Publicystyka
Klasyczny pojedynek potworów
Donald Tusk zupełnie nie zrozumiał, czym jest śmierć prezydenta, przez co Polacy przeżyć musieli upokorzenie. Jarosław Kaczyński zaś katastrofę smoleńską uczynił narzędziem pisowskiej strategii i osobistej zemsty – pisze publicysta
Coraz trudniej dyskutować o polskiej polityce. Coraz trudniej ją analizować. Kilka lat temu wydawało się, że powodem jest to, iż daliśmy się wciągnąć w wojnę polsko-polską, udzielając zbyt silnego wsparcia jednej ze stron. Jednak sytuacja się zmieniła, coraz trudniej znaleźć zwolenników Tuska, coraz trudniej fanów Kaczyńskiego. Po obu stronach rośnie świadomość słabości obu liderów, coraz częściej opisywani są jako mniejsze zło, jako kiepska odpowiedź na coś jeszcze gorszego.
Mimo to, analizując bieżące wydarzenia, pozostajemy zakładnikami bijatyki między PiS i Platformą. Chociaż coraz więcej publicystów wypisuje się z logiki wojny polsko-polskiej na poziomie indywidualnego poglądu, to jednak pozostają jej zakładnikami w sferze publicznie formułowanej diagnozy. Dzieje się tak dlatego, że wymusza to na nas ogólny schemat wszelkiej politycznej dyskusji, bez względu, czy toczy się ona w Polsce czy gdzie indziej. A mianowicie, że tematem dyskusji jest spór między władzą a opozycją, a metodą prowadzenia tej dyskusji jest przyznawanie racji bądź jednej, bądź drugiej stronie.
Dobre relacje z trójkątem
Ten naturalny schemat analizy polityki ma jedną wadę – zakłada, że któryś z graczy tę rację ma. Albo że racja rozłożyła się między nimi. Co się jednak dzieje, gdy racji nie ma ani rząd, ani opozycja? Gdy władza na przykład kłamie, a opozycja bajdurzy? Jeśli sprawa jest naprawdę ważna, dość szybko pojawia się czynnik trzeci, który naprawia równowagę. Z reguły będzie to trzecia partia, która dzięki trafnej diagnozie staje się głównym oponentem władzy i znowu racja może być odnajdywana na linii sporu władza – opozycja.
Żyjemy w świecie, w którym krytycznie analizuje się politycznych wrogów i próbuje się nie patrzeć na politycznych przyjaciół, aby nie dostrzec ich małości
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ze względu na jakieś szczególne okoliczności nie może wykształcić się ten trzeci, co właśnie jest polskim przypadkiem. Bo świadomie nakręcana przez obie strony wzajemna nienawiść między PiS i PO sprawia, że trzeci czynnik powstać nie może.
Mamy zatem w Polsce taką sytuację, że bez względu na skalę swojego lenistwa, cynizmu lub szaleństwa dwie partie PiS i PO dzierżą strukturalny monopol na posiadanie politycznej racji. A zatem uczestnicy debaty publicznej są zmuszeni do opowiedzenia się za jedną z nich. To już nie jest zimne kalkulowanie mniejszego zła, które publicyście pozwala zachować wewnętrzną niezależność i trzeźwość oceny, ale powolne dopasowywanie własnych standardów oceny do istniejącej oferty. Nie rozum jest już miarą oceny, ale to, co jest dostępne na politycznym rynku.
Weźmy przykład – kiedy na pytanie o sumę kątów w trójkącie Kaczyński i Tusk odpowiadają konkretnymi liczbami, analiza tego, który z nich jest bliższy prawdy, jest czynnością racjonalną, a uczestnicy dyskusji oprzeć się mogą na wyniesionej ze szkoły wiedzy o geometrii. Kiedy jednak Kaczyński mówi, że ta suma nie jest na miarę polskich ambicji, a Tusk odpowiada, że rząd Platformy nie miesza się w wewnętrzne sprawy trójkąta, komentator zmuszony jest przykroić swój rozum do tej dziwnej sytuacji. I szuka argumentów na jej miarę – jeden powie, że Tusk jak zwykle jest zbyt pasywny, inny, że Kaczyński właśnie zniszczył nasze dobre relacje z trójkątami.
Będą tak mówić nie dlatego – jak sobie potem nawzajem zarzucają – że służą Tuskowi lub Kaczyńskiemu, ale po prostu dlatego, że z tej absurdalnej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Jeśli ktoś w Polsce chce analizować politykę klasycznie – a zatem przyznając rację bądź władzy, bądź opozycji – wpada w umysłową pułapkę.
Zawalona sprawa
Żeby było jasne, mówimy o prawdziwej pułapce, a zatem o sytuacji, której nie kontrolujemy, ale odwrotnie, w której to my jesteśmy spętani. Weźmy konkretny przykład polityczny, czyli raport MAK, który wywołał powszechną krytykę. Nawet najwięksi zwolennicy Tuska grzmieli gniewem na premiera, ale natury tego gniewu wypowiedzieć nie potrafili. Bo byli zakładnikami logiki „albo, albo”.















