Zbliżenie
Polański potrafi zabić aktora
Z Pierce’em Brosnanem rozmawia Barbara Hollender
Zbliżenie - Czytaj więcej
Rz: Światowa prapremiera filmu bez reżysera to nietypowa sytuacja. Tymczasem „Autor widmo” Romana Polańskiego był na nią z góry skazany.
Pierce Brosnan: Wszyscy czuliśmy się trochę dziwnie. Cały czas mieliśmy świadomość, że jedno miejsce na widowni, a potem przy stole podczas konferencji prasowej, było puste. Tydzień wcześniej rozmawialiśmy z Romanem. Byliśmy w jego mieszkaniu w Paryżu: producent Robert Benmussa, Ewan McGregor, ja. Połączyliśmy się z Gstaad, gadaliśmy o nadchodzącej premierze. Roman ma wciąż dużo poczucia humoru. Życzyliśmy sobie wszystkiego najlepszego.
A po premierze kontaktowaliście się państwo z Polańskim?
Ja nie rozmawiałem, ale jestem z nim myślami.
Dla aktora praca z nim jest chyba bardzo ciekawym doświadczeniem?
Bezsprzecznie. „Od zawsze” marzyłem, żeby z nim pracować. Dwa lata temu promowałem w Londynie „Mamma Mia!”, gdy mój agent podesłał mi scenariusz „Autora widmo”. Powiedział: „Roman Polański, wspaniała intryga, ciekawa rola. Bierz koniecznie”. Nie musiał mnie przekonywać. Każdy aktor chciałby pracować z Polańskim, zagrać w politycznym thrillerze opartym na bestsellerowej powieści.
Stworzył pan na ekranie postać Adama Langa – byłego premiera Wielkiej Brytanii, który zostaje oskarżony o wydanie zgody na torturowanie więźniów podejrzanych o terroryzm. Czy lepiąc swojego bohatera, wzorował się pan na Tonym Blairze?
Podczas pierwszego spotkania z Polańskim spytałem: „Czy mam grać Tony’ego Blaira?”. „Nie! Nie! Nie! – krzyknął w odpowiedzi. – Masz po prostu zagrać wiarygodną postać”. Ale, oczywiście, Robert Harris w dużym stopniu wzorował się na brytyjskim premierze, więc porównań trudno było uniknąć. Rola Langa stała się zresztą dla mnie szczególnym wyzwaniem, bo na co dzień żyję z dala od polityki. Zacząłem czytać artykuły o Blairze, przeglądać filmowe materiały z nim.
Spotkał pan kiedyś Blairea osobiście?
Raz, w hotelu. Był czarujący.
A czy aktorzy i politycy nie są do siebie trochę podobni?
Jedni i drudzy muszą podbijać serca i zdobywać ludzi. Lang jest zresztą politykiem z aktorską przeszłością. W scenariuszu kilka razy powraca informacja, że mój bohater podczas studiów na uniwersytecie w Cambridge grywał w przedstawieniach teatralnych.
Robert Harris pisał „Autora widmo”, zanim jeszcze powstała komisja Chilcota do spraw wojny w Iraku. Sztuka wyprzedziła życie?
Tak się czasem zdarza. Kiedy przeczytałem książkę Harrisa, wiedziałem, że „Autor widmo” będzie swojego rodzaju prowokacją. Ale nie przypuszczałem, że okaże się aż tak proroczy. Ja jednak patrzę na ten obraz nie tylko przez pryzmat polityki. Roman zawsze robił filmy, które choćby w delikatny i zakamuflowany sposób odbijały jego własne życie i emocje. Z „Autorem widmo” jest podobnie. Roman niemal przez całe życie uciekał. I ja też gram człowieka ściganego. Człowieka w potrzasku.
Polański jest znakomitym profesjonalistą, ale ma opinię osoby trudnej we współpracy. Też odniósł pan takie wrażenie?
Potwornie szybko myśli, jest precyzyjny, sam wszystkiego dopilnowuje i ma jasną wizję tego, co chce osiągnąć. Gdy mu się nie udaje, potrafi bardzo mocno uderzyć. Niemal zabić swoimi uwagami i komentarzami. Aktor musi być na to przygotowany. Musi znać swoją wartość, żeby się nie załamać. Ale trzeba zacisnąć zęby i przetrwać, bo Polański tak naprawdę nie chce nikogo poniżyć. Zależy mu na tym, żeby w filmie wszystko było na najwyższym poziomie.
Pana współpraca z nim przyniosła świetne rezultaty. W „Autorze widmie” pokazał pan zupełnie nową twarz.
Dzięki Bogu! Już czas zacząć grać.
Kiedy Polański został aresztowany, nie obawiał się pan, że pańska rola, rzeczywiście świetna, w ogóle nie trafi na ekran?
Nie, najpierw pomyślałem o Romanie i jego rodzinie, dla której to musiał być potworny cios. Nigdy nie próbowałem usprawiedliwiać jego czynu sprzed ponad 30 lat. Ale dzisiaj jest innym człowiekiem. Bardzo często rozmawialiśmy o naszych żonach, dzieciach. Teraz właśnie Emmanuelle, Morgane i Elvisovi najbardziej współczuję. A film? Prawdę mówiąc, byłem pewien, że Roman go skończy, choćby z więzienia. Tak się zresztą stało.














