REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Kultura » Teatr

Teatr

Artyści i uzurpatorzy

Jan Bończa-Szabłowski 25-05-2009, ostatnia aktualizacja 26-05-2009 11:17
autor: Piotr Guzik
źródło: Fotorzepa
"Factory 2"
autor: Piotr Guzik
źródło: Fotorzepa
"Factory 2"
autor: Piotr Guzik
źródło: Fotorzepa
"Factory 2"

Tegoroczne XXIX Warszawskie Spotkania Teatralne stały się ciekawym przyczynkiem do rozmowy o artystycznych poszukiwaniach teatru. Ukazały kondycję zespołów. Objawiły też artystów i uzurpatorów. Dla mnie przede wszystkim zderzyły mity z rzeczywistością.

Jednym z najbardziej oczekiwanych spektakli było „Factory 2” Krystiana Lupy. Wzbudził wiele kontrowersji, ale też, mam wrażenie, sporo nieporozumień. Ja odbierałem go jako ciekawy eksperyment teatralny, przykład totalnej wolności artysty. Chwilami przyciągał uwagę, a chwilami budził zdecydowany sprzeciw. A wiele zależało od kalibru postaci, które pojawiały się na scenie. Andy Warhol (w ciekawej interpretacji Piotra Skiby) i goście jego słynnej pracowni w Nowym Jorku nie byli z pewnością bohaterami dokumentalnej opowieści. Stanowili raczej pretekst do pokazania dzisiejszej bohemy artystycznej, świata, w którym prócz autentycznych indywidualności jest wielu nuworyszy, urojonych wielkości, żałośnie dobijających się do bram sławy, celebrytów, marzących o zrobieniu kariery za wszelką cenę, ale też ludzi wrażliwych zagubionych i samotnych.

Jeśli o prawdziwych artystach mowa, to był nim z pewnością Piotr Cieplak. A jego inscenizację „Król umiera, czyli ceremonie” Ionesco festiwalowa publiczność zgodnie odebrała jako jeden z najmocniejszych punktów tegorocznych Spotkań. Przypominając sobie czasy, w których każdy występ Starego Teatru w Warszawie był świętem patrzyłem i dziś z podziwem na kunszt Anny Polony, Jerzego Treli czy Anny Dymnej. Zastanawiałem się też, dlaczego ci wielcy aktorzy w ostatnich latach zepchnięci zostali w cień, choć — jak udowodnili — w dalszym ciągu są prawdziwym skarbem teatru. W tym spektaklu Cieplak przypomniał, że są to wielkości dla których warto prowadzić teatr. Pozostaje wierzyć, że znajdzie się kilku utalentowanych reżyserów, którzy postąpią podobnie.

Jako reżyser świetnie sprawdził się też Krzysztof Babicki przypominając prawie nieznany utwór Durrenmatta "Frank V. Komedia bankierska". Nota bene, żałuję, że nie zaproszono znacznie ciekawszej sztuki w jego reżyserii, czyli "Rock`n`Rolla" Tom Stopparda, która w Lublinie święci ostatnio triumfy.

Stary Teatr zaprezentował aż trzy spektakle. Szkoda, że w tym gronie nie znalazła się kolejna, szeroko dyskutowana wersja gombrowiczowskiego "Trans-Atlantyku" w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Mieliśmy, niestety, Michała Zadarę, który jako inscenizator "Ifigenii" mógł jedynie posłużyć za przykład "wielkości urojonej". Dokonane wspólnie z Pawłem Demirskim nowe odczytanie dzieła antycznego wprawiało w konsternację. Pomysł reżysera polegał na tym, że aktorzy chodząc rytmicznie po scenie bez sensu i bez wyczucia wykrzykiwali swoje kwestie, a widz mógł sprawdzać, czy się nie mylą, bo dialogi wyświetlano na licznych ekranach i monitorach. Niektórzy zastanawiali się, co miał oznaczać wiatr, który mocno wiał ze sceny. Ja nie miałem wątpliwości. To uchodziło powietrze z nadętego balonu wielkości, jaką wielu krytyków okrzyknęło Michała Zadarę. Nadętą wielkość i teatralny spryt Zadary zauważyłem także w miałkim artystycznie, choć dotykającym ważnego tematu projekcie "Yam-Tykocin". Spektakl nie wnosił niczego nowego do relacji polsko-izraelskich, powtarzał tylko dobrze znane stereotypy. Był nadętym, kosztownym projektem, który w przeciwieństwie do "Transferu" Jana Klaty — niczemu nie służył.

Zawiodła mnie inscenizacja "Lwa w zimie" Grzegorza Jarzyny. Nie bardzo rozumiałem, dlaczego reżyser zdecydował się przenieść bohaterów we współczesność i opowiedzieć wszystko w duchu brazylijskiej telenoweli. Jeżeli cokolwiek się broniło to jedynie muzyka grana na żywo przez Leszka Możdżera. Czasem nawet — myślę, że dla dobra spektaklu — zagłuszała te dość wydumane dialogi.

Interesującym pomysłem okazało się zderzenie dwóch inscenizacji "Sprawy Dantona". Jan Klata i Paweł Łysak podeszli do utworu Stanisławy Przybyszewskiej w sposób skrajnie różny, choć obaj podejmowali dialog ze współczesnością. W "Aktorach prowincjonalnych", realizowanych przez Agnieszkę Holland zespół opolski dał przykład świetnej mobilizacji i klasy.

O kondycję tej instytucji jestem więc spokojny, dużo gorzej z placówką w Jeleniej Górze. Inscenizacja "Trzech sióstr" Czechowa dokonana za dyrekcji Wojtka Klemma przez Krzysztofa Minkowskiego jest po prostu skandaliczna, wulgarna i prymitywna. To sadystyczne zarzynanie Czechowa tępym nożem, które skutecznie może odstraszyć od chodzenia do teatru. Cieszę się, że imprezą towarzyszącą nie był minifestiwal typu Dem-Dram, lecz przegląd znakomitego Białostockiego Teatru Lalek z takimi perełkami, jak choćby "Sklepy cynamonowe" Schulza.

Poprzednia
1 2
"Rz" Online
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Skandynawski chłód uczuć

Dwie sztuki modnego norweskiego dramaturga Jona Fosse'a w warszawskim Teatrze Na Woli - pisze Jan Bończa-Szabłowski >>