Publicystyka
Minimum zmian, maksimum Polski
Bez kluczowej reformy ustroju politycznego i wymiaru sprawiedliwości nie da się uwolnić potencjału naszego kraju – twierdzą eksperci Centrum im. Adama Smitha
Polska dysponuje dziś najcenniejszym kapitałem nie tylko w Europie, ale i na świecie. Jest to kapitał ludzki. Jednak ze względu na chory system polityczny nie wykorzystujemy go. Jesteśmy najbardziej przedsiębiorczym narodem Unii, a rozwijamy się ciągle poniżej możliwości. Nie mając w swojej ojczyźnie sprzyjających warunków, Polacy coraz liczniej pracują na bogactwo innych narodów. Bez dokonania dwóch kluczowych reform, a raczej wręcz rewolucji w systemie politycznym i wymiarze sprawiedliwości Polska będzie biednym i peryferyjnym krajem. Brak reform w tych strategicznych dziedzinach uniemożliwia w praktyce jakościową zmianę we wszystkich pozostałych. Polski potencjał jest przez to zablokowany, wręcz niweczony.
Wadliwy ustrój
Bez kluczowej reformy ustroju politycznego nie da się uzyskać krytycznej zmiany jakości rządzenia w Polsce. Dotychczasowa konstytucja, którą – jak wiadomo – pisano pod konkretnych polityków i przeciwko innym, kompletnie się nie sprawdza. Nie chodzi bynajmniej tylko o spory kompetencyjne pomiędzy prezydentem i premierem czy nieracjonalne ekonomicznie utrzymywanie de facto dwóch rządów. Chodzi o rzeczy znacznie poważniejsze: brak możliwości wyłonienia przywództwa dla dokonywania śmiałych zmian i brak odpowiedzialności za sprawowaną władzę. W dzisiejszym patologicznym systemie jej sprawowania kolejni premierzy stają się zakładnikami interesów partii politycznych i nawet przy dużej determinacji są wobec nich bezsilni. Zasada ta dotyczy również parlamentarzystów, którzy są zakładnikami aparatu partyjnego. Jest on rzeczywistym i pozakonstytucyjnym ośrodkiem władzy, który de facto decyduje o obecności tych ludzi w życiu politycznym poprzez układanie list wyborczych. To nie wyborcy, lecz szefowie partii są ważni dla posłów i senatorów RP. Muszą zabiegać o ich łaski, a nie o wsparcie wyborców.
Jeśli chodzi o własne interesy, ludzie zachowują się na ogół racjonalnie. Nie inaczej jest w przypadku polityków – zabiegają o względy "układaczy list wyborczych", którzy jednym pociągnięciem ołówka decydują o ich być albo nie być. W obecnym systemie wyborcy mogą nie istnieć. Demokracja w Polsce stała się systemem plebiscytarnym, a nie wyborczym.
Partyjne koterie
Minimum zmian, które należałoby w tym zakresie przeprowadzić, sprowadza się do:
– wprowadzenia ustroju prezydenckiego z wybieranym w głosowaniu powszechnym prezydentem, który sam decyduje o kształcie swojego gabinetu. Zmiana ta powoduje przede wszystkim uwolnienie głowy państwa od aparatu partyjnego, różnych lobby, a w najgorszym przypadku co najmniej równoważy te wpływy. Z silnym mandatem pochodzącym z wyboru powszechnego prezydent może rzeczywiście przeprowadzić istotne dla Polski reformy. Wówczas nie ma wytłumaczenia, że programu wyborczego nie może realizować, bo "koalicjant" lub "urzędnicy" mu nie pozwalają. Ponosi pełną odpowiedzialność za swoje przywództwo. Dotychczasowa praktyka pokazuje również, iż nie ma żadnej obawy co do rozsądku polskiego społeczeństwa w zakresie wyborów bezpośrednich;
– wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych (najlepiej w połączeniu z radykalnym zmniejszeniem liczby posłów). Umożliwi to wyłanianie autentycznych liderów oraz transfer liderów samorządowych do krajowej polityki. Uniemożliwi za to partiom politycznym lansowanie "biernych, miernych, ale wiernych", którzy nie są w stanie niczego wnieść dla dobra publicznego, jedynie posłusznie wykonują polecenia ośrodka kierowniczego danej partii. Jeśli Polska chce się modernizować i rozwijać, musi wprowadzić rzeczywistą konkurencję również pomiędzy politykami;
– zmiany procesu legislacyjnego. Aktualnie rząd, po wniesieniu ustawy do parlamentu, na końcu procesu – po licznych poprawkach Sejmu i Senatu – najczęściej otrzymuje inną ustawę, niż składał. Często wręcz sprzeczną z pierwotnymi założeniami. Wyjściem z tej sytuacji jest uniemożliwienie posłom i senatorom bezpośredniego dokonywania poprawek. Mogliby zgłaszać poprawki, ale zmiany mógłby wprowadzać jako autopoprawkę wyłącznie rząd. Posłowie zaś mogliby przyjmować (lub odrzucać) ustawę w całości. Takie rozwiązanie sprawdziło się w czasie II Rzeczypospolitej. Jeśli nie przeprowadzimy tej zmiany, nie powstrzymamy fali złego, szkodliwego, niepotrzebnego, sprzecznego ze sobą prawa, którego nikt już w Polsce nie ogarnia i które najczęściej jest traktowane z przymrużeniem oka;















