Publicystyka
Prawdziwy koniec historii
Po reformie edukacji dla większości młodych Polaków obraz dziejów wyniesiony ze szkoły będzie się musiał zatrzymać na poziomie infantylnym - pisze historyk
Skomentuj na blog.rp.pl
"Takie Rzeczypospolite będą, jakie ich młodzieży chowanie". Te słowa pierwszy raz czytałem ze styropianowych literek na ścianie mojej podstawówki. Potem mądrość kanclerza Jana Zamoyskiego wracała jeszcze parokrotnie w edukacji szkolnej – na lekcjach polskiego, historii, w temacie maturalnym.
To jest sedno polityki historycznej każdej Rzeczypospolitej: każdej wspólnoty, która chce wychowywać swoich obywateli. Od kształtu i treści tego wychowania zależy jej przyszłość. Jaka ma być przyszłość wspólnoty polskiej, przyszłość moich dzieci jako członków tej wspólnoty? Przypomniałem sobie słowa Zamoyskiego, kiedy moi przyjaciele ze studiów, nauczyciele historii z ponad 25-letnim już stażem, dali mi do ręki gruby plik materiałów Ministerstwa Edukacji Narodowej, precyzujących założenia nowej reformy szkolnictwa, która wejdzie w życie 1 września najbliższego roku.
Przeczytałem je – i nie mam wątpliwości. To najważniejsze, najbardziej rewolucyjne dokonanie, które ma firmować obecny rząd. W istocie bowiem jest to milowy krok na drodze w stronę końca historii: końca historii w polskiej edukacji.
Najśmielszy krok
Nie jest to krok pierwszy, ale na pewno najśmielszy. Już poprzednia wielka reforma, dokonana przez rząd premiera Buzka (i ministra Handkego), zasadniczo ograniczyła ilość lekcji historii – na poziomie szkoły podstawowej. Faktycznie do jednej godziny tygodniowo. Ilość lekcji wychowania fizycznego podniesiono wtedy z dwóch do pięciu. Rozbicie nauczania ponadpodstawowego na dwa trzyletnie etapy: gimnazjum i liceum, spowodowało, że kurs historii został na tych etapach także w rzeczywistości skrócony. Poprzednio liceum dawało w ciągu swoich czterech lat nauki historii szansę dokonania względnie systematycznego przeglądu dziejów (po przygotowaniu obejmującym łącznie 270 godzin historii w klasach IV – VIII szkół podstawowych). Po reformie Handkego całą historię omawiało się w dwóch krótkich, faktycznie dwuipółletnich, kursach (ostatnie pół roku w trzeciej klasie gimnazjum i w klasie maturalnej to już wyłącznie przygotowania do egzaminu). W dwa i pół roku nie dało się w żaden sposób zmieścić tego, co dawniej w cztery lata.
Nowa reforma ma temu zaradzić. Jak? Nauka z trzech lat gimnazjum ma być uzupełniona przez kontynuujący jej treści program w pierwszej klasie liceum. Nastąpi zatem faktycznie powrót do kursu czteroletniego. Brawo. Nareszcie będzie czas, by omówić historię XX wieku, najnowszą, dotąd traktowaną po macoszemu. Tu jednak zaczyna się dramat i kończy historia. Obowiązkowa nauka tego przedmiotu jest bowiem przewidziana tylko w pierwszej klasie liceum!
Dla ogromnej większości młodych Polaków kontakt z historią skończy się w wieku 16 lat. O walce o niepodległość i jej odzyskaniu będą mówili na lekcjach po raz ostatni w gimnazjum (nowy program pierwszej i ostatniej klasy liceum zaczyna się od roku 1919). O niezwykłym eksperymencie dziejowym Rzeczypospolitej Obojga Narodów, o Konstytucji 3 maja – usłyszą po raz ostatni w kontekście historycznym, kiedy będą mieli lat 14. O starożytności i średniowieczu – w pierwszej klasie gimnazjum... Na poziomie wiekowym dawnej klasy siódmej szkoły podstawowej.
Kiedy będą mieli 17 – 19 lat, ich umysły zaczną się otwierać na poważniejsze kwestie politycznej natury: odpowiedzialności obywatelskiej, narodowej wierności i zdrady; kiedy można zacząć z nimi rozmawiać o tych trudnych sprawach, które dawniej nazywano imponderabiliami, kiedy lepiej będą mogli pojąć złożoność historii – wtedy już nie będą mieli historii. Dla większości młodych Polaków obraz dziejów wyniesiony ze szkoły będzie musiał zatrzymać się na poziomie infantylnym.
Wyrwa nie do nadrobienia
Tak oto zrealizował się sen o dziesięciolatce, którym straszono nas jeszcze w Polsce gomułkowskiej i gierkowskiej. Powszechny program nauczania realizowany w dziesięć lat (obecnie tworzą je klasy I – VI szkoły podstawowej, I – III gimnazjum oraz klasa I liceum). Potem specjalizacja, w ramach której można nawet wybrać historię – ciąg dalszy, choć i tak w zakresie wyraźnie węższym niż w dawnych liceach sprzed reformy. Ale to już tylko dla mniejszości. Kto chce, wybiera historię – muzyki albo sztuki. Informatykę albo język mniejszości etnicznej. Chemię albo filozofię. Tylko dlaczego nazywać ogólnokształcącymi szkoły, w których wykształcenie ogólne kończy się na pierwszej klasie, a potem następuje specjalizacja? Specjalizacja, w której wyboru determinującego praktycznie przyszły kierunek studiów i – w jakiejś mierze – karierę zawodową dokonuje się w wieku 16 lat. Dawniej, jeśli ktoś chodził do klasy o profilu np. matematycznym czy biologiczno-chemicznym, miał do końca nauczania pozostałe przedmioty podstawowe – w tym historię.















