Opinie
O jeden krzyż za daleko
Przed Pałacem Prezydenckim mamy do czynienia z próbą narzucenia wszystkim Polakom krzyża jako symbolu narodowego – uważa publicysta „Krytyki Politycznej” Maciej Gdula
Ludzie zgromadzeni pod krzyżem to reprezentanci znanej już od połowy lat 90. opcji radykalnego katolicyzmu politycznego, skupionej wokół Radia Maryja. To ludzie przekonani, że są prześladowani we własnym kraju opanowanym przez zwolenników cywilizacji śmierci. Podejmują „heroiczną” walkę o własną godność i ojczyznę, nie zauważając, że prawo kształtowane jest tak, aby nie urazić Kościoła katolickiego, w szkołach za publiczne pieniądze nauczana jest religia, a w Sejmie wisi krzyż.
Naznaczyć instytucję
Wbrew pozorom wydaje mi się, że w analizie tego, co się działo w ostatnich tygodniach przed Pałacem Prezydenckim, grupa określana jako „obrońcy krzyża” nie jest jednak najistotniejsza. Dużo ważniejsze jest to, na co tej grupie pozwolono.
Komorowski skompromitował swój urząd, pozwalając na podważenie jednego z podstawowych fundamentów państwa,czyli zasady jego świeckości
Rezultatem konfliktu o krzyż jest bowiem to, że po raz kolejny przesunięto granice tego, co dopuszczalne w relacjach między państwem a Kościołem i religią. Nie mogę się zgodzić z opinią, że spór o krzyż to tak naprawdę spór o pamięć o Smoleńsku. Gdyby tak było, to zamiast kolejnych krzyży ludzie zgromadzeni na Krakowskim Przedmieściu przynieśliby tam np. tablicę, domagając się umieszczenia jej w miejscu krzyża. Zauważmy, że ruszenie takiej tablicy byłoby z politycznego punktu widzenia praktycznie niemożliwe lub bardzo trudne. W porozumieniu podpisanym przez przedstawicieli Kancelarii Prezydenta, kurii warszawskiej i harcerzy była zresztą mowa o upamiętnieniu ofiar katastrofy.
Gdyby w całej sprawie chodziło tylko o pamięć o Smoleńsku, o kompromis byłoby znacznie łatwiej. W radiowej Trójce dywagowaliśmy na ten temat z Piotrem Semką, publicystą „Rzeczpospolitej”, i bez problemu doszliśmy do wspólnego wniosku, że dobrym rozwiązaniem byłaby tablica, na której przy nazwiskach osób wierzących pojawiałyby się symbole religijne – krzyże katolickie i prawosławne.
Własność wyznawców
Warto jednak rozróżnić opinie wygłaszane przez samych „obrońców krzyża” i argumenty wysuwane w mediach w związku z tą sprawą. O ile np. prawicowi publicyści chętnie wybijają na pierwszy plan kwestię upamiętnienia ofiar katastrofy, o tyle ludzie zgromadzeni pod krzyżem jawią się raczej jako reprezentanci swoistej religijno-politycznej krucjaty, która ma – w ich odczuciu – doprowadzić do odnowy narodowej, odsunięcia od władzy rządu Tuska, do poznania „całej prawdy” o tym, co się stało pod Smoleńskiem. To dwie odrębne opowieści, ale mają jeden konkretny efekt i jeden wspólny cel: aby krzyż naznaczał kolejną instytucję publiczną i pozbawiał ją świeckiego charakteru.
Co do obaw związanych z zatarciem pamięci o smoleńskiej katastrofie i o prezydencie Lechu Kaczyńskim, to muszę przyznać, że ich nie rozumiem. Pamiętajmy, że prezydent Kaczyński został już uhonorowany symbolicznie, i to najbardziej, jak to w Polsce jest możliwe – pochówkiem na Wawelu. Dalszych, wykraczających ponad ten gest, postulatów i żądań upamiętnienia go nie potrafię zinterpretować inaczej niż jako próbę przeciągnięcia politycznego efektu żałoby.
W ramach porozumienia pomiędzy Kancelarią Prezydenta, kurią warszawską i harcerzami miała miejsce próba kompromisu w sprawie krzyża. Tego kompromisu należało się trzymać. Jeżeli bowiem dopuszcza się do rozbijania tego typu ustaleń, państwo okazuje swoją słabość. Tak też się stało i winę za to ponosi przede wszystkim Bronisław Komorowski. Zobowiązał się rozwiązać sprawę krzyża, a potem ustąpił pod wpływem krzyków i przemocy ze strony grupki fanatyków. Nie mam żalu do tych ludzi, tak jak nie miałbym żalu do grupy postulującej postawienie przed pałacem pomnika latającego spodka, ale państwo nie powinno się na to godzić, bo wtedy się ośmiesza.















