Hobbystyczne
Z nieba, czarne i przyciąga magnes
Kamieni z kosmosu są miliony, ale liczy się tylko 40 tysięcy oznaczonych
– Proszę wziąć do ręki kawałek Marsa. Zbadany, sprawdzony, prawdziwy. Takich kamieni nie ma na Ziemi. Niektóre są tak nieprawdopodobne, że sami naukowcy zachodzą w głowę, skąd do nas przybyły. Są takie, które pochodzą z czasu narodzin Układu Słonecznego, kiedy nie było jeszcze Ziemi – mówi Marek Woźniak, astronom i poszukiwacz meteorytów.
Te z kolekcji Beaty i Marka Woźniaków i osób zrzeszonych w Polskim Towarzystwie Meteorytowym można właśnie oglądać w warszawskim Muzeum Techniki. To największa tego typu ekspozycja w Europie.
Wrażenie niesamowite
– Naprawdę nie chciałam jechać na pustynię. Namawiano mnie, że skoro jest jedno miejsce w land cruiserze, to po prostu będę miała oryginalne wakacje, nic nie będę musiała robić. Pomyślałam: w porządku, wezmę krem z wysokim filtrem, kapelusz, książki i będę czytać w samochodzie – mówi Beata Woźniak, na co dzień dziennikarz. – Na miejscu okazało się, że towarzystwo jest wyłącznie męskie, a przy tym każdy używa obcych terminów: ten ma figury Widmanstättena, ten ma linie Neumanna, to chondryt typu h5, a to pallasyt. Język jak w „Kongresie futurologicznym” Lema. Wjechaliśmy w morze piasku, gorąco, nie mogę wytrzymać w samochodzie. Wychodzę. Trzaskam drzwiami i wołam: To czego mam szukać? – Patrz, czy jest czarne i przyciąga magnes – słyszę w odpowiedzi. Robię dosłownie kilka kroków. Jest! Biorę do ręki. Wrażenie niesamowite.
Marek Woźniak nie spodziewał się, że jako dyplomowany znawca kosmosu częściej będzie patrzeć nie w niebo, ale w monitor komputera (pracuje jako informatyk).
– A ja pragnąłem kontaktu z niebem, namacalnego. Dlatego chciałem mieć meteoryt, choćby jeden. Nie spodziewałem się, że można go po prostu kupić, na przykład na giełdzie minerałów – opowiada. – A już zupełnie zaszokowało mnie, że kawałkami kosmosu handlują na Allegro.
Każdy inny
Jak dotąd sklasyfikowano ok. 40 tys. różnych meteorytów reprezentujących dziesiątki typów. Samych okazów są miliony. Pochodzą z pasa planetoid, Marsa albo Księżyca. Nie ma dwóch jednakowych. Każdy ma swoją cenę, choć to towar niewymierny. Nigdy nie wiadomo, jak kosmiczny kamień zostanie wyceniony przez rynek. Na największych aukcjach meteorytów w USA kolekcjonerzy wylicytowują okazy po kilkaset tysięcy dolarów!
Ceny kamieni reguluje dostępność materiału. Najmniej jest marsjańskich i tych z Księżyca, więc są najdroższe. – Bogaci fascynaci lubią kupować te księżycowe, bo to przyjemne wyjść przed dom, podziwiać pełnię i w dłoni ściskać kawałek tamtego świata – mówi Marek Woźniak.
Najmniej jest marsjańskich i tych z Księżyca, więc są najdroższe
– Gdyby wziąć pod uwagę koszt wypraw na Księżyc, z którego sprowadzono w sumie 380 kg materiału skalnego, to okazuje się, że przywiezienie jednego grama kosztowało ok. 70 tys. dolarów – dodaje Beata Woźniak. – A te, które leżą w gablotach Muzeum Techniki, spadły za darmo!
W 1995 r. w Morasku koło Poznania inżynier, poszukiwacz amator, Krzysztof Socha znalazł największy polski meteoryt – 160 kg i oddał go Uniwersytetowi Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Kolekcja z pustyni
W Polsce szuka się meteorytów pod Pułtuskiem, Poznaniem i Łowiczem. Ale polskie tereny nie są łatwe dla poszukiwaczy, bo dużo tu fałszywej materii – przeszły przez nie lodowce, były tu działania wojenne, uprawiana jest ziemia. Dlatego Woźniakowie eksplorują pustynie.
– Pustynia jest jednorodna geologicznie – mówi Marek Woźniak. – Jeśli coś się na niej wyróżnia, to musi być z nieba, bo nie przyniosła tu kamienia woda, wojna czy człowiek.
Ale na pustynię jeżdżą też dlatego, że samo obcowanie z nią jest ciekawe. Uczą się żyć na niej, wiedzą, jak ją czytać.
– Człowiek na pustyni jest zawieszony w czasie, jakby płynął – mówi Beata Woźniak. – Chodzisz, zdaje się, kwadrans, a tu minęły 4 godziny. Przejeżdżasz 50 km, wysiadasz i krajobraz nic się nie zmienia.
Największe emocje towarzyszą oczywiście znaleziskom.
– Upał, 40 stopni, zmęczenie, znużenie. A tu nagle majaczy coś czarnego – opowiada Beata Woźniak. – Serce zaczyna walić, podchodzę bliżej: duże! Zaczynam wyciągać, nie mogę, jest wkopany, czyli będzie jeszcze większy! I nie wiadomo, co ma w środku, jakiego jest typu, skąd przybył.















