Sztuka
Kruche piękno świata
Aldona Mickiewicz, laureatka Nagrody im. Kazimierza Ostrowskiego, opowiada Justynie Nowickiej o tradycji i artystycznych inspiracjach
Rz: Musimy zacząć od pani nazwiska. Z tych Mickiewiczów?
Aldona Mickiewicz: Jak wiadomo – "my z niego wszyscy"! Rodzina pochodzi z Kresów. Istnieje tradycja, że są jakieś rodzinne związki. Ale nigdy tego nie dociekałam z obawy przed demistyfikacją.
Nie chciała pani pisać?
Ależ tak, nazwisko stanowi wyzwanie. I staram się pisać – głównie o mojej pracy. Tego nauczyłam się od moich profesorów Zbyluta Grzywacza i Stanisława Rodzińskiego, którzy swoje artystyczne poglądy zawsze werbalizowali. Pisanie to ważny element autorefleksji. Uważam, że każdy artysta powinien umieć opowiedzieć o swojej twórczości. Jest to nawet dla mnie rodzaj sprawdzianu autentyczności postawy.
Zobacz galerię zdjęć prac Aldony Mickiewicz
Tradycja wydaje się dla pani kluczowym słowem. Jakie są źródła inspiracji?
Ideał obrazu urzeczywistniają dla mnie dzieła Vermeera. Cenię sztukę manieryzmu, nawet w tych jej przejawach, które uważamy dziś za nieudane. Uważam, że jest wiele podobieństw między tą epoką a czasami współczesnymi. Piero della Francesca i Juan Sanchez Cotan to inne bieguny inspiracji.
A jaki wpływ miała krakowska ASP, z duchem Matejki, Malczewskiego?
W moich czasach na akademii bardzo mocna była opcja postkolorystyczna. Dla mnie to było zdecydowanie za mało. Wybrałam więc pracownię Brzozowskiego, a po jego odejściu – Rodzińskiego i Grzywacza, którzy także byli nieco zdystansowani od postkoloryzmu. Na początku lat 80. otworzyła się także możliwość słuchania wykładów na powstającej wtedy Papieskiej Akademii Teologicznej. Biegałam na wykłady ks. Tischnera, o. Kłoczowskiego, Karola Tarnowskiego. To miało znaczenie fundamentalne, pozwalało zmierzyć się z pytaniami o sens uprawiania sztuki.
Bardzo szybko odnalazła się pani w ruchu kultury niezależnej, wśród artystów wystawiających swoje prace na przykład w kościołach.
Ukończenie studiów przypadło na ciemne lata stanu wojennego, bojkot był czymś oczywistym i my także chcieliśmy naszą postawę zamanifestować. To były wyjątkowe czasy, sztuka nabierała ogromnego znaczenia. Nigdy się to już nie powtórzyło – takie napięcie, taka publiczność. Nie zapomnę pytań zadawanych nam przez ludzi, ich dociekliwości, prostoty, śmiałości. Pytano o istotę. Bardzo brakuje mi dziś tego w życiu artystycznym, które często bywa miałkie.
Dominującym motywem pani twórczości jest martwa natura. Skąd biorą się przedmioty na pani obrazach?
Na początku motywacja była natury psychologicznej. Dużo kosztowały mnie spotkania z innymi ludźmi. Nawet tak zdawałoby się neutralne i oczywiste jak praca z modelem na akademii. Zmęczony, obnażony wobec innych człowiek był przejmujący. Miałam trudności ze zdystansowaniem się, a obraz tego wymaga. Przedmiot zaś jest czymś neutralnym, nie "patrzy na mnie", nie wymaga interakcji. Po pewnym czasie okazało się, że przewrotnie piękny świat zgrzebnych przedmiotów mnie pochłonął. Wystarczy, że pochylimy się nad nimi, a one ukazują nam swoją godność. Nawet te najbardziej upodlone, jak znajdowane przypadkowo kości.
Kości odsyłają do wanitatywnych wątków w pani sztuce, do motywów przemijania. Ale ja mam wrażenie, że to taki interpretacyjny wytrych. Widziałabym tu chyba więcej zachwytu niż przemijania.
To prawda. Motyw vanitas zawsze wydawał mi się przewrotny. Z jednej strony nawiązuje do biblijnego "marność nad marnościami" Eklezjasty. Kiedy jednak patrzymy na przedstawienia vanitas, widzimy, jak artyści opiewali w zachwycie kruche piękno świata. Próbuję robić to samo. Dla mnie obrazy są jakby małymi relikwiarzami, zawierającymi szczątki materii, które trzeba ocalić. To może naiwne. Ostatecznie z materii nie ocaleje nic. Warto jednak ją zachować, pozachwycać się choćby przez moment.
Całe pani malarstwo budzi skojarzenia z barokiem, jego duchowością, religijnością, ale i ikonografią. To nie są dziś modne wartości.














