Opinie
Fetysz lewicowych kobiet
Za pomocą feministycznych postulatów lewica chce przeorać tradycyjne społeczeństwo. A kobiety, które na to się nie godzą, kwituje się określeniem „volkslista” – pisze publicystka „Rzeczpospolitej”
Dawno już polskie środowiska lewicowe nie popisywały się taką hipokryzją jak w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Odkąd w Warszawie odtrąbiono sukces Kongresu Kobiet Polskich, w mediach trwa festiwal zapewnień. Znane panie i znani panowie prześcigają się w zapewnieniach, jak bardzo leży im na sercu los kobiet i jak bardzo im ich brakuje – najbardziej w polityce i na najwyższych stanowiskach.
Profesor Wiktor Osiatyński w liście otwartym na Kongres Kobiet: „Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne”.
Profesor Magdalena Środa, współorganizatorka kongresu: „W polskim społeczeństwie ponad połowa to kobiety, które nie mają dostatecznej reprezentacji. Dotychczasowy system dyskryminuje nas, naruszając zasadę równości”.
Sławomir Sierakowski, lewicowy publicysta: „W imieniu »Krytyki Politycznej« deklaruję pełne wsparcie dla działań na rzecz wprowadzenia parytetu i ustanowienia skutecznego urzędu stojącego na straży równości płci”.
W najwyższe tony uderzyła „Gazeta Wyborcza”, obwieszczając na pierwszej stronie: „Naród za kobietami”.
Wrażenie, że kobiety w Polsce są uciskane niemal tak bardzo jak w Arabii Saudyjskiej, jest dojmujące. Podobnie jak to, że większość Polek nie marzy o niczym innym, jak tylko o tym, by znaleźć się na tej czy innej liście wyborczej. Ale zająć stosownych do ambicji miejsc nie pozwala im tradycyjny polski ustrój – patriarchat. Ten koronny argument podnoszony jest tak często, że już nikt nawet nie próbuje dociec, co tak naprawdę oznacza. Wiadomo, nieszczęsny patriarchat jest i przeszkadza.
Niewiele też wynika z prób dyskusji na temat udziału kobiet w życiu społecznym i politycznym. Bo też nie o rzeczywistą dyskusję tu chodzi, lecz o jej pozór. Nie o argumenty, lecz o propagandę. Na tym polu zaś środowiska lewicowe są nie do pokonania.
Propaganda sukcesu
Kongres Kobiet Polskich musiał więc zakończyć się sukcesem, a w każdym razie sukcesem medialnym. Wszyscy zdążyli już zostać poinformowani, że kobiety w Polsce są niedoceniane, niedowartościowane i zasługują na więcej. Wszystkie bez wyjątku. Ponieważ stwierdzenie to mile łechce miłość własną każdej z nas, kto by tam jeszcze chciał dopytywać, jakie środowiska firmowały imprezę.
Zresztą co to za różnica, skoro – jak wiadomo – kobiety nie mają poglądów ani przekonań politycznych, etycznych czy religijnych. Nie są zwolenniczkami prawicy czy lewicy, lecz w swoich decyzjach i działaniach kierują się odruchem plemiennym. Są kobietami i dlatego interesują je – albo powinny interesować – „kobiece sprawy”. A że te są zwykle zgodne z lewicowym kanonem, to oczywiście przypadek.
„Bez względu na to, czy mówiły feministki, czy ktoś inny, pewne tematy budziły szczególnie żywą reakcję sali: parytet, prawo do planowania rodziny, in vitro, ograniczenie wpływów Kościoła” – relacjonowano przebieg kongresu w „GW”.
Do mediów szczególnie przebił się jeden temat – parytet. Chyba żadne inne słowo nie zrobiło ostatnio tak oszałamiającej kariery. Parytet stał się fetyszem lewicy. Zaklęciem. Pewnikiem nie do podważenia. Pewnie niedługo zawojuje popkulturę, a wtedy jeszcze trudniej będzie tłumaczyć, że są lepsze sposoby na wyrównywanie szans.
Lewicowcy wiedzą lepiej
Zresztą już dziś dyskusja zwolenników parytetów i jego przeciwników toczy się w rytm przysłowia: gadał dziad do obrazu, a obraz ni razu. Można sto razy powtarzać, że parytety to skrajna niesprawiedliwość. Że jeżeli 50 procent miejsc rezerwuje się dla kobiet, to oznacza, iż o obsadzie stanowisk nie decydują kompetencje, zasługi, umiejętności, tylko płeć. Że przyznanie parytetowych protez tak naprawdę obraża kobiety, bo lekceważy ich talenty, wiedzę i pracowitość. Że inżynieria społeczna nigdy jeszcze nikomu nie wyszła na zdrowie.
Parytetowe protezy obrażają kobiety, lekceważą ich talenty, wiedzę i pracowitość. Inżynieria społeczna nigdy jeszcze nikomu nie wyszła na zdrowie
Na nieuczciwość takiego rozwiązania zwróciły też uwagę w liście otwartym „Nie chcemy parytetów!” kobiety ze środowisk akademickich, biznesowych i dziennikarskich. Apel przygotowały: trzy panie profesor, pięć pań ze stopniem doktora, jedna dyrektor, dwie właścicielki firm i cztery dziennikarki. Potem na forum „Rzeczpospolitej” poparcie dla apelu wyraziło prawie 200 osób, w tym tak znane i szanowane, jak prof. Jadwiga Staniszkis czy publicystka i tłumaczka Agnieszka Kołakowska.















