Publicystyka
Warto kneblować Pospieszalskiego?
Gdy popatrzeć na film „Solidarni 2010” jako na element pluralizmu w debacie społecznej, to powinniśmy błogosławić istnienie obecnej TVP i Jana Pospieszalskiego – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
skomentuj na blogu
Rada Etyki Mediów skrytykowała Jana Pospieszalskiego za sposób prezentowania w TVP1 przeżyć ludzi przychodzących w dniach żałoby pod Pałac Prezydencki. Jak pisze Rada: w relacjach tych pojawiały się oskarżenia pod adresem przeciwników prezydenta Lecha Kaczyńskiego, stwierdzenie, że Polska nie jest krajem demokratycznym, sugestie spiskowe dotyczące katastrofy pod Smoleńskiem. I dalej: „Red. Pospieszalski reagował na takie wypowiedzi aprobująco powtarzając niektóre, oddając głos dwukrotnie tym samym interlokutorom, co miano znamiona manipulacji”.
Mocne słowa Rady podchwyciły inne media, choć niektóre z nich większość wcześniejszych werdyktów tego grona krytykowały i lekceważyły. No, ale tym razem stanowisko REM wpisywało się doskonale w trwającą od ponad tygodnia akcję odsądzania Pospieszalskiego od czci i wiary za film „Solidarni 2010”, w którym reżyser Ewa Stankiewicz wykorzystała rozmowy Pospieszalskiego sprzed Pałacu Prezydenckiego.
Wredna gęba wroga
Sygnałem, że akcja jest najwyższej wagi było poświęcenie znanemu prezenterowi dużych zdjęć na portalu wyborcza.pl i okładka „Newsweeka” z odpowiednio dobraną wredną gębą wroga publicznego. Sam za siebie mówił też tytuł z wyraźną aluzją do czasów PRL: „Mamy nowego Trybuna Ludu”. Ale „Newsweek” postawił tylko kropkę nad i.
Wcześniej autora programu „Warto rozmawiać” ekskomunikowali publicystycznie Tomasz Lis, Katarzyna Kolenda-Zaleska, Piotr Stasiński i Magdalena Środa. Tomasz Jastrun z kolei ujawnił, że dotąd uważał Pospieszalskiego tylko „za nawiedzonego katolicko i narodowo ale w sumie poczciwca”. Teraz by go już jednak nie przywitał serdecznie, bo „poczciwość podszyta nawiedzeniem czeka tylko na odpowiednią chwilę, aby zbiesić się i spodlić”. Aby dostatecznie zdefiniować zbrodniczość Pospieszalskiego Dominika Wielowieyska ogłosiła, że nie wolno porównywać jego występków z show duetu Wojewódzki-Figurski „Po trupach do celu”. Bo wesołkowie z radio Eska Rock uprawiają tylko satyrę, a Pospieszalski sieje nienawiść.
Wobec tak udanego przygotowania ogniowego do rozprawy z telewizyjnym publicystą SLD zażądało, aby sprawą zajęła się KRRiTV, gdyż film Stankiewicz i Pospieszalskiego „tworzy pełne obsesji obrazy”. Ale nawet to nie uchroniło lewicy od złośliwych pytań Agaty Nowakowskiej z „Gazety Wyborczej”, która oskarżyła Sojusz o współodpowiedziałność za obecność Pospieszalskiego na Woronicza.
Wobec tak jednolitej linii mediów biskup Kazimierz Ryczan, który wziął Pospieszalskiego w obronę został surowo skarcony przez wiele mediów. Wszystko za to, że w trakcie kazania 3 maja w Kielcach wyraził zaniepokojenie, że Pospieszalski oskarżany jest o manipulowanie widzem i że pojawiają się żądania jego wydalenia z TVP. Pomysły takie biskup Ryczan skwitował słowami: „zbliżamy się do Białorusi”.
Uf, całkiem nieźle jak na 2 tygodnie.
Co wolno artystycznej śmietance
Postawmy więc parę pytań. Czy Pospieszalski miał prawo do rejestrowania opinii ludzi na Krakowskim Przedmieściu? Moim zdaniem miał. Ci ludzie mieli prawo do swoich emocji, a my mieliśmy prawo je poznać. Owszem Pospieszalski powinien zareagować w wypadku ostrych personalnych sugestii i oskarżeń np., że Donald Tusk ma krew na rękach. Ale już opinie wyrażające nieufność wobec zamiarów Rosji nie powinny być cenzurowane. Rosja Putina sama ciężko zapracowała na taką podejrzliwość, choćby skrytobójczym mordem na Aleksandrze Litwinience czy przypadkami śmierci niezależnych dziennikarzy.
A już deklaracje patriotyzmu czy wstydu za brak reakcji na obrażanie i pomiatanie prezydentem były zupełnie na miejscu. Tak samo jak uzasadnione krytyki mediów za wcześniejsze wyszydzanie głowy państwa i spóźnione zachwyty nad jego cnotami.
Środowiska lewicy uwielbiają ostry drapieżny reportaż – jak filmy Michaela Moora – ale lubią go w obcych krajach. U nas styl „camera verité” wywołuje popłoch, bo ludziom zdarza się mówić rzeczy, których nie chcą słyszeć politycy największej partii czy najsilniejszej telewizji. A przecież szanse były równe – każda stacja mogła wysłać do kolejki stojącej do trumien pary prezydenckiej ekipy reporterów, które mogły dyskretnie i taktownie podyskutować z ludźmi o ich odczuciach.















