Publicystyka
Rozdzielenie wojny i wypędzeń
Szef Widomego Znaku Manfred Kittel w swoich publikacjach na temat wypędzeń zawarł wiele półprawd i opinii, które nie sposób pozostawić bez komentarza - wskazuje niemiecki publicysta Kurt Nelhiebel
Żadna niemiecka grupa ludności nie doświadczyła po Drugiej Wojnie Światowej tak wiele politycznej uwagi jak Wypędzeni – ani osoby poszkodowane w wyniku bombardowań, ani wdowy wojenne, nie wspominając już całkiem o politycznych ofiarach władzy narodowosocjalistycznej. Mimo to Wypędzeni zawsze czuli się skrzywdzeni. Ponad 60 lat po wypędzeniach ich cierpienie w opinii Związku Wypędzonych wciąż jeszcze nie jest w wystarczającym stopniu przyjmowane do wiadomości. Zaradzenia temu rzekomemu złu podjął się urodzony w 1962 r. historyk Manfred Kittel. W studium o sytuacji wypędzonych po zakończeniu wojny[1] przejmuje on ich skargi i po 185 stronach tekstu z pomocą 242 cytatów z „Deutscher Ostdienst” (DOD), organu Związku Wypędzonych, dochodzi do wniosku, jakoby od początku strukturalnie trudna sytuacja ”kultury pamięci o historycznym niemieckim Wschodzie” w latach siedemdziesiątych za czasów koalicji socjalliberalnej rozwinęła się tak niekorzystnie, że przyjęła „cechy drugiego, duchowego wypędzenia Wypędzonych” (str. 183). Kittel podchwytuje tym samym stworzone przez Ralpha Giordano pojęcie „drugiej winy”, wedle którego Niemcy po pierwszej winie z czasów Hitlera poprzez jej późniejsze wyparcie ściągnęli na siebie drugą winę.[2]. Tezę tę uważa za legendę. Jego własna legenda o „wypędzeniu Wypędzonych” kończy się przyznaniem, że u socjaldemokratów Wypędzeni zawsze mogli czuć się dobrze. Według niego pod względem polityki wschodniej Willy Brandt dokonał tylko tego, czego czołowi politycy CDU już po nim oczekiwali, ale tylko nie wypowiadali głośno. Brzmi to tak: „Zadziwiająco duża gotowość ludności Republiki Federalnej nie tylko do politycznego uznania granicy na Odrze i Nysie, ale też niejako do duchowego skreślenia starego Wschodu, zdaje się nie być w żadnym razie wyłącznie rezultatem pozapolitycznego zmysłu rzeczywistości w erze odprężenia lub tendencji do wypierania motywowanych polityką odprężenia. O wiele bardziej była ona zakorzeniona w tendencjach, które miały swój początek już w latach pięćdziesiątych” (str. 175). Tak samo jak Brandt, również Adenauer miał być przekonany o tym, „że tereny wschodnie nigdy więcej nie będą już należały do Niemiec” (str. 77). Pomiędzy partiami Unii a Socjaldemokratami już w czasach Wielkiej Koalicji Kurta Georga Kiesingera miał istnieć wyższy stopień konsensusu w sprawach polityki wschodniej, niż powszechnie przypuszczano. Decyzję o negocjacjach ze Związkiem Radzieckim miała podjąć już Wielka Koalicja, a nie dopiero koalicja socjalliberalna (str. 102).
Mimo to Kittel surowo osądza socjaldemokratów, nierzadko stosując przy tym „przeraźliwą wymowę swoich źródeł”.[3] Jego krytyka rzekomo niedostatecznego uwzględnienia historycznego niemieckiego Wschodu w kulturze pamięci Republiki Federalnej pokrywa się z zasadniczą postawą Związku Wypędzonych, który konsekwentnie powitał powołanie Kittela na dyrektora federalnej fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” stwierdzeniem, że tym samym „zostały wyznaczone właściwe kierunki”.[4] Aplauz otrzymał Kittel także z szeregów partii Unii. Przewodniczącemu Grupy Wypędzonych, Uciekinierów i Wysiedleńców z frakcji CDU/CSU w Bundestagu, Jochanowi-Konradowi Fromme przydarzył się przy tym wstydliwy lapsus; użył on w odniesieniu do Republiki Czeskiej określenia z żargonu nazistowskiego „Tschechei”.
Berliński Tagesspiegel skorzystał z okazji do przypomnienia „apologetycznie ugruntowanej rozprawy doktorskiej” Kittela o pokonywaniu przeszłości w erze Adenauera, która ściągnęła na niego zarzut usprawiedliwiania sądów wojennych Hitlera.[5] Jego promotor Horst Möller nie tylko przymknął oczy na to usprawiedliwienie, ale także na szereg nieprawidłowości rzeczowych. Möller wybił się w roku 2000 tym, że na znak swojej łączności z Ernstem Nolte zastąpił Angelę Merkel w funkcji laudatora, po tym jak przewodnicząca CDU odmówiła wygłoszenia uroczystej mowy z okazji przyznania przez Fundację Niemiecką Nagrody im. Konrada Adenauera Ernstowi Nolte, powołując się na „osobiste trudności” z laureatem.[6] Möller zdystansował się wprawdzie od najbardziej spornych tez Noltego, ale jego wystąpienie było tak samo ostro krytykowane przez kolegów, jak zbiór wypracowań na temat spornej „Czarnej Księgi Komunizmu”, którą wydał pod tytułem „Czerwony Holocaust i Niemcy” w roku 1999. Natomiast „Junge Freiheit” chwaliła ten zbiór jako „wspaniały środek” do zrozumienia i oceny najbardziej spornych wypowiedzi w (Czarnej) Księdze.[7]















