Kuchnia
Marzenia o flądrze z rusztu
Niewiele brakuje, by Wybrzeże latem zmieniło się w jeden ciąg smażalniano-gofrowo-lodowy
Odpoczywający tu spracowany obywatel chętnie wrzuca na ruszt smażonego sandacza z frytkami, zakąsza rolmopsem po kaszubsku, zagryza gofrem z frużeliną (czyli czymś pomiędzy konfiturami i dżemem), a wszystko zalewa dwoma kufelkami piwa.
Zaskoczenia
Moje pierwsze wspomnienia jedzenia to obrazek znad morza: kolejka, która stała w Dębkach po pepsi w butelkach lub lemoniadę w zgrzewanych foliowych woreczkach, lody bambino roznoszone na plaży i nieśmiertelna smażona flądra.
Po latach, już jako nieco rozwydrzony nastolatek, znów znalazłem się nad Bałtykiem. I – może to kwestia młodzieńczego nadużywania alkoholu – ale byłem wtedy mile zaskoczony pysznymi śledziami, świeżą rybką prosto z patelni, ciastami (ze zjawiskowym pleśniakiem na czele).
Całkiem niedawno na myśl o powrocie nad Bałtyk aż pogłaskałem się po brzuchu. Niestety, okazało się, że więcej nie znaczy lepiej, a drożej – smaczniej. Obawiam się, że obok plagi sinic grozi nam kulinarna katastrofa.
Zagęszczanie
Wiadomo, przede wszystkim ryba. W latach ubiegłych nasze rodzime flądry, śledzie i dorsze zostały wsparte importowaną rybą maślaną i pangą. Dziś ta ostatnia, konkurująca z dużo droższą solą, została niemal całkowicie wykreślona z jadłospisu (czarny PR ryby karmionej w ściekach Mekongu zrobił swoje).
Ostatnio odwiedziłem miejsce w Jastrzębiej Górze, gdzie kilka lat temu jadłem wybitną zupę rybną. Powiększyło się dwukrotnie, można tu kupić oprócz smażonych i wędzonych darów morza także kebaby i inne mięsa. W przyszłych latach dojdą zapewne gofry i lody z automatu. A zupa rybna, choć pełna ryb, jest dziś mizernym cieniem wywaru sprzed lat. Kiedyś gotowano ją na głowach i ościach, teraz jest zagęszczona mąką ziemniaczaną niczym krabowa zupa z wietnamskiej budki.
Cierniki do zup!
Osobna kwestia to z roku na rok rosnące ceny. Jest to niestety tendencja ogólnoświatowa. Na przełowionym Bałtyku widać, jak ryby jeszcze niedawno tanie – choćby dorsz – awansują na wyższą półkę.
Ale mamy ponoć (oprócz zanieczyszczenia środowiska) problem z dwoma rybimi chwastami – babką i ciernikiem, a ja zastanawiam się, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł smażenia we fryturze tych małych rybek. Dlaczego nikt nie próbuje z nich gotować zupy rybnej?
Podobno komuś udało się hodować krewetki w Bałtyku. A właściwie czemu nie można zjeść nad naszym morzem muli, czyli po naszemu omułków, które są masowo hodowanym mięczakiem – do tego stopnia, ze stały się narodowym daniem w Belgii.
W rozmiarze XXL
Wiadomo: ceny nad naszym morzem jak w Monte Carlo. Turnus trwa często tylko tydzień, więc nie ma za dużo czasu, by wydrenować kieszeń spracowanego obywatela. Rozwiązanie? Wszystko w rozmiarze XXL.
Gorzej, gdy trafia się na naciągaczy. Bogu ducha winny człowiek zamawia rybę, a tu po chwili przynoszą mu półkilogramową porcję ociekającą tłuszczem. Choć na osłodę dodają misterną dekorację z kiwi, melona, truskawek i kiełków. Jakby kucharz był niespełnionym artystą garmażerem albo starał się wynagrodzić utopione w starym oleju frytki.
Na szczęście w każdym nadmorskim miasteczku można znaleźć miejsca, gdzie właściciele mają dar do gotowania.
Choćby U Ani w Chałupach. Niby zwykła budka przy drodze, ale na talerzu miła odmiana. Jadłospis klasyczny, czyli pomidorowa, mielone, surówka z kiszonej kapusty. Nikt tu nie dmie w dęty marketing w stylu: domowe pierogi (w końcu każdy z nas widział mrożonki z supermarketu).
Modne zestawy
W ludzkiej naturze leży gloryfikowanie przeszłości, ale – doprawdy – dlaczego tak trudno dziś zamówić zwyczajne placki ziemniaczane z cukrem i kwaśną śmietaną?
Prosząc o naleśnik z serem, oczekujemy czegoś normalnego, od zawsze znanego. A tymczasem na talerzu piętrzy się zawijas z grubaśnego ciasta w modnym zestawie: fura bitej śmietany z owocami (stabilizator plus jakiś smak w stylu tiramisu), gałka lodów i syrop toffi w wielkich ilościach.
W naleśnikarniach królują crepy. Tylko dlaczego grubością przypominają frisbee? Z trudem udaje się je złożyć na ćwierć. Rozumiem – jak ktoś płaci 13 złotych, to na pocieszenie chociaż się zatka i nie powie, że właściciel żałuje mąki lub wody.















