Rozmowa "Rz"
Nastolatka smakuje życie
Reżyserka Lone Scherfig o swoim filmie "Była sobie dziewczyna", który zdobył trzy nominacje do Oscarów
Film "Była sobie dziewczyna" powstał na podstawie wspomnień brytyjskiej dziennikarki Lynn Barber, ale Nick Hornby zmodyfikował w scenariuszu jej postać.
Lone Scherfig: Filmowa Jenny jest mniej sarkastyczna i ironiczna, znacznie bardziej naiwna i ciepła. Także jej stosunki z dorosłym uwodzicielem są inne. Po latach Lynn określała go w swojej autobiograficznej książce jako pedofila. Ja wolałam opowiedzieć o miłości, która może nie przyszła do obojga w tym samym momencie, ale jednak ich łączyła.
Czy Barber uczestniczyła w powstawaniu tego obrazu?
Przyjechała na plan, obejrzała dekoracje – wnętrze swojego domu, szkołę, i była bardzo wzruszona. Podobał jej się również film, choć przyznaję, że bałam się jej reakcji.
A co panią skłoniło do opowiedzenia o brytyjskiej lolitce, która w latach 60. wchodziła w życie u boku trzydziestokilkuletniego mężczyzny?
To fascynująca historia dziejąca się w fascynującym czasie. W Anglii następowały wtedy ogromne zmiany. Kraj starał się zrzucić brzemię wojny i trudnych wspomnień. Młodzi mieli apetyt na życie, sztukę, muzykę. Byli zbuntowani, słuchali piosenek Beatlesów, zaczynali głośno mówić o seksie. Rodziło się pokolenie, które miało się stać generacją dzieci kwiatów.
Czy trudno było pani pokazać brytyjskie, klasowe społeczeństwo? Pani rodzinna Dania jest przecież krajem bardzo demokratycznym.
Dużo czasu poświęciłam na prace dokumentacyjne. Różnice w stylu życia ludzi ubogich i bogatych rzeczywiście są znacznie większe w Anglii niż w moim kraju. Ale tym ciekawsze było to doświadczenie.
"Była sobie dziewczyna" jest opowieścią o dojrzewaniu – o uczennicy odkrywającej świat i własną seksualność. Ale też pokazuje pani piękny czas, w którym obcowanie ze sztuką, a nie pieniądze decydowały o pełni życia.
Tak wtedy było. Jenny marzyła o wolności i o ucieczce od monotonii codziennego bytowania. Rozwijała się. Chciała studiować na uniwersytecie, już nie dla usatysfakcjonowania ojca czy nauczycieli, tylko dla siebie samej.
Czy we współczesnej młodzieży widzi pani ten sam głód sztuki i poznawania świata?
Tak, ale teraz łatwiej go zaspokoić. W latach 60. dużo czasu młodzi ludzie spędzali w domach. Nie podróżowali tyle. Jenny wiedziała, że jeśli nie wsiądzie do samochodu poznanego przypadkiem mężczyzny, życie przejdzie obok niej. Poza tym dzisiaj nikogo już tak nie dziwi inność. W latach 60. trzeba było mieć wiele siły, żeby zerwać z konwencją i zrobić krok ku samodzielności.
Debiut "Włoski dla początkujących" nakręciła pani według zasad Dogmy. W następnych filmach odstąpiła pani od nich. Podobnie jak twórcy tego nurtu – von Trier, Vinterberg, Kragh-Jacobsen.
W szkole filmowej uczyliśmy się na dziełach włoskich, polskich, rosyjskich reżyserów. Ale byliśmy młodzi, zbuntowani. Dlatego staraliśmy się uwolnić od klasycznych reguł filmowania, zrewolucjonizować kino, tchnąć w nie prawdę. Ale potem dojrzeliśmy do kreacji, wykorzystania sztucznego światła, nie tylko odzwieciedlania, lecz również analizowania rzeczywistości.
Kino duńskie odnosi dzisiaj imponujące sukcesy. Czym pani tłumaczy wielką siłę małej kinematografii?
Mamy znakomity system wspierania kinematografii przez państwo. Korzystamy z funduszy na rozwój projektów i na produkcję. Dużo zawdzięczamy szkole filmowej, o której wspominałam. Niewiele jest w Europie takich uczelni. Łódzki wydział reżyserii słynie z wysokiego poziomu, ale jest chyba od naszego bardziej akademicki. W Kopenhadze stawiamy na praktykę. I zespołowość: artyści są zwykle samotni, a my zawsze potrafiliśmy ze sobą rozmawiać. Do dzisiaj czujemy się grupą. Oglądamy swoje filmy bez zazdrości, cieszymy się z sukcesów kolegów. Pomagamy sobie.
"Była sobie dziewczyna" miała trzy nominacje do Oscara, m.in. w kategorii najlepszy film.
To wyróżnienie, które pozwala uwierzyć w siebie. Może dzięki niemu uda mi się kiedyś zrobić obraz o większym rozmachu.















