Publicystyka
Dlaczego lubimy nie lubić Kaczyńskich
Powrót do władzy Jarosława Kaczyńskiego jest dziś nieprawdopodobny. Wymagałoby to giętkości i wizerunkowej zręczności, której prezes PiS i jego brat wydają się całkowicie pozbawieni – pisze Rafał A. Ziemkiewicz, publicysta "Rzeczpospolitej"
Jeden ze znanych kabareciarzy opowiadał w wywiadzie dla "Newsweeka": – Znajomi mieli w programie dowcip o Tusku. Za każdym razem, gdy go opowiadali, nikt – ale to nikt – się z niego nie śmiał. Wystarczyło jednak Tuska zamienić na Kaczory i cała sala była ubawiona.
Właściwie ta anegdotka wystarcza za cały artykuł. Demonstrowanie niechęci do Kaczyńskich bez potrzeby jakiegokolwiek merytorycznego jej uzasadniania jest bardzo modne i – wbrew przekonaniu ich współpracowników – nie ogranicza się ta moda do jakiejś wąskiej, inteligenckiej niszy, którą można by zamknąć w poręcznej nazwie "salon".
Lider pokrzepiony dogmatami
Nic nowego, Kaczyński nie jest przecież pierwszym etatowym szwarccharakterem III RP. Co starsi przypominają sobie jeszcze może sprzedawane przed kilkunastu laty w masowych nakładach książeczki z kawałami wykpiwającymi głupotę i prostactwo Wałęsy czy kabarety latami żyjące z wyszydzania "czarnych". Był okres, kiedy dowodem przynależności do inteligencji było powiedzenie na dzień dobry czegoś pogardliwego o Stefanie Niesiołowskim.
Kręgi inteligenckie niezmiennie odczuwają potrzebę istnienia wroga uosabiającego ciemnogród i zagrożenie cofnięciem nas z drogi ku cywilizacji zachodniej
Łatwo zauważyć, iż skłonność do wspólnego intensywnego przeżywania niechęci wobec określonej osoby i jej grupy jest stałą emocją rządzącą w III RP kręgami, nazwijmy to, inteligenckimi oraz aspirującymi do tego miana. Potrzeba istnienia takiego wroga, uosabiającego ciemnogród i zagrożenie cofnięcia nas z drogi ku cywilizacji zachodniej, jest niezmienna.
Jarosław Kaczyński jednak zdaje się zupełnie nie rozumieć mechanizmu swej niepopularności. Jego odpowiedź wyczerpuje się stwierdzeniem: to robota mediów. Ludzie, wedle wizji Kaczyńskiego, po prostu ulegli czarnej propagandzie, którą uprawiają przeciwko niemu wpływowe gazety i rozgłośnie. Dlaczego kiedyś nie ulegali, a teraz akurat ulegli – tego pytania Kaczyński sobie nie zadaje.
Z tej diagnozy nie wynika nic poza ulewającą się czasami złością na dziennikarzy i demaskowaniem ich jako wykonawców poleceń obcego kapitału, względnie dzieci i wnuków KPP-owców. Jedyną odpowiedzią na ich knowania pozostaje zaś wiara w to, że zdrowa część narodu okaże się odporna na medialną manipulację, względnie przejrzy po jakimś czasie na oczy, konfrontując propagandę z rzeczywistością.
W tej wierze lider PiS krzepi się kilkoma dogmatami. Przede wszystkim zakłada, że popularność jego przeciwników musi się wreszcie załamać, a wtedy wyborcy będą musieli wrócić do PiS. Liczy też, iż kryzys przyniesie efekt pęknięcia propagandowej bańki.
Elita zapatrzona w metropolię
Są to rachuby po większej części mylne. Ani siła kreowania przez media mód, ani odporność na nie społeczeństwa nie są tak wielkie, jak zdaje się sądzić prezes PiS. Jego polityka opiera się zaś na diagnozie nastrojów, która była trafna mniej więcej do roku 2005. Jednak to, co stało się w roku 2007, nie było wyjątkiem potwierdzającym regułę sprawdzoną w latach poprzednich, ale sygnałem zasadniczej, trwałej zmiany w – jeśli można to tak nazwać – mentalnym krajobrazie Polski.
Aby sprawę objaśnić, muszę odwołać się do tezy, której dla oszczędności miejsca nie będę tutaj udowadniał (liczne argumenty przedstawiłem w swoich książkach): w Polsce obserwujemy mniej więcej te same procesy, co w innych krajach mających za sobą długotrwały okres pozbawienia wolności, zmuszonych do formowania struktur nowoczesnych w warunkach skolonizowania, zaboru, niesuwerenności.
Jedną z charakterystycznych cech takich krajów jest nasilenie wrogości pomiędzy elitą a "prostym ludem". Ów podział nakręca wzajemną wrogość trwającą wiele pokoleń – z jednej strony elita, zapatrzona w metropolię, gardzi miejscowym ludem, i zarazem się go boi, widząc w nim groźną dzicz. Z drugiej strony lud, nienawidząc swej elity, zarazem jej zazdrości.
W Polsce mieliśmy szansę wyrwania się z tego splotu wzajemnej zawiści, podejrzliwości i pogardy. W sferze symboli – a jest to w polskiej debacie publicznej sfera najważniejsza, jeśli nie jedyna – dawał taką możliwość etos "Solidarności" realizujący romantyczne marzenie o zjednoczeniu narodu przeciwko wspólnemu wrogowi.














