Publicystyka
Artyści z Platformą, Platforma z artystami
Grać, tańczyć, śpiewać. Dla ukochanej Partii – wszystko - pisze publicysta "Rzeczpospolitej
PiS ma wielki atut w tych wyborach. Ma oddane środowisko publicystów, naukowców i artystów, które będzie działać w jego imieniu zgodnie z regułą: Kto nie z nami, ten przeciw nam.
Dominika Wielowieyska, „Gazeta Wyborcza”, 28.04.2010
W Polsce, jak wiadomo, tylko PiS ma oddanych publicystów, artystów i naukowców. Platforma Obywatelska tego atutu nie posiada. Nie ma aktorów, reżyserów ani dziennikarzy, którzy występowaliby, mówili i pisali w jej imieniu.
+++
Mariusz Bulski trafił na czarną listę artystów-pisowców, gdy pojawił się w filmie „Solidarni 2010”. Ja nie rozpoznałbym w nim aktora, nawet gdyby usiadł naprzeciwko mnie w tramwaju. Ale nasza intelektualna elita, opychająca się telewizyjnymi serialami, rozpoznała go w mig. Zakrztusiła się nieomal, widząc twarz Bulskiego w telewizorze, i wykrzyknęła: „Aktor! Aktor! Ciekawe, ile za to wziął?! Kto mu napisał rolę?!”.
W filmie Ewy Stankiewicz Bulski stał przed kamerą i był wstrząśnięty. Mówił, co czuje i jak czuje. Ale jego wzruszenie i ból były niedobre, bo pisowskie. Stąd pytania o gażę i o to, czy ktoś mu nie suflował kwestii. Pytania co najmniej niestosowne.
Równie nieeleganckie byłoby dręczenie Daniela Olbrychskiego pytaniami o honorarium, jakie otrzymał za odczytanie „apelu do narodu rosyjskiego”, i o to, kto mu dał prawo zwracania się w imieniu wszystkich Polaków. Jednak Olbrychskiemu nikt nieeleganckich pytań zadawać nie będzie, gdyż zbuntowany niegdyś Kmicic od dawna już płynie ze słusznym nurtem.
Ostrogi dla Komorowskiego
„Jarosław Kaczyński to największy szkodnik polityczny w Polsce. Wszystko, co robi ten człowiek, wynika z chorobliwej żądzy władzy. Nie ma znaczenia, czy będzie to dla jego kraju dobre, czy złe. Nie rozumiem, dlaczego uważa się go za dobrego gracza. Moim zdaniem pozycję zawdzięcza jedynie bardzo słabej konkurencji. W takiej Francji nie zostałby pewnie nawet merem” – mówił Daniel Olbrychski w „Dzienniku Gazecie Prawnej” w styczniu 2010 r.
Zostawmy na boku głębokie przemyślenia politologiczne Daniela Olbrychskiego. Wszak każdy Polak zna się na polityce i może powiedzieć o każdym polityku co mu się żywnie podoba. Jednak Olbrychski nie jest li tylko krytykiem Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Jest także szczerym zwolennikiem Platformy Obywatelskiej, wyrażającym otwarcie swoją miłość do tej partii. – Jestem pewny, iż na koniec kadencji Polska będzie piękniejsza niż dzisiaj. Bardzo mi się spodobało słowo, którego premier użył: zaufanie – skomentował Olbrychski (w listopadzie 2007 r.) orędzie nowego szefa rządu Donalda Tuska. Zaś w marcu 2010 roku złożył hołd Bronisławowi Komorowskiemu podczas konwencji w Warszawie, wręczając kandydatowi PO na prezydenta ostrogi Tuhaj-beja. „Ostróg dobry jeździec używa rzadko, tak jak dobry polityk” – perorował Olbrychski – „ale koń powinien wiedzieć, że one są”.
Na drugim biegunie znajdziemy Marka Kondrata, który w wywiadzie dla „Przekroju” stwierdził m.in: „Bardzo się cieszyłem, gdy PiS wygrał wybory. (…) O premierze Kaczyńskim nie dam powiedzieć złego słowa. (…) Ideę IV RP, o której mówił premier Kaczyński, traktowałem ze zrozumieniem, była mi bliska”.
Przepraszam zdezorientowanych Czytelników – to oczywiście żart. Gdyby Kondrat w istocie wypowiedział te słowa, miałby się z pyszna. Żegnaj salonie, żegnaj Adamie, żegnajcie pochlebne recenzje. Zbuntowany niegdyś Adaś Miauczyński wykazał się zdrowym rozsądkiem i instynktem samozachowawczym…
Przekrój, 18.11.2009, Piotr Najsztub rozmawia z Markiem Kondratem.
Piotr Najsztub: Platforma dwa lata temu wygrała wybory. Pamięta pan swoje ówczesne emocje?Marek Kondrat: – Bardzo się cieszyłem! Byłem cały czas na łączach z Palikotem, który mi donosił w trakcie dnia wyborczego domniemane procenty, i ta radość we mnie wzbierała. Głównie wynikająca z tego, że PiS odchodzi! Bo to nie było zawierzenie nowemu rozdaniu, wybór tych „wymarzonych”, bo PO nie jest „tą moją” partią. Po prostu wygoniliśmy braci i czułem, że będzie inaczej, spokojniej.
(…)
Był taki moment, w którym zatęsknił pan za premierem Kaczyńskim?
– Ani razu. Tamta ulga trwa do dzisiaj razem z – już umiarkowanym – lękiem, że mogą wrócić, bo myślę, że zbyt głęboko zaleźli nam za skórę, aby móc wrócić.
(…)
Po dwóch latach rządzenia PO jeszcze mniej jest „pana” partią?
– Nie mam wielkich rozczarowań z nią związanych.
(…)
Wtedy więc euforia, Palikot przysyła wyniki, wychyla pan butelkę wina lub więcej, kładzie się spać. Budzi się pan następnego dnia rano i życie się zmieniło?
– Nie oczekiwałem, że się zmieni. Oczekiwałem, że zniknie jad, i zniknął. Ten miłosny odruch premiera, później nazwany polityką miłości, traktowałem z wielkim zrozumieniem, był mi bliski.















