Publicystyka
Pionki w amerykańskiej grze
Tak fetowana, zwłaszcza w Europie, administracja Baracka Obamy jest dla nas wybitnie nieprzychylna. Nie wynika to z jakichś problemów emocjonalnych, ale z przyjętej strategii. I nic na to nie poradzimy – twierdzi publicysta
Stany Zjednoczone autentycznie by nas szanowały i się z nami liczyły, gdyby nie nasz do nich lekceważący stosunek, zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat – taką tezę postawił w swoim tekście prof. Zbigniew Lewicki, wybitny amerykanista. Trudno się z nią zgodzić z jednego zasadniczego powodu: w niej samej kryje się sprzeczność.
Z jednej strony prof. Lewicki głosi słuszną skądinąd tezę, że dla Ameryki jesteśmy jednym z niezliczonego grona państw, które zabiegają o jej uwagę. Czas, gdy Polska była w centrum wydarzeń, skończył się bezpowrotnie. Z drugiej jednak strony źródła nastawienia Waszyngtonu do Warszawy prof. Lewicki upatruje niemal wyłącznie w naszym postępowaniu, całkowicie pomijając wewnętrzne czynniki amerykańskie i globalną sytuację.
Innymi słowy, teza prof. Lewickiego brzmi trochę megalomańsko: mała z punktu widzenia Ameryki Polska jest w stanie tak bardzo ubóść potężnego sojusznika tym czy innym dyplomatycznym nietaktem, że determinuje to całą politykę Stanów Zjednoczonych wobec niej.
Sojusz ponad wszystko?
W niektórych ocenach nie sposób się z prof. Lewickim nie zgodzić. Faktycznie ogłoszenie przez Donalda Tuska naszego wstrzemięźliwego stanowiska wobec tarczy i negocjacji jej dotyczących w dniu amerykańskiego Święta Niepodległości było ewidentnym despektem.
Faktycznie nieratyfikowanie do dzisiaj umowy o tarczy jest niepoważne. Faktycznie niektóre stawiane przez stronę polską żądania mogły się wydawać Amerykanom zbyt wygórowane. Możliwe, że graliśmy zbyt wysoko.
Nie można się jednak zgodzić z generalnymi wnioskami. Po pierwsze – trzeba sobie zadać pytanie, jak widzimy nasze stosunki z Ameryką. Zbigniew Lewicki stawia sprawę jasno, pisząc, że wartością powinien być dla nas sam sojusz z najpotężniejszym krajem świata, a więc, że tarczę trzeba było przyjmować, nie dbając o szczegółowe warunki i nie stawiając wymagań. Jak można z tej deklaracji wywnioskować, prof. Lewicki rekomenduje podobne zachowanie w innych sytuacjach, a także uważa, że słuszne było natychmiastowe wysłanie polskich żołnierzy do Iraku, bez śladu publicznej dyskusji na ten temat. To postawa spójna i logiczna, jeżeli wychodzi się z przedstawionych wyżej założeń.
Pytanie brzmi, czy są one słuszne. Czy aby na pewno w naszym interesie leży utrzymywanie sytuacji nierównoprawnego sojuszu, w którym USA stawiają kolejne żądania lub wysuwają życzenia, a Polska je spełnia, nigdy nie żądając niczego w zamian? Czy takie podejście może się stać fundamentem silnego sojuszu? Czy można w ten sposób zasłużyć sobie na szacunek sojusznika?
Kto siebie szanuje
Przecież jedynie najwięksi idealiści mogliby sądzić, iż Ameryka daje cokolwiek komukolwiek z czystej sympatii. Jej potęga zasadza się m.in. na tym, że idee wolności i demokracji są uzupełnione bezwzględnym często pragmatyzmem. Ameryka liczy się z tymi, którzy siebie szanują. To banał, ale prawdziwy.
Kilka lat temu w restauracji Kongresu French fries mogły zostać przemianowane na Freedom fries jako gest sprzeciwu wobec kapitulanctwa i nielojalności Francji. Nie zmieniło to faktu, iż Francja była nadal tym punktem na mapie świata, z którym trzeba się było liczyć.
Inny przykład to Turcja, która w swoich stosunkach z Ameryką bywa skrajnie interesowna. W czasie wojny w Iraku za możliwość korzystania z tureckiego terytorium w celu rozmieszczenia wojsk Ankara wynegocjowała 6 mld dolarów. Tę umowę obalił następnie turecki parlament, co nie przeszkodziło potem prezydentowi George'owi W. Bushowi przyznać Turcji miliarda dolarów pomocy.
Jeśli teraz pojawiają się informacje, że Waszyngton rozważa instalację elementów tarczy antyrakietowej właśnie w Turcji, można być pewnym, że pragmatyczni Turcy postawią na swoim i tanio tej lokalizacji nie sprzedadzą. Udało im się już doprowadzić do tego, że w kwietniu, podczas swojej europejskiej podróży na szczyt G20 w Londynie, Barack Obama bardzo nietaktownie pouczał Europejczyków, iż powinni przyjąć Turcję do Unii (George'owi W. Bushowi takiego pouczania by nie wybaczono, ale Obamie najwyraźniej wybacza się więcej). Na dodatek Obama zahaczył wtedy o Ankarę.















