REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Opinie » Publicystyka

Publicystyka

GMO nie wybije ludzkości

Anna Piotrowska 20-08-2009, ostatnia aktualizacja 20-08-2009 17:11

Kiedyś bano się czarownic, złych duchów, uroków. Dziś strach budzi GMO. Warto jednak pamiętać, że podłoże tego lęku jest irracjonalne, a naprawdę chodzi o pieniądze – pisze publicystka

Gdyby polskie gazety były dla nas jedynym źródłem informacyjnym na temat świata, można by pomyśleć, że największym problemem ludzkości jest tajemnicze, trujące GMO, z którym należy walczyć ze wszystkich sił. Na czym jego toksyczność polega – do końca nie wiadomo, ale nikomu nie przeszkadza to w produkowaniu alarmistycznych tekstów.

Polskie periodyki od dłuższego czasu prześcigają się w wymyślaniu głupich tytułów do artykułów na temat żywności genetycznie zmodyfikowanej (czyli – jak sądzą ich redaktorzy – właśnie owego GMO). Te łagodniejsze informują: „Polacy nie chcą GMO”, ostrzejsze straszą: „Genetycznie modyfikowana śmierć”, a niektóre po prostu wprowadzają czytelników w błąd, stwierdzając: „Jemy zmutowaną żywność”. To ostatnie stwierdzenie jasno dowodzi, że ich autorzy zakończyli naukę biologii na poziomie pierwszych klas szkoły podstawowej. Każda marchewka, kurczak, brzoskwinia czy jakiekolwiek inne nasze pożywienie zyskało swą obecną postać na skutek licznych mutacji.

Ale to drobiazg. Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że kwestie walki z GMO niewiele mają wspólnego z nauką, więcej z polityką. Niektóre partie uczyniły z tego żelazny punkt programu. Otwarte pozostaje pytanie, czy owi politycy tak samo jak inni mieszkańcy naszego kraju mają nikłe pojęcie na temat organizmów genetycznie zmodyfikowanych i poddają się gigantycznej manipulacji ze strony różnych grup nacisku, czy też cynicznie wykorzystują niewiedzę społeczeństwa, by zdobyć kolejne punkty w sondażach.

Problem też w tym, że w trakcie batalii politycznych kwestia zrozumienia, czym jest GMO, staje się sprawą drugorzędną. Szkoda. Ta niewiedza może nas wiele kosztować – nie tylko w przenośni, czego najlepszym dowodem jest rządowy projekt ustawy o organizmach genetycznie modyfikowanych z 9 czerwca.

Zaproponowane tam rozwiązania wydrenują nasze kieszenie w tempie rekordowym i będą to pieniądze wyrzucone w błoto. A wszystko dlatego, że takimi sprawami jak genetyka mało kto się dziś zajmuje, dzieci zasypiają na lekcjach biologii, a Internet roi się od bzdur, które przepisują dziennikarze.

Zagadka GMO

Co kryje się pod obco brzmiącym skrótem GMO? „Genetically modified organisms”, czyli genetycznie zmodyfikowane organizmy. Zatem GMO to pojęcie szersze niż żywność modyfikowana genetycznie, obejmuje bowiem także bakterie, zwierzęta (hodowane do celów badawczych, a nie spożywczych), grzyby. Na czym polegają owe zmiany? Po pierwsze można zmienić aktywność poszczególnych genów w danym organizmie. (Geny to, jak pamiętamy ze szkoły, kawałki DNA zawierające informacje o wszystkich cechach organizmów żywych). Geny odpowiadają za produkcje białek, za pomocą inżynierii genetycznej można pobudzić lub zahamować ich działanie. Tego typu badania prowadzi się masowo m.in. na bakteriach, drożdżach, nicieniach czy myszach – naszych stosunkowo bliskich krewniakach. Uzyskaną w ten sposób wiedzę można wykorzystać do leczenia chorób.

Na przykład polscy naukowcy z Instytutu Genetyki i Biotechnologii UW zajmują się ciekawym genem, który najpierw odkryto u drożdży, a potem u ludzi. Odpowiada on za produkcję białka, które sprawia, że wybrana komórka ciała popełnia apoptozę, czyli „zaplanowane samobójstwo”. W ten sposób nasz organizm pozbywa się zużytych komórek. Prowadzone przez naukowców eksperymenty dowiodły, że białko to może być potencjalnym lekiem na raka, powoduje bowiem zahamowanie podziałów również komórek nowotworowych.

Aktywność danego genu można zwiększyć poprzez wprowadzenie do organizmu dodatkowych jego kopii. Dodatkową kopię genu można wprowadzić do genomu komórki na przykład za pomocą wirusów, wykorzystując fakt, że namnażają się one we wnętrzu jąder komórkowych. Tak działa sprzedawany od jesieni 2003 roku w Chinach lek o nazwie gencidine, używany w terapiach raka płaskonabłonkowego szyi i głowy. W tym przypadku z określonego adenowirusa usunięto odpowiadający za jego chorobotwórcze właściwości kawałek DNA i na jego miejsce doklejono gen odpowiadający za produkcję białka p53, które reguluje procesy naprawcze w komórkach. Dlaczego? W komórkach nowotworowych gen ten jest zmutowany lub nie działa właściwie, co powoduje rozrost guzów. Wprowadzenie go do komórki uruchamia produkcję białka i powoduje zahamowanie postępów choroby. Tego typu metody leczenia nazywane są terapiami genowymi.

Poprzednia
1 2 3
"Rz" Online
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Terlikowski: Nowy symbol walki o prawo do aborcji

Nie trzeba być doświadczonym psychoterapeutą, by zobaczyć w Marii Czubaszek osobę zniszczoną zespołem poaborcyjnym – twierdzi publicysta >>