Białorusi i Kazachstanu. Od 1 stycznia tego roku procesy integracyjne odbywają się pod egidą Eurazjatyckiej Komisji Gospodarczej. I wszystko to ma miejsce niezależnie od politycznych napięć, jakie targają w tej chwili Rosją.
Odrodzenie eurazjanizmu
Unia Eurazjatycka w przeciwieństwie do UE może odnieść sukces. Bo kluczem jest tu wspólna mentalność elit politycznych. W Rosji, na Białorusi, w Kazachstanie i innych krajach aspirujących do członkostwa w eurazjatyckiej wspólnocie u władzy wciąż pozostają ludzie wychowani przez system sowiecki. Tak jest przecież zarówno w przypadku Władimira Putina, jak i Aleksandra Łukaszenki Nursułtana Nazarbajewa oraz innych postsowieckich kacyków. Przekłada się to na systemy polityczne poszczególnych państw.
Oczywiście występują różnice, ale rzucają się w oczy głównie cechy wspólne. Mamy do czynienia z fasadowymi demokracjami sterowanymi. Realna opozycja nie ma szans na przejęcie rządów w wyniku wyborów (co pokazały ostatnie wybory do Dumy). Władza powiązana jest ściśle z wielkim, oligarchicznym biznesem. Królują nepotyzm i lekceważenie prawa, które w UE wprawdzie również występują, lecz jednak w nieporównywanie mniejszym stopniu.















