Publicystyka
Krytyka Polityczna − nowy establishment, a nie „prawdziwa lewica”
Ze znacznym opóźnieniem przeczytałem wywiad, jakiego udzielił świątecznej „Polsce The Times” Sławomir Sierakowski. Wnioski z tego wywiadu płyną dwa, z pierwszym się zgadzam, z drugim nie.
Pierwszy – że „Krytyka Polityczna” rozwinęła się w wielkie przedsiębiorstwo, organizujące wiele skomplikowanych przedsięwzięć w całym kraju i obracające przy tym sporymi pieniędzmi, które nauczyło się bardzo sprawnie „pozyskiwać” od różnych eurofunduszy i agend budżetowych. Drugi − że w ten sposób tworzy się w Polsce prawdziwa lewica.
Być może mój sprzeciw co do tej drugiej tezy Państwa zdziwi − wszak od dawna słyszycie zewsząd, że może i owszem, SLD to żadna lewica, tylko skamieniały PZPR, może jej drobniejsi konkurenci w rodzaju SdPL czy UP to formacje pozbawione pomysłów na nowoczesność i tym samym przyszłości, ale właśnie środowisko „Krytyki Politycznej” jest dla lewicy nadzieją, kuźnią idei i kadr, i stamtąd na pewno przyjdzie dla lewicy odrodzenie.
Pozwólcie zatem, że coś zacytuję. Tekst pochodzi ze szczecińskiego pisma literackiego „Pogranicza”, autor nazywa się Alan Sasinowski − nadmieniam, że osobiście go nie znam i nie mam żadnego powodu hołubić, nawet przeciwnie, nawypisywał on dziwnych rzeczy o mojej „Żywinie”, najwyraźniej nie zrozumiawszy fabuły (która mnie akurat wydawała się w całej powieści najprostsza). Ale mniejsza. Oto ten cytat:
„Wydarzyła się rzecz przedziwna. O gehennie Wioletty Woźnej krzyczały »Gazeta Wyborcza«, »Rzeczpospolita« (pisali o tym Piotr Gabryel, Bronisław Wildstein, Wojciech Wybranowski i Łukasz Zalesiński) i »Teologia Polityczna« (Magda Gawin), za to ludzie lewicy w zasadzie zignorowali tę sprawę − mimo, że wydaje się ona wymarzonym punktem, od którego mogliby się retorycznie odbić, dzięki któremu ich narracja o wykluczonych społecznie mogłaby nabrać odpowiedniej gęstości. Na portalach krytykapolityczna.pl oraz lewicowo.pl znalazłem jeden tylko, ten sam artykuł o Woźnej, apel Fundacji Mama (…) tylko jeden komentarz wygłoszony przez kogoś z lewicowej ekstraklasy, [to] felieton Magdaleny Środy dla portalu wp.pl »Sterylizacja bez zgody pacjentki? Czemu nie«. Środa dramatowi wysterylizowanej kobiety poświęca z pół zdania, stanowi on dla niej tylko pretekst do frontalnego ataku na państwo. Oskarżane o… utrudnianie kobietom sterylizacji. Wedle byłej wiceminister to bulwersujący skandal i trzeba o nim głośno mówić. A Woźna? Cóż − powiada Środa − ta biedna kobiecina uległa »ideologicznej presji na rodzenie dzieci«, i dlatego za wszystko odpowiedzialny jest, jak zwykle, ten paskudny Kościół…”
Cytuję obszernie, ale Sasinowski trafia w sedno, pisząc to, co napisane przeze mnie, z racji przypisanej mi pozycji „publicysty prawicowego”, brzmiałoby mniej przekonująco. Potraktowanie przez KP i całe wiążące z nią tyle nadziei środowisko „intelektualnej lewicy” sprawy Wioletty Woźnej nie jest odosobnione. Polska przecież kipi przypadków jakby stworzonych dla współczesnych polskich Clarence’ów Darrowów, wiele z nich trafia do mediów. Ale nowej lewicy jakoś to nie interesuje. Nowa lewica, choć bierze sobie za patrona Jacka Kuronia, jakoś nie próbuje robić tego, na czym Kuroń strawił życie − zbierać sygnały o krzywdach wyrządzanych prostym ludziom przez lokalnych kacyków, amoralny w chciwości biznes czy innych wielmożów, zwykle zawdzięczających siłę i bezkarność zblatowaniu z władzą, i interweniować, a choćby wspierać pokrzywdzonych moralnie. Raczej − choć Sierakowski we wspomnianym wywiadzie zarzeka się, że jego organizacja nie jest gromadą „paniczyków” − naśladuje zachowania tzw. „komandosów”. Ludzie, z których żaden nie umiałby odróżnić młotka od hebla, wyżywają się w wielogodzinnych w dyskusjach o problemach klasy robotniczej − te złośliwe słowa zaczerpnięte z „Donosu na komandosów” Mencwela pokazują odwieczną chorobę intelektualistów lewicy, która w klubach KP zdaje się rozkwitać na nowo.
Nie mogę na pewno odpowiedzieć, co tak licznych młodych ludzi popycha do klubów KP i innych jej działań − wzburzenie niesprawiedliwością społeczną, które było paliwem lewicowości w jej latach heroicznych, czy raczej chęć załapania się do establishmentu, które jest podstawą lewicowej tożsamości dziś? Wszak KP to nie jacyś dynamitardzi, poświęcający osobiste kariery dla Sprawy Ludu, ale salon, w którym być wypada, gdzie się można poocierać o Sasnala czy Masłowską, pogrzać się w aurze wstępującej elity, jeśli jeszcze nie politycznej, to na pewno już kulturowej. Być na lewicy, nowej lewicy, nie postkomunistycznej, tylko zgodnej z najnowszymi światowymi trendami, to jest très chic, very sexy i w ogóle correct, to jest europejsko i światowo. Ale czy z tego wyniknąć coś nowego, lepszego?















