Literatura
Moim bohaterem był zagubiony, mały człowiek
Rozmowa: Janusz Głowacki „Moc truchleje”
Rz: Długo był pan na strajku w Gdańsku w 1980 roku?
Nie pamiętam, dziesięć dni, tydzień? Wystarczająco długo, żeby napisać, co się tam działo.
Napisać inaczej niż wszyscy, powtarzający wtedy niczym mantrę, jak to jest wspaniale, że Polak z Polakiem się dogadał.
„Moc truchleje” szła pod prąd ogólnemu entuzjazmowi, temu wybuchowi miłości do robotników, który był socrealizmem a rebour. Mam swoje prywatne spojrzenie, innego też wybrałem sobie bohatera. Takiego małego człowieczka, zgubionego w sytuacji, która go przerosła.
W powieści „Moc truchleje” zwrócił pan uwagę na znamienny fakt. Otóż, w trakcie strajku Lech Wałęsa nagle rozchorował się, miał 40 stopni gorączki, ale pamiętał o jednym – by, nie daj Boże, nie wyznaczono mu następcy.
Wydawało mi się też bardzo ludzkie, że jakieś ogromnie ważne posiedzenie Międzyzakładowego Komitetu Strajko- wego zostało przesunięte, bo w telewizji nadawany był kolejny odcinek popularnego serialu „Pogoda dla bogaczy”. Sytuacje dramatyczne zawsze sąsiadują z komicznymi. Nigdy nigdzie nie zauważyłem patosu gołego, oczywiście poza literaturą, filmem i prasotelewizją.















