Hobbystyczne
Latanie na motylu po lodzie
Można wpaść w rozmarzlinę lub szczelinę w lodzie. Ale można też pofrunąć. Polacy są mistrzami w bojerowaniu
Na pierwszy rzut oka bojery to masochizm. Grupa fanów żagla na lodzie godzinami ślęczy na zamarzniętym jeziorze, ostrząc metalowe płozy i przykręcając śruby czerwonymi, zesztywniałymi od mrozu palcami. Potem mkną po szklanej tafli, ale kruszony przez płozy lód uderza w twarz. Odwracanie głowy nic nie daje, to nadstawianie drugiego policzka. Szybko też nadchodzi odpowiedź na pytanie z kursu teoretycznego: co to jest czynnik chłodzący wiatru?
– Takie minusy można oczywiście mnożyć. Można przecież jeszcze wpaść w rozmarzlinę albo inne pęknięcie w lodzie, można pofrunąć – dosłownie, bo na chropowatej powierzchni bojer traci przyczepność. Można wreszcie, zwłaszcza podczas zawodów, stać się ofiarą nie swojego błędu, kiedy to następuje kolizja, bo kilka bojerów wpada na siebie, zamieniając się w mielonkę drzazg, stalowych płóz, dakronu (tkanina, z której uszyty jest żagiel – red.) i kompozytowych masztów – wylicza Robert Kubat, amator bojerowania z Poznania. – Ale każdy ekstremalny sport niesie ze sobą jakieś ryzyko. I przyjemności. Tu z niczym nieporównywalne są widoki, zimowy krajobraz, słońce i niebo odbijające się w zamarzniętym jeziorze jak w zwierciadle. Niezwykły jest fakt, że pędzisz szybciej od wiatru, często wśród kolorowego, rozszalałego stada innych pędzących motyli. I wszystko odbywa się w absolutnej ciszy.
Robert Kubat jeździ amatorsko. Po raz pierwszy był na bojerach w latach 80. Na zamarznięte Mazury zabrał go ojciec.
– W czasach dużych fiatów, trabantów i maluchów na niczym w Polsce nie rozwijało się takiej prędkości jak na bojerach – śmieje się. – Proszę mi wierzyć, że przeciętna prędkość bojera: 90 – 120 km na godzinę, była wtedy prędkością zawrotną, oszałamiającą.
Warunki do latania na bojerach w Polsce są świetne. Sezon zaczyna się już w listopadzie i trwa do początków kwietnia. Duża ilość jezior daje możliwości trenowania i pozwala na łatwe i szybkie przemieszczanie się w poszukiwaniu dogodnych do bojerowania warunków (nie może wiać zbyt silny wiatr, temperatura nie powinna być niższa niż 10 – 15 stopni poniżej zera, na lodzie nie może być śniegu). Jeziora w Polsce są w większości dość płytkie i szybko zamarzają. Śniegi w naszej szerokości geograficznej szybko się topią lub wyparowują. Takie warunki mają jeszcze tylko Amerykanie. Nic dziwnego, że w międzynarodowych zawodach w Europie dostajemy najlepsze noty.
W piątek ogłoszono wyniki zakończonych w czwartek tegorocznych Bojerowych Mistrzostw Europy, które były rozgrywane w Estonii, na wyspie Saaremaa, na akwenie w pobliżu miejscowości Kuressaare. W pierwszej dziesiątce uplasowało się siedmiu Polaków. Zwyciężył Karol Jabłoński, siedmiokrotny mistrz świata w tym sporcie, który po prawie siedmioletniej przerwie znów wsiadł do bojera. Drugie miejsce zajął Łukasz Zakrzewski, a trzecie Robert Graczyk.
– Ostatniego dnia regat rozegraliśmy dwa decydujące wyścigi – opowiada Karol Jabłoński.
– Mocno wiało, w takich warunkach zawsze może się coś wydarzyć. Przeżyłem chwile grozy, gdy po okrążeniu górnego znaku z ogromną prędkością wjechałem na płat chropowatego lodu i mój bojer stracił przyczepność. Wykręciłem korkociąg! Całe szczęście, że nie urwałem płóz lub czegoś innego i że żaden inny zawodnik mnie nie trafił.
Karol Jabłoński jest skiperem i sternikiem jachtowym. Jednak by spróbować latania na ślizgach lodowych, jak nazywane są bojery, nie trzeba być nawet żeglarzem. To sport dla każdego – przekonują jego zwolennicy i kuszą: zamiast siedzieć zimą z piwem przed telewizorem, lepiej pod żaglem robić wielokilometrowe wycieczki po jeziorach i grillować na środku Śniardw.
Na Mazurach jest kilka wypożyczalni bojerów i chętni mogą się nauczyć żeglowania na bojerze w ciągu jednego dnia. Dopiero latanie wyczynowe wymaga dobrej kondycji ogólnej, znajomości techniki żeglarskiej i świetnego refleksu. A to dlatego, że w niektórych warunkach bojery osiągają prędkości cztero-, ośmiokrotnie przekraczające prędkość wiatru. Zmierzona prędkość Karola Jabłońskiego przy wietrze rzędu 64,8 km/h wynosiła 160 km/h.















