Publicystyka
Polska droga do recesji
Zamiast wydawać pieniądze na pobudzenie koniunktury, Donald Tusk i Jacek Rostowski zachowali się tak, jakby prowadzili gospodarstwo domowe, a nie państwo, i postanowili ograniczyć wydatki – pisze redaktor „Krytyki Politycznej”
Polska stanęła u bram kryzysu walutowego. Dociera do nas trzecia fala globalnej depresji. Najpierw pojawiły się kłopoty z płynnością finansową spowodowane przeciągającą się wstrzemięźliwością kredytową banków, następnie spadek dochodów budżetowych, eksportu, konsumpcji i inwestycji. A obecnie na łeb na szyję leci polska waluta. Tymczasem polski rząd za każdym razem spóźnia się z podejmowaniem decyzji, a Ministerstwo Finansów pozostaje najczęściej nieme.
Tajemnicze kalkulacje rządowe
Coraz więcej wiadomo na temat sposobów radzenia sobie z kryzysem, które wybrał świat. Po wielu interwencjach, jakie miały zmobilizować banki do udzielania kredytów przedsiębiorstwom, państwa dotknięte kryzysem zaczęły planować zwiększenie inwestycji publicznych, aby podtrzymać globalny popyt i powstrzymać wzrost bezrobocia.
Amerykanie właśnie przyjęli prawie bilionowy pakiet wydatków publicznych, Niemcy przygotowali kolejny plan ratunkowy w wysokości 50 mld euro, co powinno poprawić humor polskim eksporterom. Przedwczoraj także czeski rząd postanowił podnieść deficyt budżetowy i przekroczyć kryterium z Maastricht, decydując się na zwiększenie wydatków publicznych i obniżki podatkowe aż o 1,9 proc. ich PKB.
Na tym tle wyraźnie odróżnia się Polska. Najpierw rząd długo zwlekał z podjęciem działań, a nawet choćby z dostrzeżeniem zagrożeń. Jeszcze w grudniu przyjęto autopoprawkę do budżetu zakładającą lekko tylko zmienione założenia dotyczące wzrostu PKB i ograniczono wydatki zaledwie o 1,7 mld. 9 stycznia minister Rostowski stanowczo zapewniał, że wszystko jest w porządku, żeby kilka tygodni później ogłosić radykalne ograniczenie wydatków.
Niestety, Donald Tusk woli zajmować się długiem Andrzeja Czumy zamiast długiem państwa
Ponadto rząd nigdy nie ujawnił kalkulacji, na której oparł swoją decyzję. Jakby cały świat nie robił niczego innego, tylko dokładnie to, co Donald Tusk i Jacek Rostowski. Spróbujmy więc skalkulować skutki polityki rządu. Obcięto ministerstwom ok.
10 mld złotych, i drugie tyle z inwestycji na drogi, przesuwając je do Krajowego Funduszu Drogowego, gdzie powstał deficyt.
Zgodnie z efektem mnożnikowym (który określa, o jaką część się zwiększy lub zmaleje wzrost gospodarczy w wyniku podniesienia lub obniżenia wydatków państwa) dla tego typu cięć konsekwencją będzie ograniczenie wzrostu gospodarczego z prognozowanych przez ministra finansów 1,7 proc. najprawdopodobniej do zera, a także wzrost bezrobocia do ponad 12 proc. w tym roku i jeszcze większej skali w przyszłym (ograniczamy inwestycje, ograniczamy więc zatrudnienie).
Stosowaną powszechnie w innych krajach alternatywą było zwiększenie deficytu co najmniej o sumę potrzebną na zbilansowanie budżetu bez konieczności cięć, czyli u nas byłoby to ok. 1,5 proc. PKB. Przeciwko takiemu rozwiązaniu podawano następujące argumenty: (1) nie mamy prawa obciążać następnych pokoleń, powiększając dług publiczny, (2) polska gospodarka straci wiarygodność, co spowoduje paniczną reakcję zagranicznych inwestorów i rynków finansowych, (3) zbyt wysoką cenę przyjdzie zapłacić Polsce za sfinansowanie zwiększonych potrzeb pożyczkowych państwa, (4) nie znajdziemy kupców na polskie obligacje, (5) inwestycje rządowe wypchną inwestycje prywatne i zwiększenie deficytu nic nie da, (6) nie dotrzymamy kryteriów z Maastricht (deficyt nie większy niż 3 proc. PKB) i nie wejdziemy do strefy euro w 2012 roku.
Przede wszystkim wszędzie, gdzie podwyższono deficyt budżetowy, kalkulowano, że pozytywny efekt mnożnikowy przewyższy koszty wynikające z większego długu i droższej jego obsługi. Należy zapytać ministra finansów, na jakiej podstawie uznał, że w polskiej gospodarce będzie inaczej.
Tymczasem rząd demagogicznie wmawiał ludziom, że zwiększenie deficytu w tym roku po prostu obciąża następne pokolenia, udawał, że nie chodzi o to, żeby wydając dziś pieniądze na pobudzenie koniunktury, móc przecież także sfinansować dzięki niej większy dług.















