Publicystyka
Kozły ofiarne systemu edukacji
Samorząd w Warszawie za pół miliarda złotych buduje stadion sportowy, niedaleko zresztą od stawianego równocześnie Stadionu Narodowego. Ale nie wybuduje w tym roku ani jednego przedszkola – piszą twórcy ruchu społecznego „Ratuj maluchy”
Minister Katarzyna Hall po objęciu urzędu postawiła trzy tezy. Pierwszą: oświata nie znosi rewolucji. Drugą: Polska wydaje za mało na oświatę, żeby uczyć na przyzwoitym poziomie. Trzecią: sprawy edukacji wymagają szerokiej zgody społecznej.
W ciągu roku udały się pani minister trzy rzeczy. Pierwsza: zmienić program nauczania wszystkich klas i doprowadzić do przyjęcia ustawy o obniżeniu wieku obowiązku szkolnego. Druga: pozwolić premierowi odebrać sobie prawie wszystkie pieniądze na zmiany. I wreszcie trzecia: skutecznie zbuntować przeciwko swoim pomysłom większość społeczeństwa, i całe środowiska, od rodziców przedszkolaków przez nauczycieli po historyków i fizyków.
Solidarne z trzylatkami
Rzeczywistość szkolna Polski wygląda tak, że w wielu miejscowościach dzieci uczą się w zatłoczonych klasach, na dwie zmiany. Bywa, że w klasach łączonych z kilku roczników, w budynkach wymagających gruntownych remontów. Agresja, stres, biurokracja i chroniczne niedofinansowanie są standardem w polskich szkołach. Reforma nie zmieni tego stanu rzeczy, za to włączy w system sześciolatki.
Wirus ciężkiej alienacji władzy potrafi atakować polityków już w pierwszym pokoleniu. Ba, nawet w pierwszej kadencji
Pani minister powtarza jak mantrę zdanie, że jeśli szkoła jest mało przyjazna dla sześciolatka, to także dla siedmio- czy ośmiolatka. Sześciolatek jest więc w idei reformy elementem kluczowym. To on podniesie swoją obecnością poziom nauki i wyrówna standardy pomieszczeń, do tych w Europie. Pomocnikiem sześciolatka będzie pięciolatek.
Pięciolatkowi reforma da prawo do rocznego przygotowania przedszkolnego. Przedszkoli drastycznie brakuje, w co trzeciej gminie nie ma ani jednego. Ministerstwo ogłosiło Rok Przedszkolaka reklamowany spotami w TVP i Polsacie. Ale liczba spotów nie przekłada się na liczbę nowo otwieranych przedszkoli. W razie potrzeby pięciolatka przyjmie więc szkoła. Zapewne podniesie to jej standard na ten z jeszcze bardziej zachodniej Europy.
Reforma zaprezentowana została jako możliwość wyrównania szans edukacyjnych. I pod takim hasłem jest konsekwentnie wprowadzana. Tymczasem okazało się, ze ministerstwo wyrównywanie rozumie w sposób dosłowny. Właściwie chodzi o ministerialny walec. Pani minister cały czas próbowała przekonywać, że ta reforma jest dobrodziejstwem dla wszystkich dzieci. Ale po pewnym czasie, gdy odkryła, że w jej pomyśle zysk wszystkich to utopia, przeobraziła się w Janosika polskiej edukacji. W swoim blogu napisała niedawno: „Bo również te zamożne sześciolatki wtedy zwolnią miejsca w tych najlepszych przedszkolach dla młodszych i biedniejszych”.
Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że sześciolatek jest nie tylko mądrzejszy nawet od starszych kolegów, jak całkiem serio przedstawiciele MEN przekonywali opinię publiczną, ale co gorsza, zamożniejszy. Musi więc ustąpić miejsca biedniejszym od niego. Jak mówił jeden z wiceprezydentów Warszawy, uzasadniając upychanie sześciolatków w szkołach: sześciolatki powinny być solidarne z trzylatkami.
I tak bogaty i mądry sześciolatek stał się kozłem ofiarnym systemu edukacji, a także całego państwa: ratunkiem na brak miejsc w przedszkolach, dziurę budżetową i upadający ZUS. Wszystko w imię jego dobra oczywiście.
Nowe, lepsze opinie
O tym, czym jest reforma, a czym rzeczywistość w kontekście dobra dziecka, chcieliśmy rozmawiać z panią minister Katarzyną Hall. Dziewięć długich miesięcy nie było to możliwe. Wreszcie w lutym otrzymaliśmy zaproszenie do siedziby ministerstwa. Sejm przyjął ustawę o reformie oświaty i pani minister uznała widocznie, że może sobie już pozwolić na rozmowę z protestującymi rodzicami.
Zamknięte dla mediów spotkanie poprowadził ministerialny mediator. Goście, wśród których był m.in. prodziekan pedagogiki UMK prof. Piotr Petrykowski, zostali pouczeni, żeby nie okazywali zniecierpliwienia czy dezaprobaty pohukiwaniem i liczyli się z tym, że jeśli będą mówili za długo, pan mediator wyłączy im mikrofon. Najważniejsza zasada: unikać sporu. Narzucona formuła spotkania wykluczyła też możliwość dyskusji, dzięki czemu ekspertom MEN udało się nie odpowiedzieć konkretnie na żadne z zadanych pytań.














