Publicystyka
Polityka gospodarcza w dryfie
Potrzebna jest zrównoważona, ale odważna korekta neoliberalnej doktryny, ale dziś nie widać partii, która byłaby gotowa związać się z takim programem – pisze publicysta i ekonomista
Nie ma ściśle obiektywnych miar gospodarczego sukcesu. Widać to wyraźnie choćby gdy porównujemy rozwiniętą Europę ze Stanami Zjednoczonymi. Stany osiągnęły wyższy poziom PKB na mieszkańca, ale to kraj znacznie większych nierówności, słabszego zabezpieczenia socjalnego, w którym pracuje się znacznie dłużej. Można uznać, że te czynniki nie mają znaczenia dla dobrobytu i ocenić, że Stany odniosły sukces, a Europa została z tyłu. Wielu właśnie taki punkt widzenia przyjmuje, ale nie jest on oczywisty.
Polska nigdy nie była w czołówce krajów relatywnie wysoko rozwiniętych, a od XVIII wieku dystans do czołówki dość szybko narastał. Sytuacji nie poprawił ponad 100 letni okres zaborów (choć w zaborze pruskim i w części rosyjskiego w pewnych okresach gospodarka rozwijała się dość szybko). Nie powiodła się próba nadrobienia dystansu w 20-leciu międzywojennym, choć były tego obiektywne przyczyny (światowa depresja lat 30-tych, konieczność scalenia poszczególnych części kraju). Oczywiście wojna (mimo przesunięcia kraju na zachód) cofnęła Polskę jeszcze bardziej.
Wbrew temu co twierdzą ludzie z kręgu SLD, całkowicie nie powiodła się też próba modernizacji polskiej gospodarki w okresie PRL-u. W 1989, gospodarka polska nie tylko była poważnie zadłużona, a nierównowaga osiągnęła ekstremalny poziom, ale przede wszystkim dysponowała przestarzałym majątkiem, była skrajnie materiało i energochłonna. Wszyscy mieli pracę, ale tylko dlatego, że wydajność pracy była bardzo niska. Środowisko naturalne było zniszczone, ludzie żyli bardzo krótko. Nawet w edukacji (nie wspominając o ochronie zdrowia) trudno dostrzec sukcesy. Do kolejnej próby modernizacji gospodarki startowaliśmy z niskiego poziomu. Trzeba o tym pamiętać.
Czy odnieśliśmy sukces? Czy znajdujemy się na właściwej drodze? Generalnie na pewno tak, ale przecież nie sposób stracić na odrzuceniu systemu komunistycznego, który był – to dziś dobrze wiemy – zaułkiem historii. Więc nie stracili też Czesi, Węgrzy, ani nawet Rosjanie lub Ukraińcy. Ta generalna ocena jest ważna, ale przecież nie można się w tym punkcie zatrzymać. Wypada się pochylić nad kwestią uwarunkowań, kosztami transformacji, a przede wszystkim perspektywami na przyszłość.
Przekonanie o niecelowości reformy „realnego socjalizmu” kształtowało się stopniowo, ale w 1989 nie było w tej sprawie znaczących różnic. Wszyscy byli zgodni, że gospodarka prywatno-rynkowa (kapitalistyczna) nie ma globalnej alternatywy. Jednak istotne różnice dotyczyły dwu kwestii: strategii przekształceń (ewolucyjna czy szokowa) oraz wyboru modelu docelowego. Polityka mogła sprzyjać, albo kształtowaniu się systemu o silnych cechach socjalnych i rozbudowanej interwencji państwa (modelu kapitalizmu socjalno-etatystycznego), albo systemu bardzo wolnorynkowego. Przy Okrągłym Stole wsparcie zyskała strategia gradualistyczna ze wskazaniem na kapitalizm socjalno-etatystyczny. W obradach uczestniczyła grupa zwolenników tego programu, ale przesądziło przede wszystkim wspólne przekonanie, że egzekutorem zmian będzie raczej dotychczasowa władza, a „kontrolerem” dotychczasowa opozycja (przede wszystkim Solidarność, ale też jej polityczna reprezentacja w parlamencie).
Wybory czerwcowe przyniosły klęskę dotychczasowej władzy. Wprawdzie – zgodnie z kontraktem – ugrupowania PRL-wskie zajmowały w sejmie 2/3 miejsc, ale to były ośle ławki. Powstała możliwość przejęcia władzy przez dotychczasową opozycję, a jednocześnie szybko postępujący rozkład w gospodarce skłaniał do podjęcia kroków radykalnych. Oczekiwał tego również „zachód”. Zwrotowi sprzyjała atmosfera intelektualna (to czas największego tryumfu doktryny neoliberalnej) i polityczny radykalizm. Wszystkie te czynniki łącznie przesądziły o odrzuceniu koncepcji okrągłostołowej i przyjęciu koncepcji zmian szokowych. Nie był to program nowatorski, a raczej dość standardowy „program dostosowawczy” aplikowany przez Fundusz Walutowy w gospodarkach słabo rozwiniętych (ale prywatno-rynkowych), które popadły w stan makroekonomicznej destabilizacji. W Polsce ten program miał być instrumentem przemian ustrojowych.















