Publicystyka
Nowy Kaczyński wytrąca PO z rytmu
Dziś to PiS próbuje się pokazać z innej strony. Frontmani Platformy wierzą natomiast, że skutek odniosą stare sztuczki – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
W Dzień Zwycięstwa Bronisław Komorowski otrzymał od Jarosława Kaczyńskiego dwuznaczny podarek: wideowystąpienie do Rosjan. Wyborczy rywal marszałka Sejmu oznajmił, że 9 maja trzeba było być w Moskwie na placu Czerwonym, aby podkreślić udział Polski w zwycięstwie nad III Rzeszą. Przypomniał, że Polacy w czasie wojny nie tylko cierpieli pod knutem NKWD, ale i zaznali wielu dowodów życzliwości od zwykłych Rosjan. Potwierdził nadzieje wielu Polaków, że tragedia katyńska może być szansą na pojednanie obu narodów i do pewnego stopnia (choć nie wprost) poparł akcję palenia zniczy na grobach sowieckich żołnierzy. Słowem, Kaczyński ukradł show Komorowskiemu, podchwytując to wszystko, co wcześniej mówili politycy PO i pisali w swoich odezwach życzliwi im intelektualiści.
Jeśli dobra taktyka polega na robieniu tego, czego przeciwnik się nie spodziewa, to Kaczyński zdezorientował Platformę Obywatelską już po raz drugi w ciągu kilku dni. 6 maja przebił PO, pokazując Polakom ponad półtora miliona podpisów zebranych pod swoją kandydaturą, a 9 maja zaskoczył raz jeszcze, wchodząc na obszar, który Donald Tusk i Bronisław Komorowski uważali za swoją wyłączną domenę. Jak na cztery dni dwie niemiłe niespodzianki to dużo.
Groza nadciąga
W ogóle Jarosław Kaczyński to bezczelny polityk. Milczy, nie rozpętuje żadnej awantury, nikogo nie obraża ani nie wyzywa na pojedynek. Czy to nie skandal? Politycy Platformy liczyli, że po żałobie szybko dojdzie do czołowego zderzenia z dobrze im znanym Kaczyńskim, a tu muszą oglądać nową, powściągliwą wersję swego ulubionego adwersarza. Chodzą więc dookoła milczącego Kaczyńskiego i narzekają – a to że miga się od debat i chowa za żałobą, a to że na pewno chce wciągnąć do kampanii swoją bratanicę i fotografuje się z wnuczkami brata. Na zapas pomstują na "knebel żałoby" mający – jak chce Waldemar Kuczyński – polegać na cenzurowaniu wolnej dyskusji.
"Od wypadku pod Smoleńskiem maniera etykietowania antypisowskiej krytyki jako z góry obelżywej, nienawistnej nabrała cech szantażu cenzorskiego. Krytyka PiS, jego prezesa i zmarłego brata jest przedstawiana jako przestępstwo moralne, godzenie w powagę żałoby i lekceważenie cierpienia ludzi, którzy stracili bliskich. Przy tym szantaż nie obejmuje jednakową ochroną wszystkich ofiar i dotkniętych żałobą, lecz głównie prezydenta i jego brata. Tutaj ma obowiązywać jako coś, czemu nie wolno się przeciwstawić, zasada: mówić dobrze, a jak już nie, to z zasznurowanymi ustami, a najlepiej milczeć. (...) Politycy PiS, przyjmijmy z dobrą wiarą, że szczerze, przybrali żałobne szaty, miny i słowa. Ale ich medialne i internetowe armie są w natarciu, wykorzystując w stopniu niespotykanym wcześniej rynsztokowy rezerwuar języka. Ich samych żałobna cenzura nie obowiązuje rzecz jasna, bo wymyślają tym, którzy, ich zdaniem, zmarłych i ich rodzin nie chcą uszanować" – pisał polityk i publicysta w "Gazecie Wyborczej".
Kto, gdzie i kiedy używa "niespotykanego wcześniej rynsztokowego rezerwuaru języka"? – Kuczyński nie wyjaśnia. Ale dobrze tworzyć klimat nadchodzącej grozy.
Podobnie nie dowiadujemy się, gdzie występować mają wszystkie te cenzuralne praktyki? Czy objęto nimi "Wyborczą" albo "Politykę"? Chyba nie, bo Kuczyński pisze na łamach "GW", co chce. Ze słów "internetowe armie" można wnioskować, że chodzi o dyskusję w Internecie. Ale gdzie są w takim razie internetowi zwolennicy Platformy? A skoro nawet oni są bierni, a w sieci hulają "cyberpisiory", to jak ich uciszyć bez walki z całym Internetem?
Ponure przepowiednie Kuczyńskiego uzupełniają politycy PO, na wyścigi wieszczący najbardziej ponure scenariusze. Na łamach "Wyborczej" Grzegorz Schetyna ogłasza na przykład, że "PiS zawłaszcza tragedię", a Sławomir Nowak zapowiada: "Kaczyński się nie zmieni".
Nie zmieni się? Ależ właśnie się zmienia.
Nie zmieniają się za to tradycyjni zagończycy Platformy. Donald Tusk był na tyle przewidujący, by po tragedii smoleńskiej zmusić Janusza Palikota do schowania się do mysiej dziury. Ale zabrakło mu przezorności w stosunku do szacownych starców Platformy – Władysława Bartoszewskiego i Kazimierza Kutza. Ci zaś młócą PiS, tak jak robili to od 2005 roku.















