Publicystyka
Niemieckie mity i uprzedzenia
Celem polityki niemieckiej jest jednocześnie utrzymanie tożsamości mniejszości niemieckiej w Polsce i asymilacja mniejszości polskiej w Niemczech – pisze filozof społeczny
Jakże różne są europejskie standardy, jeśli chodzi o mniejszości narodowe. W Polsce przedstawiciele mniejszości niemieckiej zasiadają w Sejmie, a na Opolszczyźnie wprowadza się dwujęzyczne nazwy miejscowości. Na Białorusi Polacy są zatrzymywani i szykanowani, ale przynajmniej uznawani za mniejszość, w Niemczech nikt Polaków nie prześladuje – pomijając nieprzyjemne incydenty – ale też nikt nie uznaje ich istnienia.
Nadgorliwość dyplomatów
Dlaczego w zasadzie Niemiecka Republika Federalna, kraj praworządny, demokratyczny, liberalny i "zachodni", ma takie problemy z uznaniem istnienia polskiej mniejszości? Sprawa wydaje się przecież oczywista. W każdym większym mieście niemieckim mieszkają tysiące Polaków. Istnienie polskiej mniejszości w Niemczech jest faktem socjologicznym, choć można spierać się o liczby i choć wiele osób jest z pogranicza kulturowego, a niemało Polaków przyjechało po to, by wypisać się z polskości i zostać Niemcami, do czego mają prawo. Ale są też tacy, którzy mając niemieckie obywatelstwo, czują się Polakami i zachowują polską tożsamość nawet wtedy, gdy ktoś z rodziny ma niemieckie pochodzenie.
W dodatku Polacy stanowią od dawna część ludności Niemiec – od końca XVIII wieku, od czasu rozbiorów, Polacy mieszkali w Prusach, mieszkali też w Saksonii, a po 1871 r. w Rzeszy, w tym także w regionach zachodnich – w Zagłębiu Ruhry i w innych ośrodkach przemysłowych. Nie ma też żadnych powodów do obaw przed polską mniejszością. Większość Polaków mieszkających w Niemczech to ludzie dobrze zintegrowani społecznie i lojalni wobec kraju zamieszkania. Zależy im na jak najlepszych stosunkach między Polską i Niemcami. Nie ma także zasadniczych różnic kulturowych czy religijnych w stosunku do Niemców, które mogłyby być źródłem konfliktów.
Wydaje się, że demokratyczna, praworządna, "zachodnia" Republika Federalna, odżegnująca się od wszelkiego nacjonalizmu, bez kłopotu powinna uznać fakt istnienia mniejszości polskiej. Strona niemiecka wysuwa jednak dwa zastrzeżenia. Powołuje się na fakt przerwania ciągłości oraz to, że chodzi głównie o imigrantów. Strona polska zgadzała się z nimi z niepojętą skwapliwością. Jak wiadomo, III RP w ramach wspólnoty interesów starannie unikała podnoszenia jakichkolwiek spornych tematów.
Nadgorliwość, z jaką polscy politycy, dyplomaci i eksperci przyjmowali te argumenty niemieckiej strony, można wytłumaczyć tylko postkomunistyczną traumą i nawykiem posłuszeństwa wobec protektora. Jak pokazało niedawne spotkanie w Berlinie w tej sprawie, przedstawiciele polskiego rządu nadal nie są w stanie wykrztusić słowa "mniejszość", którego zaczęła używać strona niemiecka.
Inne kryteria dla Niemców
Tymczasem słabość argumentów strony niemieckiej rzuca się w oczy. O przerwaniu ciągłości mowy być nie może. Choć po 1918 roku Polonia niemiecka bardzo się zmniejszyła, to jeszcze przed wojną istniały w Niemczech prężne organizacje polonijne. Ich działacze skończyli w obozach koncentracyjnych. Po wojnie, od lat 70. zaczęli znowu napływać Polacy, w latach 80. były to dziesiątki tysięcy.
Dzięki uporowi niemieckiego adwokata z Hamburga, mimo przeszkód stawianych mu przez władze i autorytety polskie i niemieckie, na powierzchnię wychynął niedawno hańbiący dokument z 1940 roku – rozporządzenie Hermanna Göringa likwidujące mniejszość polską w Rzeszy. Uznanie jego nieważności wydaje się sprawą oczywistą. Trudno, by Republika Federalna uznała je za obowiązujące. I wreszcie – dlaczego Polacy mieliby zostać potraktowani inaczej niż inne ofiary polityki III Rzeszy.
Silniejszy wydaje się argument, że dzisiaj większość mieszkających w Niemczech Polaków to imigranci i że do definicji mniejszości należy zwarty obszar osiedlenia. Ale argument ten nie jest stosowany do innych przypadków. Warto przypomnieć, że UE i Niemcy bardzo martwili się o prawa mniejszości rosyjskiej w krajach bałtyckich, mimo że większość Rosjan napłynęła tam w niedawnych czasach sowieckich. Oburzano się nawet, że Łotysze domagali się od Rosjan, by uczyli się łotewskiego.















