Publicystyka
To nie było nasze zwycięstwo
Dlaczego tylko politycy państw bałtyckich mieli odwagę zbojkotować moskiewskie obchody? Dlaczego nie potrafimy pokazać świętującym pobiedę zachodnim przywódcom prawdziwej wersji środkowoeuropejskiego doświadczenia z Rosją? – pyta publicysta
Dopiero gdy gruchnęła wieść, że Wojciech Jaruzelski wybiera się na obchody rocznicowe do Moskwy, pojawił się problem, czy prezydent Lech Kaczyński powinien też jechać. To najlepszy przykład schizofrenii, w jakiej tkwimy w III RP. I choć przedstawiciele prezydenckiego pałacu po cichu przyznają, że obecność komunistycznego generała na moskiewskiej trybunie to kłopot, nic nie wskazuje, żeby dostrzegli niestosowność udziału w imprezie samego Lecha Kaczyńskiego – prezydenta RP.
A więc gdyby nie Jaruzelski, to nie byłoby wątpliwości? Czy rocznicowa feta w Moskwie, nawet bez Jaruzelskiego, ale z Kompanią Reprezentacyjną Wojska Polskiego i prezydentem Kaczyńskim, będzie w porządku?
Co o nas powiedzą inni
Takimi drobiazgami nie zawracał sobie głowy Piotr Skwieciński, przekonując w „Rzeczpospolitej”, że na placu Czerwonym Polska powinna być reprezentowana w pakiecie. Nie może zabraknąć ani prezydenta, ani wojska, ani weterana Jaruzelskiego. W przeciwnym razie grozi nam utrwalenie na Zachodzie wizerunku kraju rusofobów uprawiającego politykę historycznych resentymentów. A przecież, argumentuje Skwieciński, właśnie na linii Moskwa – Warszawa zaczęło się ocieplenie i taka demonstracyjna nieobecność będzie odczytana jako odrzucenie wyciągniętej ręki... A więc znów straszne: „co-inni-o-nas-napiszą“ i spekulacje, że chwilowo jest cieplej (a jak będziemy grzeczni, to może będzie jeszcze cieplej).
Waldemarowi Kuczyńskiemu, który w tej sprawie też zabrał głos na łamach „Rzeczpospolitej”, z kolei odpowiem, że zrozumienie tamtych czasów nie przekracza moich możliwości. Rozumiem okres PRL jako czas utraty niepodległości. Bez łamańców i logicznych wygibasów. Zakończony zdobyciem Berlina marsz oprócz pokonania hitlerowskich Niemiec przyniósł Sowietom panowanie nad połową Europy, a kilkunastu narodom zafundował czterdzieści pięć lat niewoli.
Jak bardzo nie nasze było to zwycięstwo, symbolicznie ukazuje noc z 8 na 9 maja 1945 r. Gdy Sowieci z sojusznikami na gruzach Berlina szykują się do defilady, w Grajewie 200-osobowe ugrupowanie partyzantów pod dowództwem mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdy“ (zginął w walce w 1954) i ppor. Stanisława Marchewki „Ryby“ (zginął w walce w 1957) rozbija posterunki UB i NKWD, uwalniając z więzienia 60 żołnierzy formacji niepodległościowych. W ukształtowanej historią psa Szarika pamięci nie mieszczą się liczne podobne akcje, nie ma miejsca na opór i bohaterstwo Żołnierzy Wyklętych.
Prawdziwie godnymi depozytariuszami polskiego munduru są dla Waldemara Kuczyńskiego Wojciech Jaruzelski i ci, którzy szli w defiladzie pobiedy 24 czerwca 1945 r. w Moskwie. Owszem, szli, tylko nie wszyscy, bo nim zagrały marszowe werble, NKWD wyciągnęło z szeregu dwóch kościuszkowców i osadziło na Łubiance. Ten, który przeżył, po latach w wywiadzie dla Polskiego Radia wspominał to jako największy koszmar.
W interesie Sowietów
Moja wiedza o tym, czym było utworzone przez Stalina „polskie“ wojsko i jaką w nim rolą pełnili ludzie pokroju Jaruzelskiego, opiera się m.in. na lekturze „Memorbucha” Henryka Grynberga, autora, którego nijak nie można oskarżyć o realizowanie pisowskiej wersji historii. Na wszystkich szczeblach LWP dowódcami byli Sowieci „pełniący obowiązki Polaków”, natomiast prości żołnierze byli oceniani jako element niepewny. Zresztą trudno się dziwić, bo zdarzały się liczne dezercje do lasu, nawet całymi batalionami.
Zginęło wielu, wielu ofiarnie biło hitlerowców, pokonując cały szlak bojowy do Berlina, więc nie można odmówić im zaszczytów zwycięstwa. Jaruzelski wraz z nimi ma szczególne prawo do święta... Tylko że do listy zwycięstw generała i jego formacji należy dopisać jeszcze kilka, od wymordowania tysięcy żołnierzy podziemia niepodległościowego przez krwawe stłumienie antykomunistycznych buntów w Poznaniu i na Wybrzeżu, inwazję na Czechosłowację po stan wojenny, czyli zniszczenie najpiękniejszej polskiej przygody XX wieku, ruchu „Solidarność”. Te działania były realizowane zawsze w interesie Związku Sowieckiego i skierowane przeciw wolnościowym aspiracjom Polaków (a raz nawet sąsiadów).















