Obyczaje
Emocje plus niemoc. Emo
Mamy w Polsce nastoletnich emo czy nie mamy? Na to pytanie odpowiada Jan Komasa, reżyser. Kręci filmy o dojrzewaniu
Rz: Kończy pan pełnometrażowy debiut „Sypialnia samobójców” – inspirowany kulturą emo. I twierdzi, że zjawisko się przyjęło, rozgrywa, po prostu jest. Gdzie jest? W Polsce mało kto wie, czym jest emo, i na ulicach ludzi tego typu nie widać.
Jan Komasa: Bo emo jako subkultura nastolatków jest wytworem bogatej klasy średniej i najwięcej jest go w krajach zachodnich, zamożnych, nasyconych. Tam jego rozkwit nastąpił parę lat temu. Subkultura ta ewoluuje, przybierając dziś formę próżniaczego emo – przykładem są dziewczyny typu „Parisówki Hiltonówki” z czaszką na czapeczce i różowym „hello, kitty”. To styl ludzi, którym brakuje emocji. Emo być może do nas przyjdzie, jeśli się wzbogacimy.
Wyjaśnijmy więc, czym jest emo. To dawniejsze i to nowe.
Nowe ma dystans do nihilizmu manifestowanego wcześniej. Ale wciąż jest to jakiś dziwny, rosnący zachwyt autodestrukcją. Eksponowanie postaw depresyjnych, akcesoriów śmierci. Trend szybko podchwycił biznes, stąd np. obecność czaszek na trampkach i T-shirtach.
Emo to dziś osoba rozdarta pomiędzy różnymi światami, pomiędzy płciami. Wrażliwa, nieszczęśliwa, często biseksualna. Gdy na YouTube wpiszemy hasło „emo kiss”, przeważnie zobaczymy zdjęcia całujących się osób tej samej płci. Wyglądają jak aniołki, mają mleczne cery, wątłe, pozbawione konkretnych kształtów sylwetki, grzywki lub długie włosy, zakryte makijażem oczy.
Emo to silna kontra wobec subkultury dominującej w latach 90., czyli hip-hopu.
Tak. Ten, w moim odczuciu, propagował silny, heteroseksualny świat pana z mięśniami i łysą głową. Ten świat był „cool”, taki „pozytywistyczny”, bo namawiał ludzi, by brali życie i sprawy w swoje ręce. Emo ciąży w drugą stronę, jest często słaby, potrzebuje ekstremalnych zabaw, żeby się pobudzić. Emo jest emocjonalny. Popada przy tym w uczuciowe skrajności.
Również w muzyce, którą się zachwyca – nie ma w niej równego hiphopowego rytmu, ale słychać tony od spokojnych, melancholijnych po dziki, rozdzierający wrzask. To przejście od balladowych brzmień do ekstremalnie szybkich partii perkusji, wokalnie – do tzw. emo screamo, czyli emokrzyku.
Mówi się, że Komasa robi filmy o dojrzewaniu. Stąd etiuda „Fajnie, że jesteś”, „Oda do radości” o migracji młodych Polaków do Wielkiej Brytanii. To historie o problemach, które nas dotyczą. Ale jeśli emo jest zjawiskiem marginalnym w Polsce, to czemu pan się tym zainteresował?
Bo nisze też są ciekawe. Emo, jeśli u nas występuje, łączy się z punkiem. Po raz pierwszy jednak nie do końca trzymam się polskich realiów.
Chciałem pokazać pewną rodzinę, która jest w rozpadzie. Jej mikroświat był ważniejszy niż szerokość
geograficzna, pod jaką żyje. Poza tym zjawisko występuje blisko nas, np. w Berlinie. A Kuba, aktor grający mojego głównego bohatera, często bywa w Niemczech. Nasz operator zrobił więc mnóstwo ujęć z berlińskimi emo. Szukając subkulturowego tła dla naszego filmowego, współczesnego nastolatka, chodziło nam nie tyle o samo emo, ile o to, by w ogóle poczuć ducha czasów. Przez dwa lata obserwowałem polskich nastolatków z najdroższych prywatnych szkół. Śledziłem blogi internetowe, które dotyczyły przedstawicieli młodej klasy próżniaczej i ich rodziców.
Byłem ciekaw, jakie są pragnienia i dążenia młodych ludzi, których nie dotyczą problemy ekonomiczne. Pod względem materialnym mają wszystko zagwarantowane. Nie muszą się też martwić o pracę, bo są stanowiska już dla nich zarezerwowane.
I co się okazało?
Zobaczyłem, że gdy wszystkie potrzeby bytowe są zaspokojone, bardzo silnie uwypuklają się potrzeby duszy. Jak u – również bogatych z domu – Wertera czy Hamleta.
Ich losy, jak pamiętamy z lektur, kończą się krwawo. Pojawiają się u takich osób dziwne niepokoje, postawy nihilistyczne. Pytałem młodych o tę straszną masakrę w Columbine w USA (w Columbine High School w 1999 r. dwaj uczniowie zastrzelili 12 rówieśników i nauczyciela, po czym popełnili samobójstwo – red.). Odpowiadali, niemal automatycznie, że tamci zrobili to z nudów – jak jest tyle kasy, to się zabija. Kiedy ma się wszystko, życie bardzo łatwo się relatywizuje. Przewartościowanie jest tak ogromne, że może dochodzić do najgorszych czynów i aktów. Okazuje się, że zblazowanie może być śmiertelne.















