Publicystyka
Zdrowie z elementami rynku
Dostęp do usług ochrony zdrowia nie powinien być uzależniony od sytuacji materialnej poszczególnych ludzi. Ten pogląd – poza motywacją wynikającą z politycznej gry – wydaje się jednak skłaniać prezydenta do zaproponowania referendum w sprawie prywatyzacji służby zdrowia.
To pomysł wysoce niefortunny. Ani prywatyzacja (podobnie jak całkowita bezpłatność) nie ma rozstrzygającego znaczenia dla realnego dostępu do usług, ani pytanie w referendum o prywatyzację służby zdrowia nie może przynieść sensownego rozstrzygnięcia.
Brak woli
Sytuacja w służbie zdrowia – choć w sumie lepsza niż w czasach PRL – nikogo nie może satysfakcjonować. Warunki leczenia są często skandaliczne, ale największy problem to bardzo trudny dostęp do leczenia specjalistycznego i właściwie brak badań profilaktycznych. Przyczyny są zapewne dwie: niskie nakłady publiczne na ochronę zdrowia (dwukrotnie mniejsze niż w Europie Zachodniej) i "system" niesprzyjający efektywnemu działaniu.
Skuteczna reforma wymaga zarówno zasadniczego zwiększenia nakładów publicznych (przynajmniej do 6,7 proc. PKB), jak i sanacji mechanizmów systemowych. Zwiększenie nakładów publicznych obecnie jest o tyle trudniejsze, że kryzys na świecie z pewnością zaowocuje w Polsce ograniczeniem tempa wzrostu. Jednak kluczowa pozostaje polityczna wola. Czy obecny rząd ją ma? Nie wiem, ale skłonny jestem wątpić.
Nie jest prawdą, że zwiększenie nakładów "bez reformy" nic by nie dało, ale jest prawdą, że efekt byłby ograniczony. Zwiększenie efektywności działania w służbie zdrowia jest jednak bardzo trudne. Z pewnością nie służy temu utrzymywanie ani systemu państwowego z formalnie bezpłatnymi świadczeniami, ani systemu silnie skomercjalizowanego z szeroką regulacyjną funkcją rynku.
O tym pierwszym przekonywaliśmy się w czasach PRL, to drugie dokumentuje doświadczenie Stanów Zjednoczonych. W praktyce jesteśmy skazani na reformę, która mechanizmy rynkowe dopuszcza, ale w ograniczonym zakresie.
W systemie ochrony zdrowia, w którym pacjent nie ponosi żadnych kosztów, popyt na usługi jest praktycznie nieograniczony. Rachunki płaci państwo, a ponieważ zawsze dysponuje ograniczonymi środkami, ucieka się do reglamentacji. Jednak każdy system reglamentacji rodzi nieefektywność. Niewiele może tu pomóc wprowadzanie zasad kontraktacji świadczeń, które dziś stosujemy. Niewiele pomoże też wprowadzenie (zakładając, że jest to możliwe) koszyka gwarantowanych świadczeń.
Hazard moralny
Tylko pacjenci – decydujący podobnie jak na innych rynkach – mogą ograniczyć faktyczny monopol usługodawców. Tylko wtedy powstać może konkurencyjny rynek usług i – być może – globalna równowaga popytu i podaży bez reglamentacji. Czy jest to do pogodzenia z zasadą równego dostępu do świadczeń? Na pewno jest to bardzo trudne i na pewno nie da się tego uzyskać całkowicie powszechnie, ale też oczekiwany rezultat powinien być oceniany nie w relacji do abstrakcyjnego ideału, ale w stosunku do stanu obecnego – odległego od ideału równości.
Nie wydaje się, by rządowa strategia urynkowienia służby zdrowia była fortunna. Jeżeli ją rozumiem, to opiera się ona na trzech zasadach: bezpłatnych świadczeniach gwarantowanych, dodatkowych ubezpieczeniach oraz prywatyzacji instytucji świadczących usługi. Tak więc gros świadczeń pozostaje całkowicie bezpłatnych, a zatem na pewno nie zostanie wyeliminowany system reglamentacji.
Dodatkowe ubezpieczenia – prócz tego, że bezwzględnie selekcjonu ją ludzi na tych, których "stać", i na tych, których "nie stać" – nie likwidują tego, co w ekonomii nazywa się moralnym hazardem. Ubezpieczony po zapłaceniu składki nie ma motywacji, by zachować umiar w korzystaniu ze świadczeń, a świadczeniodawca jest zainteresowany w ich rozszerzeniu – więc ubezpieczyciele będą zmuszeni do utrzymywania kosztownego aparatu kontrolnego. Poza tym dodatkowe ubezpieczenia to system kosztowny i łamiący zasadę równego dostępu. Siłę tej propozycji daje jednak lobbing firm ubezpieczeniowych, które dostrzegły szanse na duże pieniądze.
W kontekście tych dwu zasad rządowej reformy postulat prywatyzacji też budzi wątpliwości. Prywatne podmioty będą na pewno dużo silniej zainteresowane efektywnością działania, ale w szerokim obszarze nie napotkają "oporu" pacjentów. Płatnikiem pozostanie państwo, które jednak dysponuje ograniczonymi środkami.














